Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport , Otwarty dostęp

10 sierpnia 2020

NR 42 (Sierpień 2020)

Balsam Pomorski 500 ml, czyli Pomorska 500

139

Pomorska 500 to trzeci wyścig w cyklu ultrabikepackingowych imprez organizowanych przez Leszka Pachulskiego z ekipą.

Najstarszym (w tym roku trzecia edycja) i obecnie najbardziej znanym jest Wisła 1200, w 2019 r. pierwszy raz odbyła się Carpatia Divide. Każda z tych imprez jest ultra i każda ma nieco inny smak. Pomorską 500 reklamowano jako coś pomiędzy hardkorowo terenową Carpatią a hardkorowo długą Wisłą. „Wsamrasowy” ultramaraton gravelowy i fantazją poprowadzony Pomorskim Wododziałem (czyli bez przekraczania ani jednej rzeki, przy pokonaniu sporej długości geograficznej Polski). Parametry następujące: odległości – 530 km, przewyższeń – 4000 m czasu – 80 h z obowiązkiem podążania po trasie z nadajnikiem GPS udostępnionym przez orga. Należało się spodziewać mieszanki nieutwardzonych polnych, leśnych i brukowanych dróg, piasku oraz asfaltu. Gravel jako rowerowa nisza jest chyba właśnie w szczycie popularności, więc miejsca rozeszły się szybko. W styczniu były już tylko rezerwowe. No, a potem się porobiło. Podobnie jak całemu światowemu i krajowemu kalendarzowi imprez zawodowych i amatorskich, pandemia postawiła organizatorom spory znak zapytania. Ostatecznie restrykcje zniesiono tuż przed startem, a organizator dodatkowo dostosował formułę zawodów (o czym później, bo miało to kluczowe znaczenie dla dynamiki imprezy). Udało się bez zmiany daty – wyścig wystartował 11 czerwca. W pandemicznych zawirowaniach wielu uczestników się wycofało, zwalniając miejsca, co okazało się idealną szansą dla spóźnialskich i maruderów, czyli dla mnie.
 

POLECAMY

 

 


Już jesienią przymierzałem się do startu, ale zanim się zebrałem do rejestracji, skończyły się miejsca. Do startu zmotywował mnie Zbyszek Mossoczy, teamowy kolega, z którym sportowo mam mniej więcej tyle wspólnego, że zrobiliśmy sobie razem fotkę na starcie Carpatii, którą ja jechałem fatem z kumplami rajdowo, a Zbyszek, wiadomo – non stop w niecałe trzy dni. 

Po wezwaniu do broni na początku maja sprawy potoczyły się szybko. Zbyszek narzucił też typową dla siebie strategię Blitzkrieg. W środę autem do Szczecina, nocka w hotelu robotniczym, w czwartek i piątek wyścig, w piątek nocleg w Gdańsku załatwiony przez Airbnb i w sobotę FlixBus do Szczecina i autem do domu. Proste. Chyba. Część planu wymagająca przejechania 515 km 
w czwartek i piątek – najpóźniej do porannego autobusu w sobotę – oczywiście zajęła moje myśli najdłużej. Drobny niuans, że ze Szczecina do auta będzie jeszcze 60 km, umknął mi zupełnie.

Rachunek sumienia wykazał, delikatnie rzecz ujmując, brak wprawy w ultra. Ku pokrzepieniu serc, wygrzebałem z zakamarków pamięci najbardziej adekwatne doświadczenia: wyścig Compassu z Częstochowy do Krakowa szlakiem Orlich Gniazd (180 km) 13 lat temu, kilka szosowych pętelek dookoła Tatr – coś koło 200 km. Cztery tysiące metrów w pionie też zrobiłem w terenie – na maratonie MTB w Dolomitach, jeszcze w ubiegłym millenium. To wspomnienie szybko jednak wyparłem, bo wróciło do mnie, jak byłem wtedy wypruty. Sesją samookłamywania, że „jest luzik” i „nie takie rzeczy żeśmy z kumplami po Isostarze” nie udało mi się przekonać samego siebie w kluczowej kwestii – czy będę w stanie jechać cały dzień, całą noc i potem jeszcze kolejny dzień. Na etapówkach, których przejechałem kilka, jest łatwiej. Na Carpatii z jazdy w nienapiętym tempie wyszła mi średnia godna dobrego biegacza – 11 km/h, więc w prostszym terenie na szybszym rowerze optymistycznie zakładałem, że powinienem wykręcić 17–18 km/h, co oznaczało około 30 godzin ruchu. Oprócz mnie Zbyszek zachęcił też do startu swojego kompana z wyścigów ultra, adventure i tri – Łukasza Bułkę, autora ubiegłorocznej relacji „bB” z Carpatii, finiszera 
Wisły. Po kilku wymienionych e-mailach zacząłem się zastanawiać nad realizmem mojego planu – Zbyszek planował średnią 20, Łukasz 17,5 – obaj ewidentnie bardziej doświadczeni w tego typu imprezach.
Wątpliwości przełożyły się na dobór ekwipunku i półtora kilograma podatku debiutanckiego. Na wszelki wypadek postanowiłem zabrać zestaw nocny: lekki śpiwór, dmuchaną matę i dwa arkusze folii NRC. Z analizy trasy kalendarza (Boże Ciało) i harmonogramu, gdzie mniej więcej będę, o której godzinie, wynikało, że można liczyć wyłącznie na stacje benzynowe otwarte 24 h, które były blisko trasy w okolicach 60., 160. i 450. kilometra. Uzgodniliśmy zatem, że kluczowa jest możliwość zabrania większej ilości wody. W trzech bidonach na ramie zaplanowałem 2,5 litra izotonika i zapas tabletek do uzupełniania. W ramach zbilansowanej piramidy żywienia zapakowałem mieszankę słodkich batoników muesli i słodko-kofeinowych żeli – razem ze 20, z planem dokupienia czegoś po drodze. Każdą szczelinę w bagażu wypchałem cukierkami kawowymi (obwiozłem wszystkie bez sensu, ale są dobre przy pisaniu). Miesiąc przed startem skończyłem składać wymarzoną gravelówkę na GRX Di2 i oponach 40 mm, więc nie miałem dylematu, na czym pojechać. Przy załadunku rowerów na auto kompletnie zaskoczył mnie za to Zbyszek. Nie żartował. Naprawdę postanowił to przejechać na hardtailu sprofanowanym ledwie łuskowatymi szosowatymi 32. nabitymi na 4 bary. Toż to nawet w cyklokrosie mają większe gumy i bieżniki!
 

 

 


Ze względu na pandemiczne wymogi dystansowania społecznego Pomorska nie miała wspólnego startu. Od piątej rano do południa, co pięć minut wypuszczano po pięciu zawodników, którzy zadeklarowali się na dane okienko. W sumie na trasę wyruszyło 
417 osób. W naszym teamie nie zsynchronizowaliśmy startu najlepiej i w efekcie Zbyszek startował 1,5 h po mnie, a Łukasz 10 minut przed. W mojej grupce dwóch panów pociągnęło ponad 30 km/h od samego początku, pozostałych dwóch zniknęło z tyłu za pierwszym zakrętem po jakichś 38 sekundach. Załapałem się z szybkimi Maćkiem i Grześkiem wyrobionym odruchem warunkowym – jak asfalt, to peleton. Podczas gdy po kolei mijaliśmy kolejne minigrupki z wcześniejszych okienek, delikatnie zasugerowałem, że (wdech, wydech) może przypadkiem (wdech, wydech) trochę za mocno (wdech, wydech) na ten dystans jedziemy (wdech, wydech) – na oko pod 300 W. W ten sposób dowiedziałem się, że nadający tempo Grzesiek ukończył Wisłę w pierwszej dziesiątce (na Pomorskiej ostatecznie był 11). Okazało się, że mój imiennik Maciek również debiutuje na tak długim dystansie i też nie wie, jak jego ciało zareaguje na zmuszanie do jazdy non stop ponad dobę. Jak się później dowiedziałem na trasie, te wątpliwości i chęć sprawdzenia się były głównym motywatorem dla ludzi, których spotykałem po drodze – w połowie debiutantów na ultra, w połowie zaprawionych już na Wiśle. Pociągnąłem z moim peletonikiem kilkanaście kilometrów, odwdzięczając się mocną (?) zmianą, po czym zszedłem na niższe tempo, mimo to nadal mijając ze sporą różnicą prędkości wiele osób, które wystartowały wcześniej i wydawały się rozkładać siły na dużo dłuższy czas. Na 82. km minąłem gościa na hulajnodze, którego widzieliśmy już na trasie, kiedy my jeszcze jechaliśmy autem na start. Nie da się na tym usiąść i odpocząć w ruchu, a żeby napędzać pojazd, trzeba pracować całym ciałem. Twardziel (ukończył w 53 godziny i podobno wybiera się też na Carpatię – powodzenia).

Po kilku godzinach piaszczystych, ale przejezdnych dróg leśnych i popękanych asfaltów, zaczęło kropić i minął mnie, kręcąc ze dwa przełożenia niżej, ubrany w pomarańczowo-czarne stroje CCC toruński pociąg, czy też, jak nazwali to inni mijani: „TGV”. Jak się później okazało, w jego składzie był zwycięzca wyścigu. Nawet nie myślałem o dołączaniu się, ale jakoś szybciej udało mi się pokonać kilka piaskowych szykan i po wyjeździe na równiejszy teren, bez większego zasapania, dociągnąłem i wskoczyłem do pociągu podczas jazdy, ku konsternacji panów, którzy się zorientowali, że mają towarzystwo i nie wiadomo, czy to zagrożenie, czy tylko rzep na ogonie. Jechało się dobrze i nawet wyszedłem na zmianę, by otrzymać kluczowe w tym wyścigu pytanie, które usłyszałem i zadałem jeszcze wiele razy w ciągu kolejnych 24 godzin – „O której startowałeś?”. Okazało się, że na dystansie około 120 km pociąg nadrobił do mnie 55 minut. Moja deklaracja wszystkich uspokoiła – jednak niegroźny rzep. Pociągnęliśmy tak jeszcze chwilę – przejechaliśmy otwarte tereny i wjechaliśmy w techniczne piaski, na których niewielki był pożytek z jazdy w grupie. Stwierdziłem, że jednak trzeba rozsądnie jechać swoje i odpuściłem.

Na typowych wyścigach MTB czy szosowych właściwie wszyscy startują na podobnym sprzęcie. Jasne, że z różnych półek, ale ogólnie wyglądających podobnie. Na Carpatii było nieco egzotycznie – sam się do tego dołożyłem objuczonym fatem. Na Pomorskiej dopiero na trasie doceniłem pełną rozpiętość pomysłów na przemieszczanie się. Trekkingi, gravele, hardtaile i fulle. W sumie nie widziałem chyba tylko szosówki. Opony – od gravelowych slicków do zębiastych balonów 2,4”. Równie wielka rozpiętość bagaży – od lekkich toreb w trójkącie i pod siodłem, do pełnych bocznych sakw z przodu i tyłu. 
Przy 15–18°C z przelotnymi opadami w pierwszym dniu widziałem w tym samym czasie ubranych na krótko, na długo, na sucho i nieprzemakalnych. Rano drugiego dnia nawet starszego pana w długich jeansach. Jak widać, nie ma jednego przepisu na wyposażenie na wyścig ultra – ponieważ na tej samej imprezie spotykają się charty gnające do mety, podróżnicy nawiązujący lokalne znajomości i blogerzy utrwalający okoliczności przyrody i swoje przygody. Jadący non stop, nocujący w krzakach i na przystankach oraz Ci, którzy wolą spędzać noce pod dachem.
Stację na 60. kilometrze minąłem bez zatrzymywania z satysfakcją, zaliczając tym samym awans o jakieś 20 pozycji. Na pierwszym zaplanowanym pit stopie w Drawsku (158 km) spotkałem Maćka z mojej grupy startowej i dość niepocieszonego na mój widok Łukasza, z którym przyjechałem na ten wyścig i którego niniejszym wyprzedzałem o 10 minut w klasyfikacji. Był też skład „TGV” gorączkowo zalewający bidony. Planując logistykę, wiedziałem, że to będzie krytyczny punkt i nawet kilka dni przed imprezą dodzwoniłem się na stację, żeby ich ostrzec. Takiego oblężenia się nie spodziewałem. Poirytowana załoga robiła, co mogła, ale nie udało mi się zjeść nic ciepłego lub niesłodkiego – ponieważ Maciek i Łukasz już się zbierali, szybko dopełniłem bidony, wciągnąłem bez przyjemności kolejne dwa batony i ruszyliśmy w trójkę, zastanawiając się, jak Zbyszek daje radę na swoich slickach i kiedy nas minie.

Po Drawsku zaczęło się błoto. Sprawdzoną techniką medytacyjną spróbowałem zrelatywizować to nie najmilsze zaskoczenie wspomnieniami nieporównanie gorszych beskidzkich wylewek samopoziomujących i bieszczadzkich betonowych butów. Problem polegał na tym, że nie pokonywałem ich na 170. czy 200. kilometrze trasy obciążonym gravelem. Na balansowanie na bruździe na środku leśnej drogi i ciągłe wybory, czy brodzić, brudząc chroboczący żałośnie napęd i szurające tarcze, czy przepychać się bokiem, obdrapując o gałęzie, albo może jednak przeprowadzać, zeszła nam większość popołudnia. Koło 16:20 śmignął Zbyszek, któremu przekazaliśmy radosną nowinę, że jedzie przeciwko trójce szybkich. Skwitował filozoficznie, że na innych nie ma wpływu i jedzie swoje, po czym zniknął z przodu, prześlizgując się przez błoto, jakby specjalnie te opony dobrał na takie warunki.

Ciemno zrobiło się dobrze po 22:00. Musiałem użyć słabej awaryjnej lampki, bo główną zgubiłem. Miałem ją wpiętą w uchwyt pod kierownicą i wydawała się tam bezpieczna. Musiała wypaść, kiedy na jeden z asfaltów wjechałem w peletoniku jako ostatni i kiedy akurat piłem z bidonu, napatoczyła się dziura, która mnie położyła. Mimo powypadkowego przeglądu strat – podrapana nowa klamka Di2, otarcia, na boku i całej tarczy zapasowego Garmina na nadgarstku oraz, co najgorsze, dziurawego bidonu, nie zauważyłem, że lampka wyszła. Oczywiście skupiłem się na poszkodowanym morale, no bo jak to, tak na szosie się wywalić? Ciągnące się później błotne segmenty godne Stravy, perforowane płyty betonowe i odcinki asfaltu splotły się w jeden całonocny korowód. Jechaliśmy z grubsza we trójkę. Rozdzieliliśmy się przed 2:00 (w nocy, rano?) na 300. km, gdzie była opcja wyskoczenia na stację benzynową w Bobolicach – 4 km asfaltem na północ od trasy. Łukasz, objuczony bidonami bardziej niż ja, postanowił ciągnąć dalej, my z Maćkiem pojechaliśmy do paśnika – ostatni raz uzupełnialiśmy wodę gdzieś około 15:00, a według planu następne spotkanie z cywilizacją było za 150 km, co przy obecnym tempie oznaczało kolejne osiem godzin. Wizyta na Orlenie była doświadczeniem jak ze snu. Ubłoceni, zmęczeni weszliśmy do rozświetlonego królestwa ciepłej wody w kranie, ręczników papierowych, ubikacji, niesłodkich przekąsek oraz oczywiście wykupywanego przez oddelegowanych imprezowiczów alkoholu.
Kiedy około 4:00 zrobiło się jasno, niepisany pakt o wspólnej jeździe wygasł i Maciek pociągnął do przodu, a mnie spadł poziom zasilania – chyba za mało zjadłem na tej stacji. O dziwo brak snu nie był problemem – przy konieczności ciągłego balansowania w błocie, wysiłku i rześkiemu powietrzu, w ogóle nie myślałem o rozkładaniu śpiwora w mokrej trawie. Pomyślałem, że skoro mogę jechać, to lepiej się ruszać niż siedzieć w miejscu. Słyszałem, że zaprawieni ultrasi śpią w dzień. Cieplej, bardziej sucho… 

Na niespodziewany sklep trafiłem o 6:07 – parę minut po otwarciu. Spotkałem tam Maćka. Dojechał też Łukasz, który zdążył przekimać z pół godziny na jakimś przystanku i kilka innych osób, w tym, jak się później okazało, zdobywca drugiego miejsca, który jechał sam, bez dodatkowych lokomotyw. Niedługo po popasie zrobił się następny peletonik i kolejny raz tempo – nadawane przez urwany, ale ciągle żwawy wagonik „TGV” i Bartka Przybylak...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy