Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Turystyka

22 lutego 2021

NR 46 (Styczeń 2021)

Kolumbia Morawsko-Śląska

0 572

 

18 sierpnia 2020 r., Beskid Niski, okolice Hańczowej

Łukasz dogania mnie na drodze trawersującej zbocze Ostrego Wierchu. Droga biegnie przez rozległą polanę, aby finalnie, przechodząc w wąski singiel, wpaść do gęstego lasu, za którego ścianą ukryta jest przełęcz Pułaskiego. Przypominam sobie, że w tamtym miejscu mam przekroczyć granicę, aby ostatni raz wyskoczyć na kilkadziesiąt kilometrów na Słowację. To będzie ostatni odcinek trasy Carpatii Divide poza polskimi górami.
Przez ramię zerkam na jadącego obok mnie, obwieszonego kamerami, elektrycznego fulla. Łukasz jest oficjalnym wideooperatorem podczas wyścigu, nie bierze udziału w rywalizacji, więc wolno mu wspomagać się prądem. Dzielę uwagę pomiędzy omijanie luźno porozrzucanych na drodze kamieni i liczenie, ile kamer ma na sobie i rowerze. Strzelam, że ma ok. 8 GoPro. Do tego wielki smartfon przytwierdzony do kierownicy, sterujący tym zestawem. Prawdziwe mobilne studio do przeprowadzania wywiadów z uczestnikami podczas jazdy.
Całą wypowiedź, potok słów, jaki zamierzam z siebie wyrzucić do tych wszystkich kamer, ułożyłem sobie już wcześniej: żale o fatalnej organizacji tej imprezy, na które napotykam osobiście, albo jakie mam okazję usłyszeć od uczestników. Wygarnę wszystko, jak tylko zapalą się czerwone diody. Jestem przygotowany. Kilkaset metrów wcześniej, przy cerkwi św. Michała Archanioła i łemkowskim cmentarzu, na 430 kilometrze trasy w zapomnianej przez świat Bielicznej, spotykam żonę Łukasza. Prosto z kampera częstuje mnie gorącą kawą, rozmawiamy chwilę. To od niej wiem o dokładnym położeniu reportera, operatora i wozu transmisyjnego w jednym.
W udzielaniu wywiadów doświadczenie mam niewielkie. W udzielaniu wywiadów na gliniastych podjazdach górskimi drogami – jeszcze mniejsze. Walczymy o to, aby zsynchronizować prędkość. Co chwila musimy stawać, aby przetrzeć oka żałośnie oblepionych błotem kamer. Kamera! Akcja! Co podoba mi się najbardziej na trasie Carpatii i czy planuję start w przyszłym roku? Kiedy pada pytanie, widzę już koniec polany i miejsce, gdzie droga zamienia się w wijący się między drzewami singiel. Nie mam dużo czasu na odpowiedź. Czuję przyjemnie gorzki posmak kawy i rzucam przez zaciśnięte zęby, że nie ma takiej trasy na świecie, która byłaby warta przejechania dwa razy. Cięcie!
 

POLECAMY

1

 

2

 

3

1. i 2. Po stromym podjeździe z miejscowości Cisownica, na dróżce do Budzina u podnóża Małej Czantorii czeka pierwsze błoto. 
3. Podjazd do Kamiennej Chaty – nie wygląda źle z tej perspektywy, ale to ciężka robota na gravelu! 

11 listopada 2019 r., Beskid Morawsko-Śląski, okolice Mostów koło Jabłonkowa, Czechy

Nazwaliśmy tę trasę Kolumbią Morawsko-Śląską, bo w połowie listopada minionego roku w górnych partiach leżał już śnieg. Powyżej 800 m n.p.m. było już zupełnie biało. Wielkie ciężarówki, którymi leśnicy zwozili z gór drewno w doliny, były nieprzyzwoicie umazane błotem. Ogromne ośmiokołowe harvestery z trudem utrzymywały przyczepność, brnąc po szutrowych drogach, zanurzone po osie. Drogach, które miały być dla nas przepustką do gór. 
Sam pomysł, że w takich warunkach da się jeździć po górach na 33- lub 43-milimetrowych oponach, wydawał się absurdalny. A jednak. Sporą część tamtej wycieczki spędziliśmy w puchowych kurtkach. Mieliśmy zaparowane okulary, przemoczone buty z goretexem i poczucie, że podczas jednego dnia zmieniają się pory roku. Zacienione od północy doliny, w których na podjazdach mroźne powietrze utrudniało oddychanie, na zjazdach ustępowały miejsca ciepłym od słońca, zielonym jeszcze z lata polanom. Pachniało jak na wiosnę, kiedy zima przegrywa w górach i każdy wygląda pierwszych wycieczek po roztopach. Wiosennych wycieczek, które w 2020 r. miały nie nadejść.
 

4

 

5

 

6


4. Velký Polom, śnieg i błoto. 
5. W Treku z pewnością nie wiedzą, co kryje piersiówka. 
6. W rejonie trójstyku: gdzieś między Polską, Czechami a Słowacją.  

18 października 2020 r., Beskid Śląski, Ustroń

W Beskid Morawsko-Śląski jeździmy często. Zjeździliśmy go w czasach rozkwitu enduro, głównie poza sezonem, kiedy w dużych górach już albo jeszcze nie dawało się jeździć. Jaworowy ze swoimi na wpół dzikimi ścieżkami w każdą ze stron, długim i wszechstronnie wymagającym singlem w kierunku Rzeki. Klasycznymi liniami z Małego Jaworowego z możliwością ratowania się wyciągiem – był doskonałą zaprawą przed sezonem i stałym punktem sylwestrowych spotkań. W czasach młodości przeloty całego pasma na górskich rowerach, kiedy jeszcze o Tatrach i Fatrze nie śmieliśmy myśleć, teraz powtarzamy w ramach bikepackingu z żonami. Znamy te góry jak własną kieszeń. Są tuż za granicą. Jak dobry kumpel, zawsze gotowe, aby wpaść na pogaduchy przy czeskim piwie. Naopowiadałem kolegom o uciechach górskich schronisk po czeskiej stronie. Mocno na wyrost.
Doskonale wiemy, że to gravelowa wycieczka w prawdziwe góry. Ponad 2000 m do podjechania na ledwie 100 km trasy. Dużo pieszych szlaków, twarde kamieniste podjazdy, na zjazdach wąskie powykręcane w każdą stronę single. W teorii jesteśmy na to gotowi, mamy szerokie górskie opony i kasety z 50 zębami, GRX-y i formę zrobioną na kilku gravelowych ultrawyścigach w sezonie. W praktyce na parkingu w Ustroniu dodajemy sobie animuszu Jägermeistrem, bo deszcz siąpi niemiłosiernie. Na termometrze jest kilka stopni i góry za mgłą. Wszystkie warunki do pozostania w domu zostały spełnione.
Komu przyjdzie na myśl powtórzenie tego wyczynu, atrakcje napotka szybko. Pierwszą z nich, tuż za pierwszym podjazdem. Gravelowe tarapaty później. Za wsią Cisownica, na końcu ulicy Cisowej, tuż za stromym podjazdem po płytach, który – wijąc się wąską strużką asfaltu między soczyście zielonymi łąkami – wprowadza w alpejski krajobraz. Jest i koń, staropolanin. Fotogeniczności nie można mu odmówić, w układzie z zamgloną górą i suchym drzewem iście instagramowe ujęcie. Potem już Czechy. Przyjemny zjazd leśną drogą, bez trudności technicznych. Wpadamy do wsi Nydek, chwila wytchnienia na asfalcie, meandry wiejskich uliczek i miasta z ostatnim miejscem, gdzie można skorzystać z bankomatu. Iluśsettysięczne nominały czeskiej waluty zwiastują zapowiadane kulinarne uciechy w schroniskach. Dostępu do nich bronią strome podjazdy, które zaczynają się w okolicach dolnej stacji resortu narciarskiego Ski Severka. Wolna teraz od amatorów białego szaleństwa dolina przykryta jest mgłą i nisko zawieszonymi, sinoszarymi chmurami. Ratraki zaparkowane wiosną, toną w błocie i zarosły chaszczami. Obraz nędzy i rozpaczy. Wspomniana rozpacz ustępuje miejsca z każdym zdobywanym metrem podjazdu. Daleko w dolinie przesuwają się widoki zabudowań, rozświetlone przez przedzierające się przez wyższe partie chmur promienie słońca. Szutrowe drogi nadal toną w chłodnym cieniu, ale błoto ustępuje grubemu gruzowi, który miarowo chrzęści pod kołami. Rozgrzani miarowym tempem podjazdu czujemy euforię podróżowania po górach.
 

7

 

8

 

9


7. Osada Filipka. 
8. Schronisko Kamienna Chata w śniegu.
9. Nasza nagroda: słońce zamiast obiadu. 

18 października 2020 r., Beskid Morawsko-Śląski, Czechy

Od pierwszych drzwi odbijamy się w schronisku Severka, które jest zamknięte na cztery spusty, bo COVID-19. Czechy są mocno w defensywie, jeśli chodzi o drugą falę. Od 14 października pozamykane jest podobno wszystko. W Polsce jesienna „edycja” nie robi jak na razie większego wrażenia, więc zaskoczeni „klamkujemy” drzwi. Kolejne rozczarowanie przychodzi w Kamiennej Chacie, kolejnym schronisku oddalonym od Serverki o 3–4 km. Zanim nastąpi rozczarowanie, krótką chwilę trwa euforia drogi. Wije się czarnym szutrem pomiędzy wiatrołomami a skalistym i poszarpanym grzbietem. Dlatego nazwaliśmy to Kolumbią. Przywodzi na myśl Kolumbię Brytyjską. W minionym roku czerń szutru kontrastowała dodatkowo z bielą ośnieżonych szczytów. Wtedy było groźnie i mistycznie. Teraz w kompanii czterech facetów, przytroczonych do roweru toreb wypełnionych po brzegi prowiantem i puchem, czuję się leniwie bezpieczny. K...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy