Dołącz do czytelników
Brak wyników

Turystyka

29 grudnia 2020

NR 45 (Listopad 2020)

Włoska Dolina Gherdëina

0 547

Setny dzwoniący w środku tygodnia telefon zazwyczaj nie zwiastuje niczego poza irytacją. Słyszę po drugiej stronie Mariusza i wyraźnie poprawia mi to humor: Cześć Bartek, co powiesz na rowerowo-fotograficzny wyjazd w Dolomity?

Tego typu pytanie jest dla mnie jak prawie gotowy plan. Tu nie trzeba wiele wyjaśniać ani uzasadniać, wystarczy wybrać miejsce. Pada na Dolinę Gardeny (Val Gardena), a dokładnie miasteczko San Cristina, które znamy z ubiegłorocznych zawodów Enduro World Series w Canazei. Wiemy, że jest tam to, czego szukamy – trasy do jazdy i krajobrazy do zdjęć. To jest taka mieszanka, że zanim odkładam słuchawkę, już trzęsą mi się ręce. Prognoza pogody daje nam trzy dni słońca – musimy wykorzystać to w stu procentach.

POLECAMY

 

Dzień 1

Wyjeżdżamy z Bukowiny Tatrzańskiej około godziny 21:00 i przed nami cała noc podróży. Wstępny plan zakłada krótki odpoczynek na miejscu, ale jak to zwykle bywa z planami, często ulegają zmianie. Po dwunastu godzinach za kółkiem meldujemy się na Passo Gardena. Powitanie, jakie przygotowały dla nas Dolomity, trochę nas zaskakuje: śnieg oraz lekka szarówka to nie to, na co się umawialiśmy. Śniadanie jemy w samochodzie (tosty), wykonujemy szybki check terenu i ruszamy w stronę Passo Cir jedynym dostępnym szlakiem – wokół same ferraty! 

 


 

 

 

 

 


Wiedziałem, że będzie ciekawie. Mariusz na swoim 29-calowym Giant Reign i ja na elektrycznym odpowiedniku powoli zdobywamy wysokość. Dojazdówka pod „ścianę” prowadzi szutrówką, ale widoki z każdej strony zapierają dech w piersiach. W końcu wyłania się początek szlaku przed nami – kosówka, ostre skały i wąska ścieżka. Adekwatnie do zyskiwanej wysokości, teren robi się coraz bardziej stromy i coraz więcej na nim skał i śniegu. Po chwili nie ma mowy o dalszym podjeżdżaniu, nawet na elektryku. Jak to bywa w życiu rowerowego fotografa, plecak nigdy nie jest łaskawy i swoje waży, dodatkowo zawsze istnieje ryzyko upadku, a ja nie chcę zbierać moich obiektywów ze skał. Ustalamy, że dalej pójdę pieszo, a elektryk wyląduje w kosówkach. Mariusz pakuje rower na plecy i tak maszerujemy aż do przełęczy Cir. Otaczają nas strzeliste szczyty, co jakiś czas któryś z nas rzuca krótkie słowo zachwytu. Bajka!

 

Rozglądamy się absolutnie oniemieli. To prawdziwa mekka dla fotografów – Mariusz z wielkim uśmiechem na twarzy akceptuje każdy mój „zobaczony” kadr, a to wcale nie jest łatwe: wejdź tu, zjedź tędy, złóż się w zakręt, tu wyskocz. Po dotarciu na przełęcz, widząc przed nami szczyt Forcella di Crespëina, pomimo zmęczenia nie myślimy za długo, czy ma sens na niego wchodzić. To absolutnie oczywiste! Na szczycie szybka piątka i selfiaczek i Mariusz jest gotowy do zjazdu. Trasa w dół ma sporą ekspozycję, leży na niej śnieg, a sama ścieżka wije się i lawiruje między skałami, układając się w niezliczoną liczbę ciasnych zakrętów. „Same verty” – przyznaje Mariusz. Stojąc na górze i widząc cały przejazd, jestem pod ogromnym wrażeniem jego umiejętności. Mijani turyści, ubierający raki, komentują łamanym angielskim: crazy man. To chyba idealna puenta. Potem jest powrót do miasteczka, szybki check in w mieszkaniu, wyjście na pizzę i po dwudziestu paru godzinach na nogach dwa piwka robią robotę porównywalną z najmocniejszym bimbrem z naszych okolic. Jesteśmy martwi!

 

 

Dzień 2 

9:00 rano – tosty i włoska kawka. Pogoda jest jak na zamówienie. Mariusz wyszperał w swoich tajnych źródłach górę o nazwie Pic – dość łagodny szczyt, gdyby porównać go do tych otaczających – wygląda na to, że jest do zjechania z samego wierzchołka, bez konieczności sprowadzania roweru. Ponadto szlak na nią prowadzi prawie spod drzwi naszego mieszkania. Początkowo wiedzie przez serce miasteczka San Cristina – co ciekawe, przejeżdżamy przez tunel, którym dawniej kursowała kolej szynowa. Aktualnie znajduje się tu malutkie muzeum dostępne dla każdego przechodnia. Później czeka już na nas tylko mozolny podjazd wąskimi singletrackami na przemian z szerokimi szutrówkami i asfaltem. Docieramy w miejsce, z którego żartowaliśmy, że przypomina dolną stację Gąsienicowej na Kasprowym Wierchu, z troszkę większymi górkami dookoła. Panorama przedstawiała się, idąc zgodnie ze wskazówkami zegara, następująco: godzina dwunasta – kultowa Seceda, trzecia – rejony Passo Cir, na której byliśmy poprzedniego dnia, szósta – miasteczko San Cristina, dziewiąta – nasz dzisiejszy cel – Pic.

 

Z wczorajszego śniegu już prawie nic nie zostało i na zdjęciach aura z zimowej zmieni się w jesienną, pomyślałem. Ruszamy dalej i po chwili szlak przestaje być dla nas łaskawy, szybko musimy zsiąść z rowerów. Mariusz ciągle żartuje, że elektryk jest dobry do momentu, aż nie trzeba go pchać. Szybko zrozumiałem ten żart. To znaczy, zrozumiałem, że to wcale nie żart, tylko trudna rzeczywistość. W każdym razie, dzięki, Mario, za pomoc w taszczeniu tego ciężaru pod górę. Szczyt to czekolada, krótki chillout i niesamowita wena do zdjęć. Z każdej strony charakterystyczne wierzchołki gór, piękna rzeźba terenu do zjazdu oraz jesienny klimat. Musiałem tylko wszystko to spiąć w całość. Ju...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy