Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Turystyka

27 grudnia 2021

NR 55 (Listopad 2021)

Śladami monumentów. Spełnianie kolarskich marzeń

0 1002

Po prawie piętnastoletniej przerwie słaba wydolność i wysoka waga stały się świetnymi katalizatorami zmian w stylu życia. Podobno stara miłość nie rdzewieje i tak też było w moim przypadku – powrót na dwa kółka okazał się zbawienny. Po dwóch latach od ponownego wskoczenia na rower, lżejszy o 25 kg i w życiowej formie, jestem na bieżąco z wszystkimi jednodniowymi wyścigami, etapówkami World Tour czy mistrzostwami świata.

 

POLECAMY

Po dwóch sezonach wiem, że najbliższą mojemu sercu kategorią zmagań są jednodniowe, wymagające, niejednokrotnie brukowe wyścigi nazywane, a jakże – klasykami. Dlaczego akurat klasyki? W jednodniowym wyścigu nie ma czasu na skomplikowane strategie i kalkulacje. Jest za to miejsce na więcej spontanicznych akcji, a zwycięzcą może zostać zarówno filigranowy góral, jak i potężny sprinter.
 

 

 1. Ulica Ronde van Vlaanderen, z listą wszystkich zwycięzców na asfalcie.

 


Flandria i Roubaix – przecież to niedaleko!

Marzenie o zmierzeniu się z trasą któregoś monumentu tliło się w mojej głowie od samego początku. Pewnego letniego popołudnia, podczas planowania wakacji w państwie kwiatów i wiatraków, zorientowałem się, że trasa najpiękniejszego, moim zdaniem, wyścigu przebiega zaledwie dwie godziny jazdy samochodem od miejsca naszego pobytu. Podekscytowany nadarzającą się okazją, chwilę później buszowałem już po mapach Stravy i Komoota, przeglądając przebieg wyścigu Ronde van Vlaanderen. Przepiękny wyścig z morderczymi, brukowymi podjazdami prowadzony przez piękne tereny mojej ulubionej kolarskiej krainy – Flandrii.

Oczy otwarły mi się jeszcze szerzej, gdy chwilę później, chcąc spojrzeć na całość przebiegu trasy, oddaliłem wzrok mapy, a moim oczom ukazała się nazwa mrożąca krew w żyłach każdego fana kolarstwa szosowego – Roubaix. Właśnie w tym momencie w mojej głowie narodził się plan równie piękny, co szalony. Dwa dni, a w nich dwie trasy najbardziej znanych wyścigów klasycznych Europy. Dwa dni i trzysta kilometrów kultowych szos, podjazdów oraz niezliczone odcinki morderczych bruków.


Trasę Ronde van Vlaanderen pożyczyłem ze Stravy kolarza, którego darzę wyjątkowym szacunkiem i sympatią – Mathieu van der Poela. Po odrzuceniu pierwszych 100 km płaskiego dojazdu pozostała esencja Flandrii – 150 km pięknych dróg poprzecinanych kilkunastoma podjazdami, z których większość była brukowa. W przypadku Roubaix po chwili poszukiwań dowiedziałem się o istnieniu wyścigu Paris Roubaix Challenge, a słowo „challenge” okazało się tu kluczowe.
 

 

 

2. Tyły muzeum De Ronde, miejsce spotkań kolarzy. 

 

3. Ratusz na rynku Oudenaarde. 

 

4. Złote BMC Grega van Avermaeta, mistrza Olimpijskiego.

 


Flandryjski lew z głową w chmurach

Podróż z holenderskich nizin w kierunku Flandrii nie napawała optymizmem. Kolarska kraina najwyraźniej chciała mnie przywitać typową dla niej pogodą, jaką często obserwuje się na wyścigach. Przekraczając granicę Belgii, minąłem wielką, żółtą, ciężką od deszczu flagę z symbolicznym flandryjskim lwem, który widnieje także na mojej własnoręcznie pomalowanej ramie. Jestem z tych, którym żadna pogoda niestraszna, ale mimo to ucieszyło mnie, gdy karta się odwróciła, a zza ciemnoszarych chmur zaczęło nieśmiało wyglądać słońce.

Uzupełniwszy w markecie zasoby mojej torby na kierownicy o zestaw na czarną godzinę (cola i Haribo!), dotarłem do miejsca docelowego – parking pod lokalnym sklepem rowerowym. Krótka rozmowa z mechanikiem i prośba o użyczenie pompki z manometrem wywołała u „lokalsa” gest pukania się w czoło. „Siedem barów na bruki?! Pięć to maks, jeśli chcesz przejechać, to w jednym kawałku!” Postanowiłem zaufać jego doświadczeniu, a ta decyzja dosłownie uratowała mi tyłek…
 

 

5. Szlaban przy wjeździe na lasku Arenberg. 

 

 6. Wejście do budynku i sławnych pryszniców przy Velodrome Roubaix.

 


Stromo, bardziej stromo, rzeźnia

Pierwsze, co rzuca się w oczy po wyruszeniu w trasę, to wszędobylskie, piękne, asfaltowe drogi rowerowe pozbawione krawężników. Drogi te, w połączeniu z kulturą jazdy kierowców i tym, jak traktują kolarzy, wywołały u mnie, Polaka, uczucie czystej zazdrości. Po pokonaniu kilku bardziej uczęszczanych szos GPS skierował mnie na węższe drogi osiedlowe i już po kilku chwilach moim oczom ukazał się drogowskaz, na którego widok reakcję natychmiast zanotował pulsometr – znany w całym kolarskim świecie, legendarny Oude Kwaremont. To od niego zaczyna się poważne ściganie podczas „De Ronde”. Jak się później okazało, dwa tysiące sto metrów Kwaremont było swego rodzaju przedsmakiem tego, co czekało na mnie dalej.

 

Mimo swej długości podjazd serwuje zaledwie 11,6% nachylenia w najtrudniejszym miejscu. „Zaledwie”, gdyż miałem z tyłu głowy świadomość, że przyjdzie mi tego dnia zmierzyć się z ponad dwukrotnie bardziej nachylonym potworem. Podjazd dość „przyjemny”, ciągnący się pośród gospodarstw i pastwisk z kultowym barem, w którym można raczyć swe kubki smakowe doskonale znanym w tej części Europy piwem o tej samej nazwie.

Mniej więcej w połowie podjazdu zostało mi brutalnie przypomniane, jaka przepaść dzieli turystów, takich jak ja, i trenujących tu na co dzień młodych adeptów kolarstwa. Mający „na oko” piętnaście lat chłopak z jednej z lokalnych ekip przeleciał obok mnie niczym Pendolino… Później jeszcze kilkakrotnie rozpoznałem znane mi barwy teamowe – Bingoal Wallonie, Alpecin Fenix, Jumbo Visma…
 

 

7. Lokalna ustawka brukami Paris-Roubaix.

 

8. „Pomnik bruku”.

 

9. Witryna  z koszulkami legendarnych ekip kolarskich biorących udział  w De Ronde.

 


Photo pace

Po przełamaniu szczytu czeka pierwsza możliwość ogarnięcia wzrokiem nieco szerszej visty. Krajobraz jest zielony, pagórkowaty, piękny. Gdyby nie brak jezior, przypominałby Warmię i Mazury. Kolejna atrakcja zamknięta w trasie wyścigu to aleja zwycięzców. Kilka przydrożnych banerów prezentujących wielokrotnych triumfatorów RVV, a na asfalcie pełna lista zwycięzców począwszy od 1913 roku. Liczba nazwisk skutecznie przypomina, że mamy do czynienia z monumentem, wyścigiem historycznym, na stałe wpisanym w kalendarz startów i uważanym za absolutnie kultowy. Szczególną uwagę przykuły przypieczętowane na asfalcie zwycięstwa moich dwóch kolarskich idoli – Petera Sagana (2016) i Mathieu van der Poela (2020).

Z aparatem na plecach przemierzałem kolejne etapy trasy w tempie, które moi anglojęzyczni znajomi określają jako photo pace. Wyścig De Ronde to typowy interwał – dłuższe, lekko pagórkowate fragmenty prowadzone małymi miejscowościami co jakiś czas na wykresie wzniesień przecina kolejny brukowy, stromy podjazd, którego nazwa jest dobrze znana pasjonatom. Kortekeer. Wolvenberg. Kanarienberg. Taaienberg. Ach, ten ostatni to dopiero wbił mi się na stałe w pamięć. Zostałem na nim wyprzedzony przez panią po pięćdziesiątce. Wyobrażam sobie teraz Wasz uśmiech politowania, ale mam coś na swoją obronę – pani, tak jak większość dorosłych jeżdżących po Beneluksie, jechała na elektryku.


Na początku każdego z podjazdów pod kołami ukazuje się jego nazwa i „procenty”, które już za moment zamienią się w ogień w mięśniu czworogłowym uda. Każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy, mający odmienny charakter. Jeden mroczny, prowadzony ciemnym lasem i kręty. Kolejny odsłonięty, wietrzny i prosty jak niedogotowane spaghetti. Nieraz, dysząc jak parowóz, podnosiłem wzrok znad kierownicy, a moim oczom ukazywał się widok, który natychmiast wywoływał retrospekcje z oglądanych wcześniej akcji i ataków dziejących się dokładnie tu, podczas kolejnych edycji Ronde van Vlaanderen.
 

 

10. Pochylona bieżnia Welodromu Roubaix. 

 

11. Młodzi adepci kolarstwa we Flandrii.

 


Museeuw, Cancellara i Boonen

Mówiąc o atakach, należy wspomnieć o dwóch następujących po sobie potworach o nachyleniu maksymalnym kolejno 20 i 22% – Paterberg i Koppenberg. Zarówno komentatorzy, jak i widzowie przed telewizorami osiągają tętno, jakby sami brali udział w walce, gdy czołówka zbliża się do mitycznego Paterbergu. Każdy pasjonat doskonale wie, że to właśnie tutaj należy się spodziewać ataków niejednokrotnie przesądzających losy wyścigu. To tutaj generowane są waty, które od samego patrzenia powodują pieczenie w nogach.

Nachylenie Paterbergu zwiększa się stopniowo, aż do samego szczytu, a jedynym jego elementem, który stara się „pomóc” kolarzom, to zbudowana na jego skraju rynna deszczowa. To po jej powierzchni walczący starają się prowadzić swoje maszyny, aby choć na moment odpocząć od drgań bruku. Podczas pokonywania ikonicznego podjazdu zastanawiałem się, które z przeżyć jest teraz silniejsze – poczucie potwornej mocy, jaką muszę generować, aby wtoczyć swoje sto kilogramów na szczyt czy ekscytacja, że podjeżdżam właśnie TEN Paterberg.

Po zdobyciu szczytu postanowiłem na chwilę się zatrzymać. Powód? Osiągnięcie tętna maksymalnego, chęć spojrzenia na podjazd ze szczytu oraz widok znajdujących się na drodze wiodącej w dół wzniesienia trzech portretów wielokrotnych zwycięzców RVV. Trzy legendarne już nazwiska: Johan Museeuw, Fabian Cancellara i Tom Boonen.
 

 12. Oznaczenie początku segmentu Stravy na jdnym ze słynnych podjazdów. 

 

13. Typowy krajobraz Flandrii.


Roztwór wysokoprocentowy

Szybkim i stromym zjazdem nie nacieszyłem się zbyt długo, bo już po kilku minutach znalazłem się u stóp Koppenbergu. Jedne z najbardziej znanych fotografii wykonanych podczas De Ronde przedstawiają kolarzy pchających swoje rowery po prowadzonym niewysokim „wąwozem” bruku, nachylonym pod kątem 22%. Miejsce to, schowane w cieniu drzew, zmuszało niejednokrotnie nawet najmocniejszych zawodników do przełknięcia swojej dumy i zejścia z roweru. Tamtego dnia grzbiety kamieni były suche, a miękkie przełożenia współczesnej szosówki pozwoliły mi na pokonanie podjazdu bez deprymującego „spaceru wstydu”.


Ostatnim dla mnie etapem był długi zjazd z lokalnych wzniesień w kierunku centrum miasta, które stanowi metę zmagań – Oudenaarde. Nazywane perłą flamandzkich Ardenów miasto zrobiło na mnie duże wrażenie. Nie mogłem sobie odmówić wizyty w „Centrum Ronde van Vlaanderen”, które stanowi połączenie miejsca spotkań pasjonatów, restauracji, muzeum i sklepu z pamiątkami. Oczy aż zaczęły mi błyszczeć, gdy za szybami witryn zauważyłem rowery vintage w pięknych, klasycznych malowaniach ekip, które ścigały się tu na przestrzeni lat. Parę kroków od tej mekki kolarstwa znajduje się rozległy rynek z cudownym budynkiem ratusza w samym jego sercu.

Niedaleko znalazłem włoską pizzerię, w której postanowiłem bez wyrzutów sumienia wchłonąć pizzę, podsumowując w myślach całą przygodę. Chyba w życiu nie jadłem smaczniejszej, ale przyznaję, że po przejechaniu takiej pętli wszystko smakuje lepiej. Mimo zmęczenia siedziałem wpatrzony w architekturę, a z mojej twarzy nie schodził szeroki uśmiech. Cel zrealizowany. Marzenie spełnione.

 

Francuska bułka z masłem?

Po dotarciu na miejsce startu spakowałem do samochodu rower i pognałem za francuską granicę, gdzie już następnego dnia czekała mnie druga część mojej samotnej podróży. Gdzieś w środku miałem nadzieję, że trasa Paris Roubaix Challenge będzie dla moich zmęczonych nóg nieco bardziej łaskawa niż pętla wokół Oudenaarde. Tylko czterysta metrów przewyższenia zamiast tysiąca sześciuset. Co może pójść nie tak? Jestem mężczyzną z „płaskopolski” – powinno być spoko.
To, co działo się następnego dnia, okazało się czymś skrajnie odmiennym od moich wyobrażeń. Odczucia, które targały mną po Paris-Roubaix, były dokładnym przeciwieństwem tych z poprzedniego dnia. Ale od początku…

 

Roubaix, prawie jak w domu

Roubaix, będące częścią metropolii Lille, przywitało mnie chłodno, zarówno pod względem pogody, jak i pierwszych wrażeń, jakie u mnie wywołało. Planując trasę, natknąłem się na sporo zdjęć pięknego architektonicznie centrum miasta, lecz okolica, w której mieści się n...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy