Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp

8 stycznia 2020

NR 37 (Styczeń 2020)

Blisko nieba – niesamowite Peru z ostatniej strony przewodnika

159

Przed tą wyprawą, słysząc „Peru”, miałem przed oczyma typowy obrazek z katalogów biur podróży – Machu Picchu. Tysiące odwiedzających, indiańskie pamiątki i zdjęcia z lamą w wełnianej czapce. Zupełnie nie tego chciałem. Ten typ turystyki, charakterystyczny dla południa kraju, zdawał się zupełnie nie dla mnie. Potrzebowałem wyzwań, przygody i miejsc, w których jazda na góralu jest absolutnie nieoczywista.

Moją bazą wypadową stało się Huaraz – miasto na północy kraju, zlokalizowane tak, żebym mógł wyruszyć stamtąd zarówno na Kordylierę Białą, jak i Kordylierę Czarną. Odkryłem tam Peru, którego pragnąłem doświadczyć: dotykające nieba góry, brutalna natura i miejsca, w których uprawianie sportów górskich przybiera formę przeżycia spoza wyobrażeń przeciętnego Europejczyka. 

Stolica

Przygody często zaczynają się na lotniskach. Moją poprzedził jedenastogodzinny lot. Kiedy lądujemy w Limie, z lotniska odbiera nas (mnie i Fernanda – mojego fotografa) dwóch zakręconych na punkcie sportów ekstremalnych chłopaków i cała nasza podróż do hotelu przebiega przy rozmowach na temat deski, BMX-ów i motocrossu. Podczas trwającej półtorej godziny podróży do dystryktu Miraflores, jednej z najbogatszych części stolicy, dociera do nas ogrom tego miasta i to, jak mało dotąd widzieliśmy. Mijamy obiekty zbudowane tu na Pan American Games, m.in. olbrzymi kompleks skateparków i wielki tor do BMX racing. 
Jestem facetem, którego zawsze ktoś wozi. Teraz jest podobnie i nawet nie zerknąłem na plan naszej podróży. W hotelu, gotowy zwalić się nieprzytomnie na łóżko, zostałem jednak brutalnie sprowadzony na ziemię – za dwie godziny ruszamy do Huaraz. W tej części kraju przejechanie 400 kilometrów zajmuje zaskakujące osiem, dziewięć godzin, a podróż to niekończące się pasmo przełęczy, dolin i serpentyn. Zastanawiam się czasem, czy wielkim podróżnikom też nie dawano się wyspać:
– Sir, proszę się obudzić, dziś musi pan wcześnie zacząć odkrywanie nowych terytoriów.
– Nie wydaje mi się…
Byłem jednak w stanie przyjąć te niedogodności na klatę. W imię przygody.
Wyjazd z Limy sam w sobie był interesującym przeżyciem. Dane, do których się dokopałem, mówią o 9,5 miliona mieszkańców, co stanowi 30% populacji całego kraju! Przedmieścia ciągną się aż po horyzont – gigantyczne dzielnice urbanistycznego chaosu! 
Po drodze podziwiam niesamowite krajobrazy wzdłuż wybrzeża i góry regionu Ancash. Przez cztery godziny suniemy wzdłuż oceanu autostradą Pan American. W dystrykcie Paramonga odbijamy na alternatywną trasę i od razu zmienia się krajobraz – wjeżdżamy w Sierra Altoandina. Tutaj kosztujemy lokalnej kuchni – ja, wiedziony rekomendacjami naszego przewodnika, zamawiam tacu-tacu z kurczaka i z trudem wpycham je do końca. Jedzenie tutaj jest pyszne, ale porcje obfite – góry zaostrzają apetyty mieszkańców, którzy jedzą głównie ryż, mięso, paprykę i warzywa strączkowe.
Kilka kilometrów dalej osiągamy najwyższy punkt tamtego dnia: Conococha – miejsce, w którym zaczynają się słynne Kordyliera Biała i Callejón de Huaylas, tam też ukazują nam się pierwsze pokryte śniegiem szczyty. Wkrótce docieramy do położonego na wysokości 3092 metrów n.p.m. Huaraz i tam, w stanie prawie agonalnym, doczekawszy się kluczy do hotelowych pokoi, padamy na łóżka z nadzieją na zasłużony sen. 

Laguna Wilcacocha

Noc jest kiepska: wiercę się długo i nie umiem zasnąć, kiedy zasypiam, męczą mnie dziwne sny. Budzę się co chwilę, spocony i nieprzytomny. Poprzedni dzień był pełen wrażeń i czasami tak jest, że to zmęczenie nie pozwala zasnąć, mam jednak przypuszczenia, że moja adaptacja do wysokości przebiega mniej sprawnie, niż bym sobie tego życzył. Po raz pierwszy w życiu nie atakuję śniadania z gwałtownością wikinga, gdyż zupełnie nie mam apetytu. Czuję się za to otumaniony, a moja głowa odmawia wykonywania energicznych ruchów. Miłościwa kelnerka sugeruje herbatę z koki, a ja przyjmuję to jak najlepszy alkohol wręczony za darmo na dyskotece – mam nadzieję, że pomoże. 
Jean – nasz peruwiański przewodnik – odebrawszy nas z hotelu, trochę się ze mnie nabija:
– Soroche, choroba wysokościowa. Mamy na to tabletki.
Po paru minutach litościwie wskazuje mi jednak aptekę. Wciąż skołowany ładuję rower na pick-upa i chwilę później jedziemy w kierunku Laguna Wilcacocha – rajskiej oazy w Kordylierze Czarnej na wysokości 3470 metrów n.p.m., około 
50 minut w kierunku południowo-zachodnim od Huaraz.
– To dla was strategiczny punkt – wyjaśnia Jean, który stracił moje poważanie, strojąc sobie żarty z mojego stanu, więc słucham go tylko jednym uchem. 
– Stamtąd widać wszystkie szczyty.
Gość miał rację! Kiedy docieramy na miejsce, widok, który się tam otwiera, zapiera dech w piersiach. Jean daje nam kilka wskazówek (tym razem już go nie ignoruję) i zaczynamy prawie pionową wspinaczkę wąskimi ścieżkami, które stanowczo pozwalają docenić majestatyczność krajobrazu. Sześciotysięczne szczyty stojące nad tobą, kiedy ty pedałujesz na swoim niewielkim rowerku, potrafią uzmysłowić, jaki jesteś malutki!
Zjazd jest szybki i zaskakująco długi. Nie chcę się zatrzymywać, mimo że moja głowa zdaje się nie być do końca na swoim miejscu. Plan jest taki: zjechać, zjeść i zakończyć dzień, ale znowu nie doceniłem Jeana. Wracamy do Huaraz, ale nie do hotelu. Jean zabiera nas na lokalne traile, które zbudowali tutaj wraz z kilkoma znajomymi parę lat temu. Niektóre hopy wciąż są w dobrym stanie, a same ścieżki nieźle utrzymane. Spędzamy tam całe popołudnie, zjeżdżając wąskimi żlebami, i w końcu wykończeni wracamy do hotelu. 
Wieczorem kusi nas miasto i wraz z moim kompanem i fotografem Fernandem decydujemy się na krótki spacer. Ludzie tutaj wydają się przyjaźni i mili i mój rozstrojony żołądek uspokaja się na tyle, że decyduję się spróbować jakiejś lokalnej specjalności. „Będzie dobrze – myślę, gdy najedzony kładę się w końcu do łóżka. – Będzie dobrze”.

Portachuelo 

Następnego dnia wstajemy wcześnie i zaraz po śniadaniu ruszamy w góry. Wyjeżdżamy z miasta, jadąc na północ aleją Huaylas, i po godzinie docieramy do miasta Yungay (2500 metrów n.p.m.), skąd wijącą się szutrową drogą rozpoczynam rowerową wspinaczkę w stronę Kordyliery Białej. Po pewnym czasie docieram do Llanganuco – niezwykłego polodowcowego wąwozu będącego częścią Parku Narodowego Huascarán. Mijam dwa turkusowe jeziorka Orconcocha i Chinancocha i kieruję się dalej w stronę najwyższego punktu mojej wyprawy – Portachuelo de Llanganuco (4765 metrów n.p.m.). Tutaj znów, z oddechem płytkim jak spodeczek od filiżanki do espresso, przez dłuższą chwilę stoję oniemiały, chłonąc widoki gór.
Prawda jest taka, że kiedy już przekonałem sam siebie, że radzę sobie z soroche, zdałem sobie sprawę, że z każdym metrem pedałowanie kosztuje mnie coraz więcej wysiłku. Fernando wymyślił zdjęcia, które wymagały ode mnie kilku skoków i podrzucenia roweru – nic trudnego, ale w tamtych warunkach moje serce i płuca chciały eksplodować. Fernando czuł dokładnie to samo. Na takich wysokościach robienie pewnych oczywistych rzeczy nie jest wcale takie łatwe, zwłaszcza dla dwóch gości, którzy na co dzień mieszkają prawie nad morzem. 
Kiedy nadchodzi czas zjazdu, puszczam chłopaków pick-upem do bazy, a sam postanawiam zjechać na rowerze. Traile, którymi jadę, wymagają skupienia – mimo że są niesamowicie piękne, są po prostu trudne. Moja głowa zupełnie odmawia posłuszeństwa, a ciało niezwykle szybko się męczy. Czuję się jak staruszek, który nagle postanowił przypomnieć sobie, jak zjeżdża się z krawężnika. Kiedy w końcu zasapany i spocony zjeżdżam do bazy, z góry widzę nasz obóz: namiot kuchnia, namiot bawialnia, namiot łazienka i kilka sypialni – cały luksusowy dom rozsypany między górami na andyjskiej łące. 
Dość wcześnie jemy kolację, gdyż o czwartej rano czeka nas piesza wędrówka do kolejnego jeziora. Laguna 69 leży na wysokości 4400 metrów n.p.m. 
i podobno koniecznie musimy ją zobaczyć. Kończymy posiłek, gdy spadają pierwsze krople deszczu. Początkowo nie wygląda to groźnie, ale deszcz stopniowo przybiera na sile. Burza trwa niemal całą noc, a hałas walącej w namiot wody i wilgotność nie pozwalają nam zasnąć. O czwartej trzydzieści, pół godziny po alarmie budzika, w końcu przestaje padać. 

Yuraccorral – Laguna 69

Zdaje się, że pogoda w końcu zaczyna się poprawiać. Jemy śniadanie, rutynowo zaparzamy liści koki i wyruszamy w stronę Laguny 69. Koka działa i mimo że nie zmrużyłem w nocy oka, odnoszę wrażenie, że w końcu zaczynam przyzwyczajać się do wysokości, bo nie czuję się specjalnie zmęczony. W...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy