Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat , Sport , Otwarty dostęp

9 stycznia 2020

NR 37 (Styczeń 2020)

Za dobry rok!

117

Cokolwiek by mówić o sezonie 2019, chyba nawet najwięksi malkontenci nie mają zbyt wielu powodów do niezadowolenia. Poza nieco rozczarowującymi mistrzostwami świata, po których spodziewaliśmy się nie tylko lepszych wyników naszych reprezentantów, ale także znacznie sprawniejszej organizacji, miniony sezon kolarskich kibiców raczej rozpieszczał. Poprzeczka zawisła wysoko. Czy zatem 2020 rok podoła rzuconemu wyzwaniu? Ostateczną odpowiedź poznamy zapewne dopiero za około 10 miesięcy, ale szanse na to są niemałe. Sprzyjać temu będzie zarówno nietypowy kalendarz, jak i atrakcyjność tras oraz poczynione przed tym sezonem transfery w kolarskich zespołach. Już niebawem rozpocznie się kolarska uczta. Spróbujmy więc dostroić do niej nasze apetyty.

Tokio w centrum wydarzeń

Jednym z rozdających karty w nadchodzącym sezonie będzie kalendarz. Wprawdzie Igrzyska Olimpijskie nie są niczym nowym i w przeszłości już zdarzały się z ich powodów rozmaite przesunięcia innych wyścigów, ale w ostatnich latach kolarskich imprez przybyło i pogodzenie wszystkich staje się niemal niemożliwe. Z jednej strony ten urodzaj to dla dyscypliny dobra wiadomość, ale miewa też ofiary. Jedną z nich jest impreza z cyklu Hammer Series, która w Limburgii w przyszłym roku się nie odbędzie właśnie z powodu braku miejsca w kalendarzu, choć złośliwi twierdzą, że to również ofiara wojny, jaka rozgrywa się między Międzynarodową Unią Kolarską a organizacją Velon. Organizatorzy widowiskowego Hammer Limburg zapowiadają w jego miejsce zawody dla młodzieżowców i powrót zawodowców w kolejnym sezonie. Jak to mówią: pożyjemy, zobaczymy.
Niektórzy za ofiarę kalendarza uważają również Tour de Pologne, który ze względu na igrzyska odbędzie się miesiąc wcześniej i będzie rozgrywany w trakcie drugiego tygodnia Tour de France. Ale niewykluczone, że polski wyścig na tej zmianie raczej zyska, i to podwójnie. Po pierwsze dlatego, że dla części zawodników, celujących w Tokio, ale unikających nadmiernego zmęczenia tuż przed olimpijskim wyścigiem, rozgrywanym zaledwie sześć dni po finale Wielkiej Pętli, konfiguracja Giro d’Italia oraz igrzysk, z kilkoma wymagającymi tygodniówkami pomiędzy (w tym właśnie Tour de Pologne), może być idealnym rozwiązaniem. Drugą dobrą wiadomością dla naszego narodowego wyścigu może być fakt, że lipiec jest tradycyjnie miesiącem większego niż zwykle zainteresowania kolarstwem w naszym kraju, więc niewykluczone, że na fali popularności Tour de France zyska również wyścig Czesława Langa. Tym bardziej że jego etapy kończą się zwykle znacznie później niż finisze we Francji. Jedyna wątpliwość jest taka, czy kibice będą w stanie wytrzymać przed telewizorami wielogodzinne maratony? 
Wcześniej niż zwykle rozpocznie się sam Tour de France, który tym razem wystartuje już 27 czerwca i potrwa do 19 lipca. Organizatorzy Wielkiej Pętli postanowili nie ułatwiać kolarzom zadania i tych, którzy zechcą się sprawdzić zarówno na szosach Francji, jak i na trasie w Japonii, wystawiają na naprawdę ciężką próbę. Dość powiedzieć, że część zawodników po zapoznaniu się z trasą Tour de France wciąż jeszcze zwleka z jasną deklaracją, czy staną na jego starcie. A są i tacy, którzy stwierdzili, że we Francji nie mają czego szukać.
Olimpijski wyścig w Tokio – sprawca całego zamieszania – również będzie imprezą raczej dla wybranych. Ci, którzy pokonali trasę w ramach jesiennego rekonesansu, wypowiadają się o niej z mieszaniną szacunku i trwogi. Blisko 5000 metrów przewyższenia budzi respekt. I chociaż olimpijskie insygnia nie są w peletonie tak wyraźnie prezentowane jak tęczowa koszulka mistrza świata, to z całą pewnością są nie mniej pożądane i rozbudzają wyobraźnię wielu potencjalnych śmiałków.

Życie nie znosi próżni

Zamieszanie w kolarskim kalendarzu ma również inne przyczyny, jak choćby brutalne zderzenie organizatorów wyścigów z rzeczywistością. Nawet Tour of California – wyścig, który z roku na rok zyskiwał coraz większą popularność i wydawał się jedną z pewnych pozycji w planach startowych wielu zespołów – musiał wywiesić białą flagę. Złośliwi mówią, że to z powodu Petera Sagana, który postanowił w tym roku odpuścić start w ciepłej Kalifornii i pojechać w Giro d’Italia, ale codzienność daleka jest od takiego romantyzmu. Impreza nie tylko straciła głównego sponsora, ale stała się też ofiarą klęski żywiołowej. Pustoszące Kalifornię pożary sprawiły, że lokalne służby nie były w stanie zagwarantować bezpieczeństwa kibicom oraz uczestnikom wyścigu. 
Niejako dla równowagi na kolarskiej mapie pojawią się nowe wydarzenia, rozgrywane w miejscach wciąż jeszcze uznawanych za egzotyczne, ale za to nieco mniej narażone na tak przyziemne troski jak chociażby brak gotówki. Francuzi z ASO przekonali do swojej idei szejków z Arabii Saudyjskiej i już w dniach 4–8 lutego rozegrają tam po raz pierwszy Tour of Saudi Arabia (chwilę wcześniej po tych samych okolicach ścigać się będą uczestnicy Rajdu Dakar, przeniesionego tam przez ASO z Ameryki Południowej). Dla odmiany Włosi z RCS pogłębiają relacje władzami Emiratów Arabskich, gdzie obok UAE Tour zorganizują po raz pierwszy kobiecy Dubai Tour. Sylvain Adams, który dwa lata temu z sukcesem ściągnął do Izraela start Giro d’Italia, również zaczyna zbierać owoce tamtej inwestycji. Pod koniec sezonu przeprowadził udaną fuzję Israel Cycling Academy z chylącą się ku upadkowi Katushą, a na jego własnym terenie pojawił się nowy wyścig w kalendarzu Międzynarodowej Unii Kolarskiej: Tel Aviv Classic (8 lutego).
Z kalendarza World Touru zniknął wyścig dookoła Turcji, omijany szerokim łukiem przez wiele ekip rzekomo ze względu na jego przesadne wykorzystanie przez tureckie władze do celów propagandowo-politycznych. Można dyskutować z tymi obawami, bo ostatecznie kolarski peleton odwiedza wiele miejsc na świecie, o których nie można powiedzieć, że są kolebkami demokracji i praw człowieka (jak choćby wspomniane wyżej), ale nie ulega wątpliwości, że tureccy organizatorzy nie stanęli na wysokości zadania i ich wyścig został zdegradowany do kategorii Pro Series. 
Sama kategoria również jest pewną nowością w sezonie 2020. Międzynarodowa Unia Kolarska postanowiła bowiem wykonać kolejny krok w swojej nieustającej reformie i wprowadziła od bieżącego roku nową serię wyścigową Pro Series, która ma stanowić drugą pod względem ważności dywizję po World Tour. Znalazła się w niej część wyścigów z wcześniejszych kategorii 1.1 i 2.1, imprezy z kategorii HC, jeden wyścig zdegradowany z World Tour (wspomniany wcześniej Tour of Turkey) oraz jeden nowy: amerykański Maryland Cycling Classic, rozgrywany 6 września – w dniu finału Vuelty. Serię Pro otworzy 
5 lutego hiszpańska Volta a la Comunitat Valenciana.
W Pro Series nie znalazła się, niestety, żadna polska impreza, zatem w 2020 r. będziemy mieli na naszym terenie tylko worldtourowy Tour de Pologne i kilkanaście mniejszych wyścigów, zaliczanych do cyklu Europe Tour. Z kalendarza zniknęły dwie lokalne imprezy: Wyścig mjr. Hubala – Sante Tour oraz Visegrad 4 Bicycle Race, a w ich miejsce pojawiło się nowe przedsięwzięcie: Tour Bitwa Warszawska 1920, rozgrywany w okolicach rocznicy cudu nad Wisłą (12–16 sierpnia).
 

Deceuninck-Quick Step bilans ruchów transferowych ma raczej ujemny. Z drużyny odeszli m.in. Philippe Gilbert, Maximiliano Richieze, Enric Mas oraz Elia Viviani. W przypadku wielu ekip utrata tylu wartościowych kolarzy mogłaby wpłynąć negatywnie na cele na 2020. Historia ostatnich lat każe jednak sądzić, że WolfPack i Patrick Lefevere nie ustąpią łatwo pola innym zespołom. 


Kumulacja mistrzostw

W związku z Igrzyskami Olimpijskimi pewne zmiany zajdą również jesienią. Rozgrywana w tym roku nieco wcześniej Vuelta a España zakończy się 6 września (wystartuje 14 sierpnia), a tuż po niej nastąpi cykl czempionatów. Najpierw od 9 do 13 września we włoskim Trydencie rozegrane zostaną mistrzostwa Europy, a zaledwie tydzień później w okolicach Aigle i Martigny w Szwajcarii kolarze i kolarki rozpoczną walkę o tęczowe koszulki mistrzostw świata. Następców Annemiek Van Vleuten i Madsa Pedersena poznamy 26 i 27 września.
Kilka nowości pojawi się również w kalendarzu wyścigów pań, które podobnie jak w ubiegłym roku, otworzą sezon wyścigowy przed mężczyznami i 16 stycznia staną na starcie kobiecego Tour Down Under w Australii. Na Antypodach pojawi się też jednodniowa impreza Race Torquay (30 stycznia), a kilka tygodni później (17–20 lutego) kobiecy peleton po raz pierwszy stanie na starcie wspomnianego już wcześniej wyścigu dookoła Dubaju. Wśród nowości jest też planowany na początek sierpnia etapowy wyścig dookoła francuskiej Oksytanii.
Z ulgą mogą odetchnąć wielbiciele wiosennych i jesiennych serii wyścigów klasycznych – tu nie zmieni się właściwie nic. Począwszy od Omloop Het Nieuwsblad (w wydaniu dla kobiet i mężczyzn), aż po październikowe Gran Premio Bruno Beghelli (kobiety) i ostatni monument Il Lombardia (mężczyźni), klasyki, z wyjątkiem kilku mniej znaczących wyścigów, zostaną rozegrane… klasycznie. W końcu nawet w nieustannie „pływającym” kolarskim kalendarzu muszą być również jakieś stałe elementy.
 

Na tle Wielkiej Pętli trasa Giro d’Italia wygląda na dużo bardziej zachowawczą, a Włosi postanowili przesadnie nie eksperymentować i postawili na sprawdzone ikony: Etnę, Stelvio, d’Izoard i wiele innych. Nie znaczy to oczywiście, że La Corsa Rosa będzie w tym roku łatwa, ale z pewnością będzie dużo bardziej urozmaicona.

Wyścig zbrojeń

„W tym szaleństwie jest metoda!” – można było zakrzyknąć po prezentacji trasy sto siódmej edycji Tour de France. Francuzi co prawda nieco zszokowali świat już przed rokiem, ale niekwestionowany chyba przez nikogo sukces imprezy, będący w dużej mierze wynikiem wprowadzonych zmian, skłonił ekipę Christiana Prudhomme’a do poczynienia kolejnych kroków w tym kierunku. Efekt? Wielka Pętla zapowiada się już dzisiaj bardzo emocjonująco. I nieco tajemniczo, bo chociaż wielu kibiców potrafi sobie wyobrazić rozgrywanie na przedostatnim etapie jazdy na czas z metą na La Planche des Belles Filles, ale nie da się przewidzieć, jak powstałe tam różnice czasowe wpłyną na klasyfikację generalną wyścigu. 
Organizatorzy Tour de France mieli w tym roku do pokonania jeszcze jedną przeszkodę: musieli tak zaplanować trasę, by wyścig nie przegrał walki o uwagę kibiców z finałami Euro 2020, które będą trwały aż do 12 lipca, czyli przez pierwsze dwa tygodnie trwania Wielkiej Pętli. Stąd między innymi profil trasy, składający się niemal wyłącznie z mniejszych i większych gór i pagórków, niepozostawiający zbyt wiele miejsca na rywalizację sprinterów. Ci będą musieli szukać swoich szans gdzieś indziej.
Tour wystartuje 27 czerwca w Nicei i przez pierwsze dni będzie krążył po jej pagórkowatych okolicach. Później wjedzie w południowe Alpy, po czym skieruje się na zachód i przez południową część Masywu Centralnego uda się w Pireneje. Tu zostaną rozegrane dwa etapy, a w dniu przerwy peleton czeka transfer w okolice środkowego wybrzeża Francji. Tam zmieni kierunek i ruszy z powrotem w stronę Alp, tym razem przejeżdżając przez północną część Masywu Centralnego. Trzeci tydzień to już tylko góry: trzy etapy w Alpach, jeden w Jurze, a na koniec skok w Wogezy na szaloną czasówkę i tradycyjny finał na Polach Elizejskich. 
Na tle Wielkiej Pętli trasa Giro d’Italia wygląda na dużo bardziej zachowawczą, a Włosi postanowili przesadnie nie eksperymentować i postawili na sprawdzone ikony: Etnę, Stelvio, d’Izoard i wiele innych. Nie znaczy to oczywiście, że La Corsa Rosa będzie w tym roku łatwa, ale z pewnością będzie dużo bardziej urozmaicona. Na trasie znalazło się na tyle dużo etapów dla sprinterów, by nawet Petera Sagana skłonić do walki o sprinterskie trofeum w debiutanckim (sic!) występie w Giro. Na atrakcyjność listy startowej tegorocznego Giro d’Italia może też wpłynąć wspomniana wcześniej bliskość olimpijskiego wyścigu w Tokio od mety Wielkiej Pętli.
Zgodnie z ugruntowaną już tradycją, Giro co drugi sezon startuje poza granicami Włoch. Po udanym Grande Partenza w Jerozolimie tym razem wybór padł na Budapeszt, w którym rozegrana zostanie jazda indywidualna na czas. Później wyścig ruszy na dwa etapy na terenie Węgier, skąd zostanie (w ciągu zaledwie jednej nocy!) przewieziony aż na Sycylię. Tam już piątego dnia ścigania kolarze zmierzą się z podjazdem na Etnę, po czym wyścig ruszy na północ, przemierzając niemal całe wschodnie wybrzeże Włoch: od okolic Bari aż w pobliże Wenecji. Tam skieruje się na zachód i przemierzy niemal całe Dolomity, przez Madonnę di Campiglio i Stelvio, docierając do Sestriere. Włoskie ściganie zakończy trzecia jazda na czas, rozgrywana na ulicach Mediolanu. 
Trasa trzeciego z Wielkich Tourów w momencie oddawania tego tekstu do druku nie jest jeszcze w całości znana, ale z medialnych przecieków możemy wnioskować, że organizatorzy Vuelty, wzorem francuskich kolegów (i jednocześnie wspólników w przedsięwzięciu), postanowili również pójść za ciosem i stawiają na trudny profil i odkrywanie zupełnie nowych kolarskich szlaków. Trudność przewidywania wyników i ciągła zmienność sytuacji na trasie wyścigu okazały się największymi atutami ubiegłorocznej Vuelty. Kontynuacja tej strategii nie powinna zatem szczególnie dziwić. 
Zmiany czekają nas za to na rodzimym podwórku, na którym – zapewne ku uciesze (lub zmartwieniu) części kibiców – Tour de Pologne porzuci utarte przez kilka ostatnich lat schematy. Na trasie prawdopodobnie pozostanie Bukowina i Kocierz, który w 2019 r. miał być jednym z decydujących momentów wyścigu, ale z powodu tragicznego w skutkach wypadku Bjorga Lambrechta etap został zneutralizowany i peleton przez wymagający podjazd ulicą Widokową w ogóle nie przejechał. Na trasie pozostanie również Kraków, w którym tym razem wyścig się prawdopodobnie zakończy. Start powróci za to po czterech latach do Warszawy, a na trasie mają pojawić się Andrychów (jako miasto startowe jednego z etapów) i Wadowice. Wszystkie szczegóły planowanej trasy poznamy zapewne w pierwszych miesiącach roku, a do tej pory Czesław Lang będzie zapewne rozbudzał apetyty polskich kibiców, licząc na obecność na trasie Tour de Pologne wielu zawodników, którzy zrezygnują z Tour de France i w Polsce przygotowywać się będą do olimpijskiego startu w Tokio.
Warto tu również wspomnieć o drugiej z inicjatyw Czesława Langa: Orlen Wyścig Narodów. Impreza, na którą organizatorzy zapraszają reprezentacje narodowe U23, pewnie będzie jeszcze jakiś czas walczyć o uwagę i renomę równą Tour de l’Avenir, ale niewątpliwie jej kontynuacja po ubiegłorocznym debiucie jest dobrym sygnałem. Można się oczywiście uśmiechać pod nosem, gdy Lang deklaruje, że swoim wyścigiem daje szansę do zaprezentowania się narodowym federacjom, ale przecież nie samą nieporadnością Polskiego Związku Kolarskiego żyje kolarstwo. Orlen Wyścig Narodów zaplanowano na 29–30 sierpnia. 

Transferowy zawrót głowy

Gdyby nie fakt, że transferowy cyrk kręci się na dobre od kilku miesięcy i do wielu zmian zdążyliśmy się już w tym czasie przyzwyczaić, spojrzenie na listy startowe w styczniu i porównanie ich z ubiegłorocznymi mogłoby być dla przeciętnego kibica szokujące. Zmian jest wiele i nie ominęły naprawdę poważnych nazwisk, zarówno w męskim, jak i w kobiecym peletonie. 
Zacznijmy tym razem od pań, wśród których jedna z gwiazd Team Sunweb, Lucinda Brand, zmieniła klubową przynależność na Trek-Segafredo. Szeregi Virtu Cycling opuściła utytułowana Marta Bastianelli, która w nowym sezonie będzie koleżanką Eugenii Bujak w słoweńskim zespole Ale BTC Lubljana. Teamowe barwy zmienia też Małgorzata Jasińska, która po niezbyt udanym sezonie opuszcza szeregi kobiecego Movistaru i w 2020 r. będzie jeździć w barwach ekipy Casa Dorada.
Ale prawdziwe rewolucje nastąpiły w ekipach męskich. Tutaj najpoważniejsza zmiana nastąpiła w zespole Jumbo-Visma, który w ciągu zaledwie kilku lat awansował do roli głównego konkurenta Team Ineos i na który coraz częściej zwrócone są oczy kolarskiego świata. W bieżącym sezonie szeregi holenderskiej ekipy zasili Tom Dumoulin, który rozwiązał w tym celu kontrakt z Sunwebem. Dla Jumbo-Visma, w szeregach której jeżdżą już takie gwiazdy jak Primoż Roglić (zwycięzca Vuelty i trzeci kolarz ubiegłorocznego Giro) czy regularnie wygrywający sprinterskie finisze Dylan Groenewegen, oznacza to bardzo duże wzmocnienie przed Wielkimi Tourami, a zespół nie kryje ambicji wygrania ich wszystkich.
Talię asów w rękawie Team Ineos zasilił triumfator ubiegłorocznego Giro d’Italia Ricard Carapaz. Dzięki temu ruchowi Ineos również jest uzbrojony na Wielkie Toury, choć zapewne jego głównym celem będzie jak zwykle Tour de France. Pewne jest jednak, że nie trzyma się aż czterech wybitnych kolarzy na jeden wyścig, a oprócz Carapaza i Egana Bernala w ekipie wciąż jeszcze są Geraint Thomas i Chris Froome, choć akurat forma tego ostatniego po bardzo poważnej kontuzji w Criterium Dauphine ciągle jest wielką zagadką. Ale po zbrojeniach Ineos można wnioskować, że zamierzają na powrót poważnie podejść do startów w Giro i Vuelcie. 
Zanim Mads Pedersen sięgnął w Yorkshire (dość niespodziewanie) po tęczowy trykot mistrza świata, wiadome było, że szeregi Trek-Segafredo zasili Vincenzo Nibali. Kontrakt podpisywany był z myślą o starcie utytułowanego Włocha w Wielkiej Pętli, ale po namyśle skorygowano główne cele i dziś wiadomo, że Nibali celować będzie przede wszystkim w kolejny sukces w Giro d’Italia. Ekipa Trek-Segafredo zyskała też solidnego pomocnika: z Ineos przybył do niej Kenny Elissonde, a sam Vincenzo Nibali zyskał również dodatkowe wsparcie w postaci zaproszenia do zespołu jego brata Antonio.
Z zespołu Trek do Lotto-Soudal przeszedł John Degenkolb, który wraz z Philippem Gilbertem (wcześniej Deceuninck-Quick Step) zasili szeregi belgijskiej ekipy, reprezentowanej również przez Tomka Marczyńskiego. Specjaliści od wielkich ucieczek i wyścigów klasycznych uzupe...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy