Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp

3 marca 2020

NR 38 (Marzec 2020)

Bikerafting w Pieninach

354

Procedury bikepackingu są nieubłagane. Najpierw ściskanie i kompresowanie bagażu, następnie szarpanie i ciągnięcie troków oraz taśm. Przeklinanie wszystkiego, co waży cokolwiek, i spoglądanie z pogardą na rzeczy, których nie udało się spakować, a które muszą okazać się zbyteczne.
 

 

 

Z tych bikepackingowych obowiązków próbujemy się wywiązać na niewielkim parkingu w Szczawnicy. Gdy nam się to udaje, o samochód opierają się trzy gravele z wzorowo przytroczonym bagażem, przygotowane do czterodniowej podróży przez jeden z najpiękniejszych zakątków Polski. Z plecaków wystają nam wiosła, co jednoznacznie dowodzi, że do czekającej nas przygody przygotowaliśmy się nad wyraz dobrze. Przez najbliższe dni każda ścieżka, droga, dróżka, każde jezioro lub każda rzeka miała być naszym placem zabaw. 

 

 

 

 


Górujące nad dachami domów szczyty Pienin nikły w nisko wiszących chmurach zwiastujących deszcz. Ta perspektywa dopingowała nas, aby dostać się dzisiaj jak najwyżej i by we mgle nie widzieć ciężkich chmur. Mostkiem przerzuconym nad niewielkim dopływem Dunajca opuszczamy Szczawnicę. Droga szybko wciąga nas w las i wpycha coraz wyżej. Na grani wyznaczającej granicę polsko-słowacką perspektywa deszczu, która tak nas martwiła, została rozwiana przez wiatr. Zimny i porywisty rozpędził chmury i teraz to on, wywiewając z nas ciepło, stał się naszym dyżurnym zmartwieniem. Pewnie byłby także tematem do rozmów, ale porywał słowa, ograniczając naszą komunikację do minimum. Kiedy wszyscy, walcząc z górskimi zjazdami i podjazdami, starają się nadać przygodzie sportowy wymiar, na przeciwnym biegunie idei stoi samotnie Adam Klimek. Esteta, artysta, fotograf, gotowy podporządkować wszystko wizualnej stronie przedsięwzięcia. Zatrzymuje wszystkich podczas zjazdu, szuka kadru o idealnej kompozycji, każe zawracać, zjeżdżać, podjeżdżać, raz jeszcze zjeżdżać. Zupełnie jakby sprawdzał, gdzie leżą granice ludzkiej odporności na bezsensowne kręcenie się w kółko na górskim szlaku. Wrażliwość Klimka zatrzymuje nas często, po raz kolejny robi to na rozległych górskich halach. Czekamy cierpliwie, aż zimny wiatr dopnie swego i nas wyziębi. Słyszymy ciche dzwonki. „To tak wygląda zamarzanie?” – zastanawiamy się. Po chwili w oddali z doliny wychodzi duże, dzwoniące stado owiec. Nad porządkiem czuwa pies, popędzając skubiące trawę owce, a kierunek przemarszu stada wyznacza starszy człowiek wspierający się na długim kiju. Dla nas – mieszczuchów – to niecodzienny widok, pierwszy raz mamy okazję zobaczyć w naturalnym środowisku źródło wełny i oscypków. Gapimy się na to jak zahipnotyzowani, aż chłód zmusza naszą ekipę do rozgrzania się na gravelach. Polne drogi prowadzą nas po wystrzyżonych przez owce halach aż do zmroku. Rozbijamy namiot i szybko szukamy ciepła w puchowych śpiworach.

Dzień następny przynosi poprawę pogody. Przejeżdżamy na słowacką stronę, a celem na dziś jest dobrze się bawić, jadąc przez Małe Pieniny i na kolację dotrzeć do Czerwonego Klasztoru. Sumiennie wywiązując się z tego planu, cieszymy się pięknym szlakiem wijącym się między białymi wapiennymi skałami. Czerwony Klasztor to wybudowany w 1330 r. zespół klasztorny, ufundowany jako część pokuty za zabójstwo, którego dopuścił się węgierski magnat. Nazwę zyskał od czerwonych dachówek, który mi pokryte są dachy klasztornych zabudowań. Dzisiaj, po burzliwych dziejach, opuszczony przez zakonników klasztor to muzeum i restauracja. 
 

 

 

 

 

 

Piękną panoramę na Dunajec i Trzy Korony popsuła nam świadomość niskiego poziomu wody w rzece. Szerokim korytem między wystającymi kamieniami wiła się wąska strużka. Szansa na udany spływ oscylowała w okolicach zera. Ewidentnie, jeśli woda gdzieś była w satysfakcjonującej ilości, to po drugiej stronie tamy – w Jeziorze Czorsztyńskim. Zostawiamy za sobą klasztor, Słowację, a szczególnie słowackie piwa, słowackie czosnkowe zupy i słowackie smażone sery, którymi leczyliśmy depresję po odwołanym spływie Dunajcem. Ruszyliśmy w powoli zapadający mrok w kierunku zachodniego brzegu Jeziora Czorsztyńskiego. 

Jezioro powstało całkiem niedawno, było konsekwencją wybudowania w latach 1975–1997 zapory Niedzica, i stanowi zbiornik retencyjny pełniący funkcję przeciwpowodziową. Choć sam zbiornik oferuje znacznie więcej korzyści, jednak dla nas najważniejszą z nich była możliwość wypłynięcia na szerokie wody packraftingu. Nad samym brzegiem jeziora ugościła nas drewniana wiata. Gdy tylko oparliśmy o nią rowery, zaczął siąpić deszcz, który szybko przekonał wszystkich, że to najlepsze miejsce noclegowe, jakie można sobie wymarzyć nad brzegiem Jeziora Czorsztyńskiego. Ognisko i tradycyjnie wysmażona na patyku kiełbasa tylko podniosła entuzjazm z otrzymania od losu takiego schronienia. 

Poranna wilgoć, którą przyniosła mgła, zdopingowała wszystkich do szybkiego opuszczenia śpiworów. Prędko przygotowaną liofilizowaną LYO-owsiankę i równie liofilizowaną czarną kawę podaną na śniadanie zjedliśmy w lekko nerwowej atmosferze. Czekały na nas zimne wody jeziora. Gravele, które wiozły nas przez Pieniny, miały stać się bagażem dla dotychczasowego bagażu – packraftów. Niewielkie walce przymocowane do kierownic przeszły transformację i wypełnione górskim powietrzem stały się niewielkimi wyprawowymi pontonami. 


 

Na gliniastym brzegu oczy wszystkich skierowane były na Marcina, ale nie dlatego, że jest zawodowym strażakiem i o ściąganiu kotów z drzew czy wynoszeniu staruszek z pożaru – i co ważn...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy