Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

15 lipca 2019

NR 32 (Lipiec 2019)

Rowerem przez Maroko

0 132

Ruszamy do Afryki!

Ten kierunek nie był początkowo tak oczywisty, jak by się wydawało. Po sukcesie organizacyjnym, kondycyjnym i towarzyskim, jakim była nasza wyprawa do Chorwacji, postanowiliśmy spróbować czegoś nowego. Ponieważ w coraz większą liczbę miejsc można za całkiem przyzwoite pieniądze dolecieć z Polski, postanowiliśmy odwiedzić jakiś dalszy zakątek świata. Wstępny wybór padł na północną Norwegię, z planem zdobycia Nordkapu oraz przejechania Lofotów, okazało się to jednak trochę za drogie, z trochę zbyt skomplikowanym dojazdem z kilkoma przesiadkami i wreszcie jest tam trochę za zimno.
 


Dokąd zatem? A może północna Afryka, konkretnie Maroko? Dogodny dojazd, względnie bezpiecznie, akceptowalne ceny i ciepło, chociaż z tym ostatnim oczekiwania nieco różniły się od rzeczywistości. Decyzja zapadła. Lecimy do Maroka, przejeżdżamy je, zaliczając – naszym subiektywnym zdaniem – najciekawsze miejsca, przepływamy promem na kontynent europejski i przez Malagę wracamy do Polski. Około rok wcześniej zaczęliśmy przygotowania. Kompletowanie sprzętu, zakup biletów lotniczych, szczepienia, trening kondycyjny, lektura dostępnych informacji na temat Maroka, analiza blogów podróżniczych, planowanie trasy. Ostatecznie na początku marca 2019 roku wszystkie puzzle zostały złożone. Jedziemy we dwójkę busem, z rowerami spakowanymi w kartony i z bagażem rejestrowym zapakowanym w torby handlowe typu ukraińskiego, do Warszawy, pozostała część ekipy dołącza do nas na Okęciu. Kilka godzin czekania na lotnisku i po pięciu godzinach lotu lądujemy w Marrakeszu.

Po skręceniu rowerów pojawia się pierwszy problem. Nie wiemy, co zrobić z kartonami. Wszyscy sugerują nam wyjście z nimi na zewnątrz, tam jednak również nie ma żadnego kontenera, do którego moglibyśmy je wrzucić. W tym miejscu po raz pierwszy spotykamy się z kwestią „targowania się”, powszechnego sposobu definiowania cen towarów i usług w Maroku. W rezultacie po krótkich negocjacjach udaje nam się za jednego dirhama oraz zepsutą pompkę rowerową, którą mieliśmy zamiar i tak wyrzucić, wcisnąć kartony jakiemuś człowiekowi. Nareszcie wsiadamy na rowery i przemieszczamy się do marrakeskiej mediny, do riadu (swoistego pensjonatu), w którym mamy zarezerwowany pierwszy nocleg. Na ulicy ogromny ruch, tysiące skuterów, wszyscy trąbią, niektórzy jadą pod prąd, co szczególnie na rondach jest dość niebezpieczne. Istne szaleństwo. Na szczęście cali i zdrowi, przeciskając się wąskimi uliczkami mediny, docieramy na miejsce. Formalności meldunkowe, szybki prysznic i ruszamy zwiedzać miasto. Zaliczamy plac Dżamaa al-Fina, widoczny z daleka meczet Kutubijja oraz bramę Bab el Aghdar. Niestety, zbiera się na burzę i ostatecznie zaczyna lać, więc kończymy zwiedzanie. Pierwszy tadżin na wyjeździe, marokańska herbatka – Berber Whiskey (zielona marokańska herbata, bardzo mocno słodzona, z dużą ilością świeżej mięty), powrót do riadu, małe planowanie dnia następnego i sen. Uff. Skończył się ten szalony dzień.
 


W zasadzie dopiero następnego dnia zaczyna się wyprawa. Przed nami ok. 1400 km do przejechania, dwukrotne pokonanie Atlasu Wysokiego, z wjazdem na przełęcze położone powyżej 2000 m n.p.m., dojazd do Sahary w rejonie wydm Erg Chebbi i na koniec wspinaczka w Górach Rif. Pierwsze dwa dni jazdy to wjazd na przełęcz Tizi n’Tichka (2260 m n.p.m.) w Atlasie Wysokim i zjazd w dół w okolice Telouet. Początkowo jedzie nam się dość dobrze, teren wznosi się nieznacznie, a my mijamy sukcesywnie małe gliniane osiedla przetykane drzewami pomarańczowymi i palmami daktylowymi. Wszystko jest dla nas nowe, niespotykane. Robimy więc zdjęcia jak opętani i zachwycamy się krajobrazami czy objuczonymi towarem osłami. Jednak sielanka trwa tylko przez pierwsze 30 km od wyjazdu z Marrakeszu. Później teren zaczyna się wznosić, a my w ciągu dwóch dni pokonujemy 2000 m w pionie. Szczególnie końcówka podjazdu zaczyna być dość trudna ze względu zarówno na ekspozycję (mimo wypłaszczenia drogi wieloma serpentynami), jak i na zaczynający wiać bardzo silny i zimny wiatr. W połowie drugiego dnia docieramy na przełęcz Tizi n’Tichka (2260 m n.p.m.), najwyżej położony punkt na trasie wyprawy. 

Na przełęczy spędzamy kilkadziesiąt minut, wypijając ciepłą herbatkę i dokonując zakupu, po dość długim targowaniu się, pierwszej chusty berberyjskiej. Sprzedawcy okolicznych kramów na wieść o tym, że jesteśmy z Polski, popisują się swoimi zdolnościami lingwistycznymi. Hasła „dobra cena”, „Lewandowski” czy „spoko Maroko” mają potwierdzić ich więź z naszym krajem i zachęcić do kupna czegokolwiek. My jednak nie dajemy się skusić i po zakupie jedynie wspomnianej chusty zjeżdżamy szybko w dół w kierunku Telouet. Nocujemy w Maison d’Hotes w Agdal. Jest bardzo zimno. Na szczęście właścicielka hoteliku stawia w jadalni gazowe promienniki ciepła i klimat zaczyna się poprawiać. Jest bardzo przyjemnie, szczególnie że zostaliśmy uraczeni jedną z najlepszych obiadokolacji na wyjeździe – daniem głównym był tadżin kefta podany w odmianie zwanej karia, z jajkiem sadzonym. Tak pysznego nie jedliśmy już później. We wspomnianym pensjonacie spotkała nas również miła niespodzianka. Kilka godzin po naszym przyjeździe pojawił się na motocyklu nasz rodak, Kordian, z którym możemy trochę pogawędzić, wymienić doświadczenia, pośmiać się.
 


Kolejnego dnia ruszamy w kierunku Ajt Bin Haddu – miasteczka, którego medina wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, tak jak większość starych medin w tym kraju. Rano, mimo że świeci słońce, jest nadal dość zimno, ale jadąc cały czas w dół, zauważamy, że temperatura w ciągu dnia zaczyna się podnosić, a my, podążając doliną rzeki Ounila, mamy możliwość oglądania nieco innych krajobrazów niż tylko skały, chociaż te nadal dominują. Przemieszczając się doliną, nietrudno zauważyć, że każdy skrawek ziemi, do którego można doprowadzić wodę, jest zagospodarowany pod skromne uprawy. Ciekawostką jest to, że oprócz rzeki płynącej doliną Marokańczycy budują pewnego rodzaju miniaturowe „akwedukty”, w formie obudowanych kanałów, służące do nawadniania poletek. W tych „okolicznościach przyrody” docieramy do Ajt Bin Haddu, miasteczka przyklejonego do starej mediny. W miasteczku panuje dość duży ruch turystyczny. Przeważają autokary przywożące miejscowe i zagraniczne wycieczki, w których dominującą nacją są Azjaci, pstrykający zdjęcia w każdym miejscu we wszelkich możliwych układach osobowych i pozach. Skąd ten fenomen Ajt Bin Haddu? Może stąd, że 19 lat temu w miejscowości kręcono sceny do filmu Gladiator, o czym turyści są informowani licznymi plakatami i zdjęciami rozwieszonymi w medinie. Nam również udziela się atmosfera miasteczka, które zwiedzamy mimo próby zagryzienia nas przez miejscowe, na wpół dzikie psy patrolujące w gromadach okolicę.

Następne dni spędzamy w drodze, zmierzając do miejsca, na którego odwiedzeniu bardzo nam zależało, a mianowicie do wąwozu Dades. Zanim jednak do niego dojedziemy, czeka nas przejazd przez Ouarzazate, ze słynnym studiem filmowym, w którym kręcono sceny do kultowego już serialu Gra o Tron, oraz nocleg w miejscowości Skoura, w fantastycznym riadzie oferującym dania sporządzane z produktów dostarczanych przez własną ekofarmę. Mamy więc możliwość spróbowania domowej roboty koziego sera czy świeżo tłoczonego syropu daktylowego. Krajobraz tych dwu dni jazdy jest już zgoła inny niż w Atlasie Wysokim. Opuściliśmy góry wysokie i teren – mimo że nadal pofałdowany – ogólnie robi się bardziej płaski. Pogoda również dopisuje. Słońce grzeje dość mocno i przeważnie jest bezwietrznie.
 


Tym samym w dobrych nastrojach dojeżdżamy do Boumalne Dades, dość ruchliwego miasta, w którym zamierzamy zostać dwa dni, poświęcając jeden z nich na wycieczkę „na lekko” do wąwozu Dades. Zanim tam jednak dotrzemy czeka nas negocjacja ceny noclegu w hotelu i wskazanie miejsca, w jakim możemy zaparkować rowery. Po dobiciu targu okazało się, że nasz „parking” znajduje się w sali restauracyjnej. W tym celu od dwóch stolików wyproszonych zostało kilku panów, stoliki zostały przesunięte na bok, a ich miejsce zajęły nasze rowery. Klient nasz pan. Po spokojnej nocy i obfitym śniadaniu, które w Maroku podawane jest zwykle na słodko, obfitującym w dżemy owocowe, miód, syrop daktylowy, kilka serków oraz chleb kobza, ruszamy do wąwozu Dades, gdzie do punktu kulminacyjnego mamy ponad 30 km jazdy, początkowo pofałdowanym terenem, z mniejszymi i większymi podjazdami i zjazdami, następnie pokonując ostatnie kilometry niesamowitymi serpentynami, z których słynie wąwóz, a ich widok zapiera dech w piersiach. Jakże miło było wypić kawę w kawiarence z widokiem na serpentyny, która po trudach podjazdu smakowała wybornie. My, niestety, musieliśmy zaraz wracać, tym bardziej że pogoda zaczynała się psuć, czego mieliśmy doświadczyć jeszcze nieraz. Po zwiedzeniu wąwozu Dades następny w kolejce był wąwóz Todra. Niestety, z powodu załamania się pogody i ulewnego deszczu nie udało nam się do niego dojechać i pozostało tylko przemknąć na nocleg w Tinghir. Na szczęście w kolejnych dniach pogoda okazała się łaskawa, co pozwoliło nam bez większych przeszkód, nie licząc jednego upadku na dość dużej dziurze w asfalcie oraz noclegu na opuszczonym basenie kąpielowym, dojechać do Merzougi, do wrót Sahary.

Wspomniane dni jazdy nie obfitowały w zasadzie w większe atrakcje i należały do tych, które po prostu trzeba zaliczyć. Mieliśmy wrażenie, że jedyną atrakcją na trasie byliśmy my, czego dowodem były owacje dzieci, które biegając wzdłuż drogi, pozdrawiały nas, prosząc o datki. Wizytę w Merzoudze należy uznać za udaną. Zaliczyliśmy wycieczkę na wydmy Erg Chebbi w formie „camel trip”, która kosztowała nas 40 euro od osoby. W tej cenie mieliśmy zapewnioną jazdę na wielbłądach do obozowiska, nocleg w namiotach, obiadokolację z wieczorem berberyjskim i śniadanie. Ponieważ z wydm wróciliśmy dość wcześnie, ale za późno, żeby ruszać w trasę, następny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek, przepranie większości rzeczy oraz zrobienie drobnych zakupów. Powoli szykowaliśmy się jednak do ponownego wkroczenia w Atlas Wysoki. Po dniu odpoczynku opuściliśmy gościnną Merzougę i zaczęliśmy się kierować w stronę doliny rzeki Ziz, obficie porośniętej gajami daktylowymi, którą będziemy jechać kilka ładnych dni. 
 


Krajobraz znowu zaczyna być urozmaicony. Z każdym dniem jesteśmy coraz wyżej, dojeżdżając w końcu na przełęcz Col du Zad położoną na wysokości 2178 m n.p.m. Zanim jednak do tego dojdzie, zaczynamy mieć duże kłopoty z pogodą. Na jednym z kolejnych noclegów, konkretnie w kasbie Jurassique, zaczyna bardzo mocno padać. Sytuacja ta nie ulega poprawie przez kilka kolejnych porannych godzin. Analizując prognozę pogody na kilku różnych serwisach, widzimy światełko w tunelu. Przez dwie godziny ma być okno pogodowe. Nie namyślając się długo, ruszamy w trasę. Te dwie godziny pozwolą nam na przejechanie tylko 27 km, w sam raz do kolejnej miejscowości – Er-Rich, w której znajdujemy dość tani „hotel” (polski sanepid raczej zamknąłby go od razu). Dokładnie po dwóch godzinach od wyruszenia na trasę i dotarciu do hotelu znów zaczyna lać. Pogoda poprawia się dopiero z rana kolejnego dnia. Nie pada, ale jest bardzo zimno.

W najwyższ...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy