Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

15 października 2019

NR 35 (Październik 2019)

Najpiękniejsze MTB w Polsce, czyli Carpatia Divide 2019

0 45

„Może chciałbyś w połowie sierpnia przejechać przez Karpaty od Ustronia do Mucznego w Bieszczadach? Blisko 600 kilometrów non stop” – pyta mnie na wiosennym treningu biegowym Zbyszek. „Ja się wybieram. Polubiłem bikepackingowe zawody po zeszłorocznej Wiśle 1200”. Trochę zaskoczony, ale żądny przygód i rowerowych wyzwań, palnąłem bez zastanowienia: „Jasne, dlaczego nie, jadę”. Trochę na wyrost, mając nadzieję, że rodzina zaakceptuje mój kolejny wyjazd.

W lipcu planowałem start w maratonie rowerowym Wisła 1200, a tutaj rodzi się pomysł na kolejną fantastyczną przygodę. Sprawdzam stronę zawodów, analizuję trasę i od razu wiem, że to moja bajka. Wciąż sporo wolnych miejsc. Pytam znajomych, ale mało kto się pisze na taką wyrypę – 625 kilometrów po górach z ponad 17 kilometrami przewyższenia. Ba! Nie ma lekko, wszystko trzeba wieźć ze sobą, bez wsparcia i pomocy z zewnątrz. Michał, znajomy z klubu triathlonowego, z którym startowałem w parze na etapówce MTB w Chorwacji, mówi, że pomyśli. Po kilku dniach obaj jesteśmy zapisani.
Przygotowania idą pełną parą. Wplatam dłuższe wycieczki MTB w moje treningi. Startuję w triathlonowym Diablaku oraz jadę Wisłę 1200 – maraton w tej samej formule organizowany przez Leszka Pachulskiego. Wiem, że na Carpatia Divide lekko nie będzie, więc trzeba się dobrze przygotować. Oprócz kondycji analizuję wyprawę sprzętowo, bo to równie ważne. Zastanawiam się, co brać, a co było zbędne na maratonie Wisła 1200, choć Carpatia Divide to zupełnie inne, jakże trudniejsze wyzwanie. Robię listę, liczę gramy, skreślam, co zbędne, dokupuję brakujące rzeczy: lekka kurtka, nawigacja Garmin, powerbank. Jeszcze raz analizuję trasę, robię orientacyjny kilometraż, patrzę, gdzie są schroniska i możliwość zakupów jedzenia w okolicznych wioskach. Znam te tereny z wycieczek MTB, często biegam tu w zawodach (Łemkowyna, GezNO, Biegi w Szczawnicy). Doskonale wiem, czego się spodziewać, mimo to chwytam się za głowę, patrząc na liczbę przewyższeń. Planujemy z Michałem wspólne kręcenie – znamy się dobrze, mamy podobne tempo, a dodatkowo dochodzi aspekt bezpieczeństwa i motywacji w chwilach kryzysu. 
16 sierpnia, w piękny, słoneczny dzień jesteśmy na rynku w Ustroniu. Odbiór pakietów, przypięcie numerów, krótka odprawa, pamiątkowe foty i… o dziesiątej rano ruszamy. „Trwaj, przygodo, trwaj” – myślę!

Początek spokojny – asfaltem przez Ustroń, niczym prolog. Trudności dopiero przed nami. Niektórzy żartują, choć atmosfera wydaje się mocno napięta. Spoglądam na innych, analizuję, ile zabrali, jakie mają rowery. Większość to carbonowe fulle 29” z torbą podsiodłową, „trójkątami” w ramie czy nierzadko czymś na kierownicy. Patentów sporo. Są sztywniaki, a nawet trekkingi z bocznymi sakwami – czarno widzę ich poczynania na zjazdach, które znam, ale można sprowadzać. Widzę fatbike’a i znane mi logo bikeBoard na koszulce uczestnika.
Początek nie za trudny – Czantoria, Soszów, Stożek, Kubalonka, piękne widoki i wymarzona pogoda. Później trochę asfaltu, za około 50 kilometrów ma być niespodzianka w postaci bufetu. W duchu myślę, że to Kroczy Zamek, a tu nic z tego, przed nami sztajfa na Ochodzitą. Są oklaski, uśmiechy i fotki od Leszka, który motywuje uczestników i mówi z uśmiechem: „Bufet za następną górką”. W końcu jest – banany, arbuz, woda, a nawet coś mocniejszego by się znalazło. Obok knajpka, więc idziemy na pierwszy ciepły posiłek w okolicach Zwardonia. Nie jesteśmy sami, zbiera się większa grupka, ale szybko kręcimy dalej. Zjazd w dół do Rycerki, przed nami dobrze mi znany podjazd na Wielką Raczę. „Wszystko do wyjechania” – mówię Michałowi, ale zapominam, że to nie kilkugodzinna wycieczka MTB na lekko, tylko wielodniowa jazda z dodatkowym bagażem. Prowadzimy rowery tam, gdzie stromiej, ale ogólnie jakoś da się jechać. Widać schronisko (pięć minut), czekam na Michała i idziemy na „coś ciepłego”. W środku kolejka i sporo ludzi. Pytam: „Co jest ciepłego na szybko?”. W odpowiedzi słyszę „Na szybko to... herbata”. „Śmieszny żart” – myślę. Niestety, to nie żart, liczba czekających na pierogi lub zupę jest ogromna. Decydujemy się na szybką herbatę i pyszne dwa kawały ciasta z lokalnie zebranymi, wszechogarniającymi nas borówkami. Po 15 minutach, z pełnymi brzuchami śmigamy po „worku raczańskim” – najpiękniejszych halach w Beskidach. Niestety, już sierpień i dzień krótszy, więc szybciej robi się ciemno. Przed Rycerzową słońce już nisko.

Później masakra – ciemno i ekstremalnie stromo. W końcu docieramy do bacówki na Rycerzowej. Przed wejściem miła kierowniczka. Kuchnia niby zamknięta, ale zagaduję, uśmiecham się i… załatwiam dwanaście porcji pomidorowej dla nas i innych zawodników. Turystów tu pełno, więc zjeżdżamy do Ujsołów na przydrożny nocleg. Są też inni „rajderzy”, ale to przecież początek imprezy. Kończymy dzień po dwunastu i pół godzinie, 97 kilometrach z 3600 metrów w pionie. Pięć godzin snu i o piątej jedziemy dalej. Śniadanie pod sklepem plus jakiś zapas, bo przed nami podjazd na Rysiankę.

Dojeżdżamy do jednego z wolniej jadących przed nami. Po chwili okazuje się, że to Białorusin z Mińska – Anton Lasy. Próbujemy po rosyjsku, ale… angielski górą. W trójkę po mokrych i bagnistych trawach docieramy na Halę Miziową. Szybko podana ciepła zupka i jajecznica dają kopa na dalsze kilometry. Za Korbielowem podejście w stronę znanej mi z triathlonowego Diablaka Mędralowej. Butujemy, i to ostro. Przy drodze bacówka z wodą ze studni. Jest południe, a gospodarze mówią, że pierwszy zawodnik był tu wczoraj o dwudziestej drugiej. „O shit!” – słyszę, a ja wiem, że to Mocarny Zbig. Nawet nie sprawdzam. Znam gościa i wiem, że to wygra.
Dalej w dół – odlot: Babia Góra Trails i świeżo wybudowane singletracki z Diablakiem w tle. Po chwili Zawoja i znów przed nami uśmiechnięta morda Ojca Dyrektora, organizatora tej „zabawy”. „Musimy pędzić w Bieszczady” – mówi. „Ten szalony Zbyszek mocno ciśnie do mety”. 
I dodaje: – „Przed wami supersingiel w górę i w dół”, napieramy więc dalej.
Jest czadowo. Wijemy się, zyskując metry, później śmigamy pod Mosornym Groniem i wpadamy na asfalt pod Krowiarki. Uciekają kilometry. Szukamy knajpki, mknąc przez Orawę, pizza w Podwilku, a wieczorem Sucha Hora. Garmin pokazuje 750 metrów podjazdu. Ściemnia się. Mokro, a my mozolnie pniemy się w górę na Magurę Witowską.

W końcu zjazd do Witowa i myślimy o noclegu. A tu nic. Od drzwi do drzwi… i nic. Długi weekend w Tatrach: Witów, Dzianisz, Gubałówka – noclegu brak. Pełna noc, a my na karkołomnym downhillu z Butorowego. Nie ma szans jechać, ślisko jak diabli. W Kościelisku Michał w akcie desperacji rezerwuje ostatni pokój w Kasprowym (****). Ale numer, nigdy tam nie spałem. O trzeciej w nocy po dwudziestu i pół godzinie, 4000 metrów przewyższeń i 154 kilometrach zanurzamy się w luksusie. Niby OK, ale czuję się nieswojo – ubłocony w luksusowym hotelu, o którym tylko słyszałem? Niech będzie, ot, taki element przygody. Po krótkim śnie o ósmej rano jedziemy dalej, teraz Tatry – to nasz trzeci dzień. Zakopane zatłoczone, ale co się dziwić: długi weekend i pogoda jak drut. Kręcimy na wschód, za Jurgowem taka sztajfa, że prawie umieramy, ale na szczęście po asfalcie. Mijamy Kacwin i jesteśmy na Spiszu.

Piękne single „Spica Trail” rozbudzają w nas emocje i po chwili jesteśmy nad Dunajcem. Tu Michał się żegna, bo musi wracać do pracy, a ja z Antonem napieramy dalej, bo już po siedemnastej. Tempo nieco rośnie, a kilometry uciekają. Na Slovensku znów sztajfa, jedziemy granicą, a w dole Szczawnica. Słońce coraz niżej, a my w górę po najpiękniejszych pienińskich halach z owcami w tle. Śpiewam na głos „łowiecki, łowiecki, kaj wase dzwonecki, popłakuje całe niebo za wami”. Jest wspaniale, a widoki zapierają dech. Tatry z prawej, Babia z tyłu z lewej, a do tego po hali snuje się zapach wędzonych oscypków z pobliskiej bacówki. My na rowerach MTB w takiej scenerii – kwintesencja przygody!

„Pod Durbaszką” prawie ciemno, szybka zupka i decyzja o noclegu, mimo że dziś coś mało kilometrów na liczniku. Późno wyjechaliśmy, było mycie rowerów, tu i tam postój oraz półto...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy