Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Turystyka

20 lipca 2021

NR 51 (Lipiec 2021)

Zasadniczo na południe, czyli gravelem po Green Velo

0 208

Pomysł narodził się przypadkiem, niecały miesiąc przed wyjazdem. Przejazd rowerem z Gdańska do Krakowa to nic bardzo oryginalnego, wujek Google taką trasę oblicza na 600 km, do pokonania w 30 godzin. Mnie jednak nie interesowała jazda na „dzidę”, przez środek Polski i walka o życie na drogach pełnych samochodów, to miały być wakacje! Bardzo szybko wpadłem na pomysł dobrej alternatywy w postaci „gotowca”, jakim jest szlak Green Velo.

 

POLECAMY

Sporo o nim słyszałem, w przeszłości miałem też okazję przejechać niektóre fragmenty i pozostawiły mi w pamięci dobre wrażenia. Wystarczyło pobrać ze strony gotowy pliki ze śladem i tylko dorysować etapy z Gdańska do Elbląga, gdzie szlak się zaczyna oraz z Sandomierza, gdzie miałem z niego zjechać, do Krakowa i trasa była gotowy. Był tylko jeden szkopuł, nawet wybierając krótszą wersję, bez pętli podkarpackiej, całość tak zaplanowanej trasy przekroczyła 1600 km. W wyniku rodzinno-firmowych negocjacji miałem do dyspozycji 10 dni, potraktowałem to więc jak wyzwanie turystyczno-sportowe i wstępnie podzieliłem całość na osiem, mniej więcej równych, etapów, zostawiając sobie dwa dni w rezerwie. Zdecydowałem jechać „na lekko”, z minimalną ilością bagażu i nocować w hotelach lub pensjonatach. Przy napiętym harmonogramie nad romantykę ogniska i wieczorów pod gwiazdami zdecydowanie przedkładałem prysznic i wygodne łóżko.
 

1. Most na Czarnej Hańczy w drodze między Wigrami a kanałem Augustowskim 


Gdzie jest most?

Pierwszy nocleg miałem zabukowany w Pieniężnie i do przejechania prawie 170 km. Z Gdańska nie udało się wyjechać tak wcześnie, jak planowałem, bo musiałem poczekać na otwarcie Decathlonu, żeby kupić bidony w miejsce tych, których zapomniałem zabrać z domu. Gdy więc przekraczam most prowadzący na wyspę Sobieszewską – umowny punkt początkowy mojej przygody – jest już przedpołudnie, kieruję się na przeprawę promową przez Wisłę. Rzeka w tym miejscu, tuż przed ujściem do morza, ma prawie 400 metrów szerokości, a prom Świbno-Mikoszewo potrzebuje pół godziny na pełny kurs. Gdy wjeżdżam na przystań, prom właśnie zaczyna podróż na drugi brzeg. Od Mikoszewa zaczyna się Mierzeja Wiślana, ale ja od razu kieruję się w dół na Żuławy.

 

Krajobraz płaski aż po horyzont, przypomina mi Holandię, trochę monotonny, ale niepozbawiony uroku. Żuławy pocięte są siatką setek rowów melioracyjnych, dopływów, kanałów oraz rzek. Większości z nich nawet się nie zauważa, bo przechodzą pod drogami lub wzdłuż pół, zarośnięte zielskiem i krzakami. Jednak część z nich to poważne przeszkody wodne, a liczba mostów jest bardzo ograniczona, co nie ułatwia przejazdu, szczególnie jeżeli chce się przejechać Żuławy w poprzek, tak jak ja. Problemy zaczęły się już w połowie drogi, a sygnałem była tablica informująca, że most, do którego zmierzam, jest w remoncie. Dopiero co zaliczyłem trochę nadprogramowych kilometrów, po tym, jak nie zauważyłem polecania skrętu i nie uśmiecha mi się objazd. Licząc na cud, jadę w kierunku mostu i cud się wydarzył. Most jest wprawdzie rozebrany i trwają na nim prace, ale już z daleka widzę, że po jednej stronie poprowadzona jest kładka. Nie wiem, czy dla pieszych, czy tylko dla robotników, ale bez namysłu wprowadzam na nią rower. Nikt mnie nie zatrzymuje i po chwili jestem już na drugim brzegu i nabieram prędkości.

 

Kolejna odsłona problemów związana jest z promem przez Nogat, promu nie ma. Objazd do najbliższego mostu kosztuje mnie dodatkowe 15 km i kolejną godzinę w plecy. Gdy w końcu docieram na przedmieścia Elbląga, decyduję się ominąć go szosą i dołączyć do szlaku Green Velo na północ od miasta, już w Parku Krajobrazowym Wysoczyzny Elbląskiej. Krajobraz zmienia się jak za dotknięciem magicznej różdżki i równe jak stół pola zmieniają się w porośnięte gęstym lasem całkiem spore wzniesienia. Droga wiedzie raz w górę, to znowu w dół – mam wrażenie, jakbym na powrót przeniósł się do Małopolski. Do Fromborka wjeżdżam, gdy już zaczyna się ściemniać. Miasteczko jest ciche i zaskakująco opustoszałe jak na wciąż trwający sezon wakacyjny.

 

Zgodnie z planem stąd mam do przejechania jeszcze prawie 60 km, sporo terenem, więc to jakieś cztery godziny jazdy. Nie mam ochoty na włóczenie się do północy, ten dzień jest już wystarczająco długi, dlatego decyduję się na modyfikacje trasy i jazdę szosą do Braniewa, a stamtąd bezpośrednio do Pieniężna. Na wyjeździe z Fromborka, w kierunku Braniewa, mijam tablicę informującą, że droga jest zamknięta z powodu remontu. Nawet mnie to cieszy, bo to oznacza, że nie będzie na niej samochodów. Chwilę później już widzę remontowany odcinek, ma nie więcej niż kilometr, luzik. Na skraju zerwanego asfaltu stoi facet na ciężkim, turystycznym motorze. Myśli Pan, że da się przejechać? – pyta, gdy podjeżdżam. Myślę, że tak – odpowiadam optymistycznie – pojadę i zbadam grunt. A most jak Pan przejedzie? Most? Jaki k…rna most?! Tam – pokazuje na koniec remontowanego odcinka – jest rozebrany most. Ruszam, myśląc o kolejnym objeździe, dodatkowych kilometrach i oddalającym się łóżku, ale gdy podjeżdżam bliżej nadzieja wraca, mostu faktycznie nie ma, ale natychmiast dostrzegam także, że budowlańcy zrobili objazd przez rzekę, taki bród z betonowych płyt. Niewiele myśląc, wjeżdżam w wodę i już po chwili gnam do Braniewa.

 

Przez miasteczko przelatuję jak wiatr, nawet nie zwalniając. Z dużym żalem, ponieważ w odróżnieniu od opustoszałego Fromborka tutaj jest życie, ludzie spacerują, siedzą w knajpkach, słychać przyjemny gwar. Gdyby nie to, że mam już nocleg, z chęcią tutaj zakończyłbym dzisiejszy etap. Ostatnie 30 km pokonuję jak w transie, w który wprowadza mnie zmęczenie oraz otaczające kompletne ciemności. Dla mieszkańca gęsto zaludnionego obszaru całkowita ciemność bez ani jednego światełka na całym horyzoncie jest doświadczaniem nieomal transcendentalnym. Jadę, jakby zawieszony w powietrzu, widzę tylko tyle, ile wycina wąski snop światła lampki, a po wysiłku, jaki wkładam w pedałowanie, rozróżniam, czy droga wiedzie pod górę, czy opada. Reszta jest nieprzenikniona.

 

Do Pieniężna wjeżdżam późnym wieczorem, a mimo to słyszę, że po uśpionym centrum miasteczka niesie się pogłos muzyki. Może jakiś koncert – myślę – w końcu jest piątek. Zagadka rozwiązuje się, gdy docieram do hotelu, obok jest sala, w której w najlepsze trwa wesele. Prawdę mówiąc, jest mi to obojętne, przejechałem prawie 190 km, więcej niż miałem zaplanowane, padam na twarz i chcę iść spać, muzyka i krzyki na pewno mi w tym nie przeszkodzą. Przed snem pozostaje mi tylko rozwiązanie skomplikowanego zadania logistyczno-elektrycznego, jak dwoma ładowarkami naładować telefon, nawigację, zegarek, dwie lampki, powerbank i słuchawki (czy to już uzależnienie od elektronicznych gadżetów?). Zasypiając, słyszę jeszcze, jak nad miasteczkiem rozpętuje się potężna burza z ulewą. Jak ja się cieszę, że nie przyszło mi do głowy spać w namiocie.
 

2. W Lidzbarku Warmińskim spotykają się rzeki Łyna i Symsarna, oplatają stare miasto i dodając mu dodatkowego uroku.

 

 3. Na Warmii i Mazurach wiele kilometrów szlaku prowadzi gładkimi, szerokimi, szutrowymi drogami zbudowanymi specjalnie dla niego, 

 

4. Mikaszówka – jedna z osiemnastu śluz na kanale Augustowskim


Czerwone światełko

Przy śniadaniu towarzyszy mi wesoła kompania rowerzystów również nocujących w hotelu. Jadą szlakiem w odwrotnym kierunku i dla nich to już ostatni dzień wyprawy. Twierdzą, że odcinek z Elbląga do Fromborka jest najtrudniejszy, najbardziej górzysty na całej północnej części szlaku. Nie ukrywam, nie zmartwiła mnie wiadomość, że najgorsze mam już za sobą. Nie wiedziałem wtedy tylko, że pojęcie najgorszego można różnie rozumieć, a przyroda ma bogaty wybór środków, jakimi potrafi „uatrakcyjniać” rowerzyście jazdę. Po nocnej burzy dzień wstaje pochmurny, ale jest ciepło i nie pada. Wjeżdżam na porzucony wczoraj szlak i tak naprawdę dopiero dzisiaj mam szansę mu się dobrze przyjrzeć. Za miasteczkiem szybko wprowadza mnie pomiędzy pola, jednak nie na kamienistą drogę, wyżłobioną koleinami traktorów. Droga jest nowa, zrobiona na potrzeby szlaku, równa, szeroka, utwardzona drobnym szutrem. Odcinków tego typu w kolejnych dniach przejechałem wiele, szczególnie na Mazurach i Podlasiu.

 

Jednak nie długo dane jest mi się cieszyć drogą, gdyż pojawił się ON – przeciwnik, z którym przyjdzie mi się zmagać przez większość najbliższych dni. Wiatr, bo o nim mowa, bardzo szybko uświadamia mi, że to on tutaj rządzi i od niego w głównej mierze będzie zależało tempo mojej jazdy. Szybko dochodzę też do wniosku, że jest gorszy od podjazdów, bo te, nawet najdłuższe, wiadomo, że się skończą, a wiatr może uprzykrzać życie przez cały dzień. Przez następne dni niczym żeglarz wpatruję się w nawigację głównie po to, żeby sprawdzać, czy najbliższy zwrot na trasie pozwoli zmienić „wmordewind” chociaż na półwiatr. Do Lidzbarka Warmińskiego dojeżdżam sporo po południu. Przejeżdżam przez stare miasto, sporo w nim okazałych budowli ze starej pruskiej cegły, lubię takie klimaty.

 

Na stacji wzmacniam się dużym latte i zastanawiam się co dalej. Planem na dzisiaj jest dojechać do Węgorzewa, a to jeszcze 100 km, zegar wskazuje drugą, więc znowu konieczne są modyfikacje planu, bo nie mam ochoty na powtórkę z nocnej jazdy. Przeglądam trasę i odkrywam, że niedaleko za Lidzbarkiem szlak zaczyna zataczać kilkudziesięciokilometrowy, nieregularny łuk. Jak pojadę po cięciwie, to urwę trochę kilometrów i nadrobię stracony czas. Na ten czas wujek Google robi mi za przewodnika i zasadniczo plan udaje się zrealizować z sukcesem, chociaż kilka odcinków pokrytych starą kostką zaliczam do wyjątkowo mało atrakcyjnych do jazdy. Na szlak wracam, mając trochę ponad 40 km do Węgorzewa, jest osiemnasta, wyszło słońce, wiatr przycichł, do celu powinienem dojechać na luzie przed zmierzchem.

 

Odpalam telefon, przeglądam oferty noclegów, wybieram, dzwonię… jest miejsce… można z rowerem… świetnie. Rezerwuję, mówię, że będę za dwie godziny i delektując się już myślą o obiedzie i prysznicu, startuję do ostatniego odcinka. A chwile potem odcina mi prąd. Przez cały dzień nie miałem okazji zjeść niczego treściwego, bo nie było gdzie. Nie zdawałem sobie też sprawy, jak dużo sił kosztowało mnie pół dnia walki z czołowym wiatrem. A na domiar wszystkiego teren jest mocno pofałdowany i co rusz muszę wspinać się na mniejsze lub większe wzniesienia, zza których wyłaniają się kolejne. Zatrzymuję się i wyciągam małą paczuszkę żelków energetycznych, schowanych na czarną godzinę. Zjadam wszystkie, bo naprawdę jestem w czarnej d… W desperacji zrywam jabłka z przydrożnego drzewa, ale są tak niedojrzałe i cierpkie, że stają mi w gardle i o mały włos podzieliłbym los śpiącej królewny. Toczę się naprzód, ale kilometry wpadają rozpaczliwie wolno, w przeciwieństwie do słońca, które wyraźniej już chyli się ku zachodowi.

 

Piętnaście kilometrów przed Węgorzewem, z boku, na kompletnie pustą ścieżkę przede mną wjeżdża rowerzysta. Jest dobre kilkaset metrów z przodu i w zapadającym zmierzchu nie widzę żadnych szczegółów, tylko migające z tyłu czerwone światełko. Droga nadal mocno faluje, więc światełko co chwilę znika mi za szczytami wzniesień, ale po chwili widzę je znowu. Nawet nie wiem kiedy ale instynktownie zaczynam powoli przyspieszać i doganiam go na dojeździe do jednego z kolejnych wzniesień, gość jedzie na hardtailu, pewnie wyskoczył z Węgorzewa, bo nie ma żadnego bagażu. Wyprzedzam go , nie ukrywam z odrobiną satysfakcji i sądzę, że to koniec historii. Ale okazuje się, że mój rywal też ma sportową żyłkę i już na kolejnej hopce to „czerwone światełko” wyprzedza mnie i zaczyna uciekać. Takiej „zniewagi” nie mogłem puścić płazem. Staję na pedały i dwudziestokilogramowym rowerem rzucam się w pogoń. Raz ja jestem z przodu, raz on i nawet nie wiem kiedy pokonujemy kilkanaście kilometrów dzielące nas od Węgorzewa. Kryzys? Jaki kryzys?! Kontynuujemy jeszcze na ulicach miasta, jakby to był finisz etapu, ale w końcu muszę odpuścić i zatrzymać się, żeby wbić do nawigacji adres hotelu. Jednak za chwilę spotykam go ponownie na jednym ze skrzyżowań, mijając, dziękuję za jazdę. Chyba nie rozumie, o co chodzi. Nieistotne. Ważne, że ja wiem!
 

5. Bardzo malowniczy fragment szlaku wiodący wzdłuż wijącej się Biebrzy w okolicach Dolistowa Starego. 

 

6. Napędzany siłą ludzkich mięśni prom przez Bug w Mielniku.

 

  7. Gigantyczne wiadukty w Stańczykach.


Cygańska zupa

Nie mam szczęścia do pogody, od rana siąpi deszcz. Ubieram deszczowe ciuchy i ruszam. Krótki przejazd przez miasto i wjeżdżam na szutrowy szlak prowadzący przez Banie Mazurskie do Gołdapi. Teren nadal jest wyraźnie pofałdowany, a do tego mam wrażenie, że opony „toną” w namokniętym szutrze i jazda kosztuje mnie sporo energii. Czas płynie, a kilometry przybywają strasznie wolno, po dwóch godzinach na liczniku mam zaledwie trzydzieści. Decyduję podgonić trochę asfaltową drogą, wzdłuż której meandruje szlak, dzięki temu do Gołdapi wjeżdżam zaraz po południu. W samym centrum widzę otwartą restaurację i mając w pamięci wczorajsze problemy, chcę wykorzystać okazję i zjeść coś na ciepło. Na pełny obiad jest jeszcze za wcześnie, ale w menu dnia widzę zupę cygańską. Zagadnięta kelnerka wyjaśnia, że jest gęsta, z dużą ilością ziemniaków, cebuli i papryki oraz dodatkiem kiełbasy i wędzonego boczku. Już wiem, że tego mi trzeba. Zamawiam, siadam na tarasie i już po chwili podchodzi do mnie z wazą pełną pachnącej zupy. Nalewa mi pełny talerz, a następnie stawia wazę na stole i odchodzi. Trochę mnie to zaskakuje, ale zabieram się za jedzenie. Gdy kończę pierwszy talerz, waza nadal stoi, więc nalewam sobie drugi talerz, a potem jeszcze pół i pasuję, bo napchany jestem już po korek. Wychodzi na to, że mogłem zjeść całą za całe siedem złotych!

 

Z Gołdapi kieruję się do Stańczyków – miejscowości słynącej z gigantycznych wiaduktów dawnej linii kolejowej. Podobno są najwyższe w Polsce, (36,5 m wysokie i 180 m długie), ale tak naprawdę to dopiero z bliska robią DUŻE wrażenie. Ze Stańczyków szlak prowadzi dalej na wschód skrajem Puszczy Rominckiej. Dysponując większą ilością czasu, warto wybrać jedną z alternatywnych tras przebiegających przez środek puszczy i doświadczyć jej tajemniczego i trochę mrocznego klimatu. Trzeba być tylko przygotowanym na błoto, bo duża jej część jest podmokła oraz mieć dobry preparat na komary. Mnie czas trochę goni, więc trzymam się głównej nitki szlaku, skracam też fragment prowadzący na trójstyk granic: polskiej, litewskiej i rosyjskiej – byłem tam parę lat temu. Według planu miałem dzisiaj dojechać do Augustowa, ale już wiem, że nie jest to realne i rezerwuję nocleg w Suwałkach. Brakujący dystans postaram się nadrobić w następnych dniach. Gdy tylko zapadam się w pościeli na kwaterze, nad Suwałkami zaczyna się regularna ulewa. Naprawdę się cieszę, że odpuściłem i nie jestem teraz w połowie drogi do Augustowa. O radości z faktu, że nie mieszkam w namiocie, nie muszę chyba wspominać.
 

8. Stawy hodowlane w Malowanej Górze tuż przed Terespolem. 

 

9. Mini skansen przy karczmie Osocznika w środku Puszczy Białowieskiej w Białowieskim Siole. 

 

10. Babka ziemniaczana specjał kuchni Podlasia popijana nie colą ale kwasem chlebowym.

 

Lubię dobre zakończenia

Rano pada nadal. Kwatera jest daleko od centrum i muszę skorzystać z lokalnego minisklepiku, w którym wybór produktów niebędących alkoholem jest żałośnie mały. Zamiast wymarzonej jajecznicy na kiełbasie mam bułki, pasztet z puszki, pomidora i dżem, ale nauczony doświadczeniem poprzednich dni robię też żelazny zapas kanapek na drogę. Dzisiaj pierwszy punktem programu jest Wigierski Park Narodowy z zabytkowym klasztorem na półwyspie głęboko wcinającym się w jezioro Czarna Hańcza. Wiem, że przy ładnej pogodzie można by się cieszyć pięknymi widokami, jednak teraz niskie stalowe chmury i siąpiący deszcz skutecznie odbierają całą przyjemność. Prę więc naprzód, mijam most nad rzeką Czarna Hańcza i wjeżdżam w gęsty las. Trasa cały czas wiedzie szutrami, jednak tym razem nie są to odcinki zbudowane specjalnie na potrzeby szlaku Green Velo, ale lokalne drogi używane również przez samochody. Już spotkałem się z takimi parę lat temu na Podlasiu, koła samochodów wybijają w nawierzchni ciągi mikrozagłębień, po których jazda przypomina tę po starej kostce brukowej. Na rowerze bez amortyzacji bardzo męczące, szczególnie dla rąk.

 

Po prawie 30 km, których nie mogę nazwać fajnymi, docieram do Mikaszówki nad Kanał Augustowski. Jest tutaj śluza, jedna z osiemnastu na stukilometrowym kanale, kamienno-ceglana z wielkimi drewnianymi wrotami, nadal otwieranymi ręcznie, jak przed 200 laty, kiedy została zaprojektowana. Warto poczekać, żeby zobaczyć cały proces przepłynięcia z jednej strony na drugą i móc podziwiać precyzyjną choreografię obsługującego śluzę operatora. Dalej szlak już do samego Augustowa wiedzie wzdłuż kanału, niestety, przez sporą część dystansu nie w bezpośrednim sąsiedztwie. Dlatego chcąc lepiej zobaczyć sam kanał, trzeba kombinować bocznymi drogami. Tymczasem pojawia się wiatr, jestem przemoczony padającym od rana deszczem, więc szybko zaczyna robić mi się zimno. Dojeżdżam do Augustowa, przez ponad 5 godzin przejechałem niewiele ponad 80 km, mimo to na dzisiaj zdecydowanie mam dość, jestem wypompowany, przemoczony i wychłodzony, marzę o ciepłym prysznicu, przebraniu się w suche ciuchy i porządnym obiedzie. A potem może basen w ramach regeneracji. Ale scenariusz na ten dzień nie jest jeszcze dograny do końca.

 

Zatrzymuję się na pierwszym napotkanym przystanku i wyciągam telefon, aby jak najszybciej znaleźć nocleg. Telefon najpierw nie może połączyć się z siecią, potem się zawiesza. Po resecie w końcu znajduję dobrze rokujący nocleg w hotelu. Dzwonię, jest miejsce, można z rowerem, rezerwuję! Teraz tylko adres i jak najszybciej pod prysznic. Ale telefon znowu traci zasięg i nie mogę wczytać mapy. Czekając, aż ponownie złapie sygnał, wściekły rozglądam się po okolicy, a mój wzrok pada na baner na płocie budynku po przeciwnej stronie ulicy – Hotel Krechowiak… zaprasza… Chwilę zajmuje, zanim mój zmęczony mózg przetworzy tę informację i połączy fakty, skąd znam tę nazwę? Przecież przed chwilą zarezerwowałem tam nocleg!!! Tylko hotel stoi do mnie bokiem i dlatego nie widziałem jego szyldu! Kwadrans później już stoję pod prysznicem, a zaraz potem jem obiad w hotelowej restauracji. Tylko z basenu nic nie wyszło, bo akurat był w remoncie.
 

11. Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej. 

 

 12. Ścieżka biegnąca z Suwałk do Wigierskiego Parku Narodowego, tak w większości przypadków prowadzony jest szlak Green Velo wzdłuż ruchliwych głównych dróg. 

 

13. Prawosławna cerkiew p.w. Ikony Matki Boskiej Wszystkich Strapionych Radości w leśnym uroczysku Koterka praktycznie na samej granicy Polsko-Białoruskiej paręnaście kilometrów od Mielnika.

 

14. Kładka Długa Luka w Biebrzański Parku Narodowym, na końcu 400-to metrowego pomostu znajduje się platforma widokowa. 

 

Jedź łośtrożnie

Kolejny dzień zaczynam w dużo lepszym nastroju. Wypocząłem, wyspałem się, zjadłem porządne śniadanie. Jest też cieplej i pogodniej – nic, tylko jechać dalej. Wyjeżdżając z Augustowa, rezygnuję z kilkunastokilometrowej pętli dookoła jeziora Sajno, tak jak wiedzie szlak, tylko od razu kieruję się na południe w kierunku Biebrzańskiego Parku Narodowego. Po drodze mijam Dębowo – pierwszą śluzą Kanału Augustowskiego od strony Biebrzy. Stąd aż do Dolistowa Starego prowadzi bardzo malownicza droga, tuż nad brzegiem wijącej się rzeki. Dwadzieścia kilometrów dalej mijam potężną twierdzę Osowiec. Chętnie bym ją zwiedził, ale potrzeba na to przynajmniej trzech godzin, więc muszę odpuścić. Stąd już tylko kawałek i wjeżdżam na słynną Carską Drogą, prowadzącą przez środek parku. Kilka tygodni wcześniej słyszałem w radiu o dantejskich scenach, jakie się na niej rozgrywały z powodu najazdu turystów, ale teraz jest zupełnie pusta. Korzystam z faktu, że jest płaska, a porastający z obu stron las osłania mnie przed wiatrem, przyjmuję wygodną pozycję na lemondce i cisnę przed siebie.

 

Do przejechania mam ponad 30 km, w zasadzie cały czas na wprost. Z Carskiej Drogi, zwanej też Łosistradą, niestety niewiele można zobaczyć z tego, z czego słynie park, czyli mokradeł, bagien, ostoi ptactwa, zwierząt i niecodziennej roślinności. W tym celu trzeba skręcić w jedną z bocznych dróg i zagłębić się w tereny parku. Na to potrzeba jednak dużo czasu, a także wyposażenia turystycznego, na przejście niektórych szlaków potrzebne są nawet wodery. Jednak zatrzymuję się w dwóch miejscach: przy wieży widokowej na bagnie Ławki oraz przy kładce Długa Luka, która na 400 metrów wprowadza w głąb mokradeł. Oba miejsca leżą tuż przy drodze, więc nie potrzeba wiele czasu i stanowią urozmaicenie, nie ma co ukrywać, dość monotonnej jazdy przez park. Mijam znaki „Jedź łośtrożnie” i „Uwaga! Łosie na Carskiej szosie” ostrzegające kierowców wjeżdżających na teren parku który ja właśnie opuszczam.

 

Carska Droga wraz ze szlakiem dochodzą do Strękowej Góry, która jest podobno idealnym punktem obserwacyjnym na dolinę Narwi. Nazywana jest też polskimi Termopilami, bo to właśnie tutaj w pierwszych dniach kampanii wrześniowej 1939 roku kapitan Raginis z garstką żołnierzy przez dwie doby odpierał ataki korpusu pancernego Guderiana. Jednak tego wszystkiego dowiedziałem się już później z internetu, ponieważ chwilę wcześniej wybieram alternatywną trasę wzdłuż Narwi, która wprowadza mnie do Tykocina obok słynnego zamku. Kawałek dalej wjeżdżam na coś na kształt rynku, z okazałym kościołem z jednej strony i otoczonego starannie odremontowanymi domami i kamienicami świadczącymi o długiej i bogatej historii miasteczka. Ładnie tu ale po chwili ruszam dalej, mam przed sobą jeszcze sporo kilometrów do Białegostoku, a chciałbym dojechać jeszcze kawałek dalej na wschód, do Supraśla. Dopóki z Tykocina jadę na południe, plan wydaje mi się całkiem realny, tempo mam dobre, czasu jeszcze sporo.

 

Wszystko zmienia się niecałe 10 km dalej, wraz ze zmianą kierunku jazdy na wschodni, centralnie pod wiatr. Zaczyna się orka, dokładam mocy, a i tak tempo gwałtownie spada i już wiem, że w tych warunkach nie zrobię ponad 50 km, jakie zostały mi do Supraśla. Dodatkowo zaczyna mnie boleć prawy Achilles i to ostatecznie przeważa decyzję o zakończeniu etapu w Białymstoku. Rezerwuję nocleg i już na spokojnie, żeby nie forsować nogi, dokręcam dwadzieścia parę kilometrów, jakie dzielą mnie od stolicy Podlasia.
 

15. Plażing nad jeziorem Siemianowskim tuż przed wjazdem do Puszczy Białowieskiej.

 

 16. Dwukilometrowej długości odcinek szlaku gdzieś za Chełmem to jedyny poprowadzony zwykłą polną drogą jaki spotkałem przez dziewięć dni jazdy Green Velo.


Nie jest dobrze

Rano ścięgno nadal boli, idąc na śniadanie, nawet lekko utykam. Przypominają mi się opowiadane przez kolegów historie o Achillesach nadwyrężonych lub zerwanych na etapówkach i maratonach oraz wynikających z tego powikłaniach. Nie mam ochoty na poważną kontuzję, ale też nie bardzo mam czas, żeby siedzieć w miejscu. Według pierwotnego planu, rozpisanego na osiem dni jazdy, powinienem był dzisiaj być już w Mielniku nad Bugiem, ponad 200 km przede mną. Zaczynam od odwiedzenia apteki i zakupu maści przeciwzapalnej, a potem decyduję jechać dalej, ale bez forsowania tempa. Co będzie, to będzie. Na początek muszę przejechać prawie cały Białystok. Prawdę mówiąc, nie zdawałem sobie sprawy, jak duże jest to miasto i przejazd zaczyna mi się dłużyć, tym bardziej że każdy start ze świateł i rozpędzenie ciężkiego roweru odczuwam w bolącej nodze. W końcu wydostaję się z miasta na szlak, zauważam, że jak pedałuję równo, to ścięgno boli jakby mniej, jest więc nadzieja.

 

Supraśl słynie z górującego nad miasteczkiem prawosławnego monasteru oraz znajdującego się w nim muzeum ikon. Zdecydowanie warto je zwiedzić, nawet jeżeli wydaje Ci się, że to nie Twoja bajka. Utrzymana w półmroku ekspozycja z punktowym oświetleniem ikon oraz towarzyszący zwiedzaniu stonowany śpiew cerkiewny sprawiają, że na jakiś czas można kompletnie oderwać się od rzeczywistości. Z Supraśla podążam dalej, zasadniczo na południe, a kolejnym punktem programu jest jezioro Siemianowskie.

 

Rozpogadza się i dzień robi się ciepły i słoneczny, gdy więc docieram nad jezioro, z przyjemnością plażuje chwilę na żółtym piasku, stąd już tylko 20 km dzieli mnie od Puszczy Białowieskiej. Puszcza to trzecia i ostatnia dzisiejsza atrakcja, nie chcąc przeciążać nogi, decyduję się zakończyć dzień wcześniej, już w Hajnówce, i spróbować zregenerować się przed dalszą drogą. Z tych samych powodów rezygnuję z odwiedzenia Białowieży, bo to wymagałoby dołożenia kilometrów. Za to będąc już na kwaterze, dowiaduję się od gospodarzy, że w Hajnówce jest aquapark. Nie zastanawiam się ani chwili i resztę popołudnia spędzam, pływając, masując się wodnymi biczami i w saunie. Tego było mi trzeba!

 

Szlak się zmienia

Rano wstaję jak nowo narodzony, jest pogodnie, ścięgno prawie nie boli, chce się jechać. Plan na dzisiaj to dojechać jak najdalej się uda, na początek do Mielnika, gdzie jest przeprawa promowa przez Bug. Nie ujechałem jednak daleko, gdy łapię gumę, pierwszą od p...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy