Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp

2 marca 2020

NR 38 (Marzec 2020)

Z ciepłym morzem w tle

145

I


Wydzielanie potu było coraz mniejsze, oddech wciąż nie mógł się uspokoić, a ja toczyłem wzrokiem po wypalonych do białości skałach. W turkusowej zatoczce kołysały się dwa jachty. W dali za wodą i mgłą widać było majestatyczne szczyty – intensywnie szarozielone i obiecujące cień i chłód. Pomarudziłem jeszcze chwilę i zebrałem się za schodzenie. Widziałem linię. Była niezła i kiedy zacząłem zbiegać, zamarzyłem, żeby zamiast neoprenowych papuci, w których tu dopłynąłem, mieć na sobie buty SPD i przypiętego do nich jakiegoś fulla… choćby i o skoku 140 mm.

II


Przekleństwo. Drugie. I jeszcze mocniejsze. Zdjąłem zaparowane okulary i nie bardzo wiedziałem, gdzie je odwiesić czy odłożyć – w ogóle co z nimi zrobić. Wszystko miałem zalepione błotem, a najbardziej oponę, która dodatkowo była całkiem płaska. Ale jak? Przekleństwo. „Druga?! Dwieście metrów po pierwszej?!” – pytałem sam siebie. Nawet nie dobiłem. Wciąż użalałem się nad sobą, podczas gdy dojeżdżali kolejni. Ich wzrok zdradzał pobieżne współczucie i satysfakcję, że nie cisnęli tak szybko. Linia, która kiedyś mi się zmaterializowała, była do odtworzenia właśnie dziś. Co prawda od tygodnia nad Adriatykiem lało, ale przyczepność była dobra i ze cztery zakręty jechałem na przedzie. Brzeg morza uformowany był bosko, jedynie jesienne wichry potrzaskały wapień na cienkie plasterki, które cięły opony z precyzją chirurgicznego lancetu. 

III


Mapa i coroczne dylematy ojca – planisty czasu wolnego. Pływak, piłkarz, kociara i rowerzysta chcieli pojechać na wspólne wakacje do Grecji… jak w kiepskim dowcipie o przeciwieństwach. Ja znowu wspominałem Chorwację, ale chciałem tańszej wersji tej samej skały i różnic wysokości, podobnego morza i równie dobrej kuchni. „Rano będę wstawał i dołączę do was po śniadaniu, a później niech będzie nawet plażowanie”. Ale moja mądra żona wie lepiej. „Miłosz, pojedź tam bez nas, uszarpiemy się wszyscy i nikt nie będzie zadowolony, a ty i tak nie pojeździsz tyle, ile byś chciał”. Mądra żona to skarb. 

Czwarta impresja. Jeszcze chyba w XX w. był tam mój kolega Kacper Lepieszkiewicz i mówił, że było „dość fajnie”. To znaczy boska góra w tamtych czasach do jazdy rowerem nadawała się średnio – albo rowery nie bardzo nadawały się wówczas do jeżdżenia po boskich górach. Ale parcie na szczyt było mocne od czasów wyprawy, która odbyła się w 1989 roku. Dwóch szaleńców z Niemiec – Stefan Etzel i Christian Smolik – postanowiło stanąć na szczycie Skali, niższego o parę metrów od Mitikas zwieńczenia masywu góry bogów, czyli Olimpu. Panowie nie dość, że wytargali rowery na blisko 3000 m, to postanowili zjechać, siedząc na bagażnikach rowerów, bo nie mieli regulowanych sztyc. Osobiście wątpię, że zjazd na bagażniku sztywniaka 26” dał im poczucie flow, ale inspiracja wywołała turystyczną histerię. Grecy organizowali dla niemieckich zjazdowców specjalne tripy. Przyczepiało się zjazdówkę na grzbiecie osła, który targał to żelastwo, aż się wszystkim zaświeciła lampka rezerwy. Później się ważący 25 kg rowerek od osiołka odpinało i szutrem zjeżdżało do Litochoro. Tam w boskiej chwale, z pucharem ambrozji w dłoni, odbierało się gratulacje postronnych. Alpiniści mieli pewnie niezły ubaw, ponieważ szczyt zdobył w 1913 r. Szwajcar prowadzony przez bosonogiego Greka, który był jego przewodnikiem. Mnie oczywiście marzyło się pojeździć po ścieżkach, ale jakby jeszcze zdobyć coś epickiego... „Taka ze mnie niedoskonała mieszanka Berreclotha z Odyseuszem” – pomyślałem z przekąsem, patrosząc z wielkiej i czerwonej jak mięso tuńczyka torby marki Evoc szkielet ramy i ościste koła. Zbliżał się wschód. Niepostrzeżenie lampy oświetlenia garażu osłabły względem delikatnego poblasku nieba na zewnątrz. Gdzieś nad interiorem wstawało słońce, a Morze Śródziemne jak polane oliwą nie różniło się niczym od szaroburego nieba. Horyzont i czas nie istniały. Tylko miauczenie kotów przerywało ciszę i sprowadzało świadomość. Wytężałem wzrok, próbując z jednolitego szarego błękitu wyłuskać masyw, którego obecność wyczuwałem po drugiej stronie zatoki.

 

Press Camp


Wyjazdy prasowe mają swoją specyfikę. Jedzenie jest epickie. Jeżdżenie jest epickie… na zdjęciach. A im lepsze kadry, tym więcej postojów. A my pierwszego dnia mieliśmy zakosztować Olimpu, sprzyjała nam pogoda i bojowe nastroje. Wystartowaliśmy z Litochoro i szutrówką zdobywaliśmy kolejne metry. Niespecjalnie się rozpędzałem, bo do szczytu brakowało nam ze 2000 m w pionie. Jeszcze tego Olimpu nie poczułem w mięśniach, kiedy się przekonałem, że przewodnicy mają całkiem inny plan. Z przesadną dokładnością tłumaczyli, w jakiej odległości od siebie będą kolejne zmarszczki terenu – zapamiętałem tylko, że początek to będzie jakaś masakra, a później dopiero się zacznie. Ale zaraz, jak to tak? Mieliśmy przecież wjechać na Olimp. „Nic z tego, nie doczytałeś agendy” – dowiedziałem się od innego uczestnika. W planach mieliśmy przejażdżkę z Olimpem w tle i to miało nam wystarczyć. Nie byłem pocieszony, ale jakość gruntu i naturalny flow ścieżki całkowicie mnie pochłonął. I w tym nastroju minął pierwszy dzień, a trasy, na jakich jeździliśmy, przypominały mi Finale Ligure. Nie, nie obecne – wypłukane w koryta i koleiny, tylko Finale z czasów, zanim nadciągnęły hordy. Finale sprzed dwudziestu lat. Ziemne ścieżki z lekka przyprószone igliwiem, wijące się wśród mocno utwierdzonych skał. Przyczepne i kręte jak w raju. Głęboka dolina kaskadami spłynęła do szerokiego koryta rzeki zawalonego głazami wielkości beczek na wino, ale wody toczyła skromne. Biegnąca brzegiem ścieżka najbardziej przypinała mi tor do speed trial. Jak pokonać labirynt progów bez podparcia? Czasami się udawało. Tuż przed wioską rozłożyły się knajpki i my też. Czerwone wino i fasolada? W Grecji? Dlaczego nie. A później jeszcze raz pod górę. Zjazd przetykany postojami do zdjęć i powrót po zmroku. Na szczęście kolejny dzień zapowiadał się epicko, zwłaszcza kiedy bus wyjechał ze strefy lasu i krajobraz zaczął przekraczać oczekiwania. Kissavos to blisko dwutysięcznik oddalony o kilka kilometrów od wybrzeża. Jego łysa jak kolano kopuła pozwala ogarnąć wzrokiem także majestat Olimpu. Nie było nam dane pojeździć powyżej linii lasu bo jakby w obawie przed zmianą pogody skryliśmy się najpierw w zagajniki, następnie w wysokopienny las. Ścieżka, którą zaproponował nam Mitsos, lokalny przewodnik i budowniczy, była tak dobra, że błyskawicznie zapomniałem o braku „szczytowania”.

 

 

Kamienne morze


Początkowo pruliśmy przez morze kamieni utwierdzonych byle jak w glinie, niczym w Beskidach. Nawet flora była podobna. Lunatyczny rytm kolejnych zakrętów wprowadzał w trans i całkiem niepostrzeżenie dotarliśmy do nawierzchni, której angielska nazwa wywołuje ciarki u wszystkich narkomanów dirtu. Nie dziwię się: uzależnia już po pierwszym razie, który mam za sobą. „Loam” to słowo na miarę Świętego Graala – oznacza nawierzchnię lekką, wodoprzepuszczalną, a więc niebłotną i fenomenalnie przyczepną. Pozwala driftować, kiedy masz chęć, ale jak się dobrze zaprzesz kolanem o rower, to rżnie on zakręty na wióry, które lecą, że hej! Zjazd do podnóża góry był tak dobry, że wyparłem nawet wielokilometrowy podjazd asfaltem po kolejną działkę. Uzależniony zrobi dla swojego narkotyku wszystko. Ale kolejny przejazd pokonaliśmy inną ścieżką. Przewodnicy znowu zbyt dokładnie opisali, co się będzie działo na każdym metrze trasy. Puszczałem to wszystko mimo uszu, ale informację o niezwykłym nagromadzeniu skał i kamieni przyjąłem ze względu na właśnie rozpoczynający się opad. Ruszyliśmy i owszem, kamieni było trochę więcej niż dotychczas, część z nich była większa, tylko że nie były to takie nasze, swojskie otoczaki, tylko kamienie z piekła rodem. 

 

 

 

 

Ich krawędzie były tak ostre, że gdyby chcieć je podnieść, rozcinałyby rękawiczki lub skórę. Opony też szatkowały jak kapustę, dlatego co chwilę stawaliśmy już nie tylko po to, żeby ładnie zapozować do zdjęcia, ale po to, żeby pożyczyć pompki, narzędzia czy coś innego. Uczciwie mówiąc, nie robiłbym z tej nawierzchni dramatu, gdyby nie to, że po kolejnym postoju wjechaliśmy na pole, które mnie całkowicie przerosło. Ten kamienny ogród wyglądał jak Nové Město, z tym że nie było na nim opatentowanej linii i miał dobrych kilka hektarów powierzchni. Nie do wiary. W takich warunkach wywracaliśmy się, naprawialiśmy ogumienie i prostowaliśmy haki – szaleństwo, którego nie zapomnę i wcześniej nigdy nie zaznałem. Mitsos wiedział jednak, w którym kierunku zmierzać, i dlatego po chwili natknęliśmy się na ścieżkę. Tym lepiej smakował jej Loam. Wszyscy pokrzykiwali z zachwytu, co chwilę zbijali piątki i w ogóle zachowywali się niepoważnie jak na swój wiek. Ja też. I jeśli chodzi o służbowe sprawy, to byłoby tyle. Odpiąłem testowane sakwy, spakowałem czerwonego potwora, pożegnałem się z wyjeżdżającymi, płytko współczułem, że muszą wstać o czwartej na samolot, i zacząłem nerwowo wydzwaniać i zużywać megabity w poszukiwaniu miejsc i tras na kolejne dwa i pół dnia, które dzieliły mnie do odlotu mojego samolotu. Byłem zdany tylko na siebie. Ten stan darzę ambiwalentnym uczuciem: uwielbiam i bardzo się stresuję, czy moje ambitne i napięte plany zadziałają. Mówiąc szczerze, bariera językowa, związana choćby z tym, że Grecy używają innego alfabetu, zaczęła wpędzać mnie w panikę. Ostatnia szansa: telefon do przyjaciela. Jorgos, szef Out Line – firmy, która obsługiwała wyjazd z marką Evoc, obiecał pomoc. Ale teraz, po robocie, tylko się po grecku uśmiechał: „Miłosz, relax! I nie pchaj się na szczyt, chwytaj chwilę”. To pachniało mi piękną katastrofą, ale ja nie jestem żaden Zorba i miałem swój napięty plan, który musiał się ziścić. 
 

 

Na własną rękę


Nazajutrz po pierwszych kilku porażkach, które nie były wprawdzie jeszcze katastrofą, postanowiłem zaprzestać oporu i podążyć z greckim prądem. Sprawy miały się tak, że montaż roweru napotkał opór – hamulce do przelania, konieczność zakupu oleju, opóźnienie, a przewodnik i tak nie może. Jutro? Oczywiście. Uśmiech. „Miłosz, my tu mamy w Salonikach kapitalne ścieżki, zwiedź i poczuj ten klimat!” – zachęcał Jorgos, podając kilka nazw. Nie pasowało mi to. 

Było wczesne południe, żar lał się z nieba, a ja jak głupi szukałem wlotu trasy. Miejskie ścieżki mają to do siebie, że są nieokiełznane, wiją się i przecinają. Logikę ukazują tylko twórcom i użytkownikom, dla których są codziennością jak chleb. Dla postronnych są gorsze od kreteńskiego labiryntu. A ja do pomocy miałem tylko kanadyjską Ariadnę, czyli Trailforks i Google Maps. W rozpaczy zwiedzałem wąskie uliczki w okolicy murów obronnych wzniesionych w okresie rzymsko-bizantyjskim. W końcu przy przedszkolnym płocie zobaczyłem lasek, w którym, jak podpowiadała różdżka, znajdował się system ścieżek. Wystarczyło tylko spaść pionową ścianą, na którą od lat lokalni przedsiębiorcy wyrzucali poremontowy gruz. Byłem w desperacji i nie zważałem na komentarze zawieszonych na siatce przedszkolaków. Wnosząc z intonacji, było to coś przeciwnego do podziwu. Jednak bez złamań, urwań i nacięć stałem w lasku, który od mojego lokalnego różnił się tylko tym, że nie miałem pojęcia, w którą stronę jechać. Ale na ekraniku znalazłem wreszcie niebieską nitkę, która pokrywała się z przebiegiem czegoś w terenie, i zacząłem mozolną wspinaczkę. Dopiero ukształtowanie hopek uświadomiło mi, że poruszam się pod prąd. Przekleństwo, przekleństwo, przekleństwo. Odpuściłem ścieżkowanie i nawracałem się na szutrówki, ponieważ jako tako zgadzały się z moimi planami. Bo zachęcony filmikami postanowiłem poszukać szczęścia w rejonie oddalonym od miasta, a więc rozwijającym opcje i nowe linie w wolniejszym tempie. A przynajmniej tak obstawiałem. Rzeczywiście, Hortiatis było bardziej uporządkowane i zwiedziłem trochę niebiesko zaznaczonych w Trailforksie ścieżek, ale moją uwagę zwróciła wdzięczna nazwa Orgasmotron. Moją przygodę z ustaleniem jej wlotu opisałem w felietonie w bB nr 11–12/2019, a choć teraz mnie to nawet bawi, to wtedy byłem naprawdę wściekły. Sam Orgasmotron, oznaczony czarną linią, po przejechaniu oceniam na czerwony. Początek jest jednak bardzo stromy i nie znając zakrętów, strach się rozpędzać. 

 

 

Większość hopek okazała się jednak łatwa i mała, ale najazd na jedną na szczęście przypomniał mi się z filmu i odbiłem na chickena. Była podwójna i wymagała sążnistego lotu nad zmurszałym wiatrołomem. Strach ma wielkie oczy, ale wspominam to, jakby było z dziesięć metrów do przelecenia. Po tym ostrzeżeniu skoczyłem dopiero z krawężnika w miasteczku. Dalej też nie było łatwo odnaleźć się w gąszczu opcji wydeptanych przez rowerzystów i barany. Jak napisałem w felietonie, spotkałem na szczęście miejscowych. I to było jak objawienie. Jazda była wyśmienita i bardzo charakterystyczna dla Grecji. Było niezwykle skaliście, ale sucha nawierzchnia była bardzo przyczepna. Im bliżej Salonik, tym przejazd był bardziej ekscytujący, ponieważ wachlarz usprawnień terenowych, band, hopek zwiększał się w stosunku geometrycznym. Zakończyłem jazdę mocno oszołomiony, lecz bardzo szczęśliwy. Katastrofa zakończyła się tańcem Zorby, wystarczyło dać się ponieść Grekom. Z moim samozwańczym przewodnikiem przejechaliśmy przez iluminowane i tętniące życiem Saloniki. Obejrzałem imponujące budowle z czasów prześladowcy chrześcijan Galeriusza i kościoły, do których słano listy do Tesaloniczan. Wtopiłem się w tłum, a zęby w porcję szaszłyków suwlaki i tłustymi paluchami czatowałem już z Vasilisem. Rodził się plan. Epicki plan. 

Olimp, podejście drugie


Vasilis jest zawodowym przewodnikiem i budowniczym ścieżek mieszkającym w Litochoro. Tak, to miejscowość u podnóża Olimpu, wiązałem więc z Vasilisem daleko idące nadzieje na eksplorację masywu. Kolejnego dnia, jeszcze po ciemku, wsiadłem w pociąg z Salonik i bladym świtem przywitałem się z Vasilisem. Rozłożył na masce swojego doblo mapę i zaczął pokazywać możliwości. Wyglądało to marnie, ale wynegocjowałem tyle, że spróbujemy wyjechać, ile się da, a zawrócimy, żeby zdążyć przed szybko zalegającymi tu ciemnościami. Część podjechaliśmy samochodem, po czym zaczęliśmy mozolnie asfaltować. Szczyt był niemiłosiernie widoczny i fatalnie odległy. Zdobywając metodycznie wysokość, dopiero w porze lunchu opuściliśmy bitumen i wjechaliśmy na szutrową drogę gęsto zapaskudzoną przez turystyczne muły. Ciągnęła się długo i bardzo późno wjechaliśmy na ścieżkę. 

Byłem już dobrze dojechany, a szlak wycięty w skale okazał się koszmarnie trudny i stromy. Gęsty las zasłaniał widok. Ekspozycja...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy