Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp

5 marca 2021

NR 47 (Marzec 2021)

Rower, góry, łopata. Zestaw szczęśliwego człowieka

149

Jedziesz lasem, przedzierasz się przez gęstwinę, gałęzie biją w rower, jeżynowe kolce szarpią Twoją wilgotną koszulkę, jakby mówiły: „To nie tu! To nie Twój rewir! Zawracaj!”. I nagle spod kół wyłania się skrawek gołej ziemi – ścieżka, na której, jak pieczęć twórcy, jak podpis, widnieje ślad opony. Wtedy czujesz, że właśnie ktoś, zupełnie przypadkiem, zechciał podzielić się z Tobą swoim rajem. Znalazłeś dziką, leśną ścieżkę. Secret spot. Prawdopodobnie za chwilę przeżyjesz coś absolutnie niezwykłego – coś, co sprawi, że zapragniesz, by te same jeżynowe ciernie znów raniły Twoją skórę. Ponieważ niczego nie da się porównać do jazdy trasą, którą się znalazło i samodzielnie zaadaptowało! I właśnie dlatego dziś nie wierzę, bym kiedykolwiek przestał robić to, co robię!

Jak to się wszystko zaczęło?

Kiedy myślę o tej historii, uświadamiam sobie, jak wielki kawałek mojego życia stanowi. To trwa już kilkanaście lat, a zaczęło się jak wszystko zazwyczaj – niewinnie, poniekąd z potrzeby. Kilkanaście lat temu nie było tak dużej dostępności ścieżek jak obecnie, a chęć jazdy była równie wielka. Na przestrzeni tego czasu liczba tras o różnym stopniu trudności znacznie wzrosła i mimo że narzekanie jest naszym sportem narodowym, tutaj nikt nie powinien czuć się pokrzywdzony. Gdy rozpoczynałem swoją rowerową przygodę, nałogowo wręcz oglądałem rowerowe filmy, na których riderzy nie tylko jeździli, ale też budowali swoje spoty, a każde z tych miejsc było zupełnie inne – jedne wygłaskane do granic możliwości, inne zupełnie dzikie, naturalne, a jeszcze inne były połączeniem pierwszego i drugiego. I właśnie ta różnorodność w tym wszystkim mnie urzekła, zapragnąłem realizować się w podobny sposób i to mnie zupełnie pochłonęło. Kopanie tras to obcowanie z naturą na zupełnie innym poziomie – czujesz ją, dotykasz, ona Cię testuje, sprawia, że oblewasz się potem, pokrywasz pyłem, zrasza Cię deszczem, czasem wali w Ciebie gradem, ale to wszystko sprawia, że patrząc na postęp albo nawet wcale nie patrząc, ciągle jesteś szczęśliwy, spełniony.
 

POLECAMY


Wstań i idź do lasu!

Pamiętam, jak to zwykle wyglądało, gdy mieliśmy plan na jakąś linię – linie bywały długie, a bywały też bardzo krótkie, takie na jeden–dwa dni pracy. Wstawaliśmy rano, piliśmy gorącą herbatę, zastanawiając się, czy nie przelać jej do termosów, by jak najszybciej być już na miejscu. Byliśmy potwornie niecierpliwi! Wrzucaliśmy narzędzia do samochodu, na nich lądowały rowery, trzaskały drzwi, silnik budził się do życia, a my cieszyliśmy się na nasze godziny poza domem. Stawaliśmy chwilę potem w lesie, gapiąc się na nieskalaną łopatami i grabiami ściółkę i wodząc oczami po okolicy, malowaliśmy w wyobraźni linie. Poczucie, że ścieżka czai się po prostu w lesie, tylko nikt jej do tej pory nie odkrył, jest magicznie. Daje to twórcy poczucie bycia stwórcą.
A potem zaczynaliśmy cały proces. Dziesiątki połamanych grabi. Kilofy. Łopaty. I dyskusje. Wiele dyskusji. Sporo się przy tym kłóciliśmy. No! Może rzeczywiście tylko dyskutowaliśmy i wymienialiśmy pomysły bądź wzajemnie sprowadzaliśmy się na ziemię, czyli leśną ściółkę, podczas gdy wyobraźnia czasem nas ponosiła. Ale emocji zawsze było sporo. „Tu musi być zakręt! Zróbmy bandę. Zostawmy otwarty. Tu szkoda robić bandę! Te korzenie muszą zostać! Musimy się ich pozbyć! Tu zróbmy nieco szerzej! Tu musi być wąsko” i tak dalej… Negocjacje potrafiły trwać czasem naprawdę długo. Powstawały pierwsze metry, a my już nie mogliśmy się doczekać jeżdżenia i pierwszych testów.
Z perspektywy poszukiwań oraz samego kopania cały ten proces, począwszy od znalezienia odpowiedniego miejsca, wymyślenia linii, przez działanie jest niesamowity. Budowanie każdej trasy, każdej przeszkody, w jakimkolwiek miejscu to masa wspomnień, do których zawsze chętnie wraca się zimowymi wieczorami, czy przy okazji odpoczynku po jazdach. Pamiętam, jak zaczynaliśmy budowę średniej linii, gdzie po zbudowaniu całkiem sporego lądowania – wysokiego i długiego na dobre kilka metrów, zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej – wszak musielibyśmy przelecieć nad polną drogą, żeby w nią nie ingerować. Pomysłów było naprawdę wiele: od bonera, przez małe i duże dropy, przez różne w swej formie road gapy. Sprawę dodatkowo komplikował przebieg innej trasy, którą stworzyliśmy kilka lat wcześniej; biegła w pobliżu, my nie chcieliśmy jej niszczyć, więc ją również wypadałoby „przeskoczyć”. Zważając na powyższe, wymyśliliśmy – postawimy NS-a zakończonego dropem, który przebiegnie nad naszą kilkuletnią trasą, a dodatkowo będzie się kończył przed drogą, co pozwoli nad nią przelecieć. Stało się. Zaczęliśmy budować. Plany. Bale drewna. Deski. Kilka stępionych pił łańcuchowych, kilogramy gwoździ i wiele dni na zajawie w doborowym towarzystwie. Kilka kilogramów kiełbas z ogniska, nieco trudności, ale się udało. Powstał – całkiem pokaźny: zaczyna się tuż nad małą linią, następnie przebiega nad nią, nie ingerując w jej przebieg i kończy tam, gdzie miałby przecinać polną drogę. Nie mierzyliśmy dokładnie jego długości, ale na pewno jest nieco dłuższy niż 20 metrów, gdzie z każdym kolejnym metrem zyskuje na wysokości, i kończy się nagle około 5 metrów nad ziemią. Gdy dołożyć do tego lądowanie tuż za, trawersującą zbocze o pokaźnym spadku, drogą, właśnie otwierała się przed nami perspektywa doskonałego dnia testów. Testy, tuż po ukończonej budowie, która, jak to zwykle bywa, lubi się nieco przeciągnąć, to zawsze chwila podniecającej prawdy. Nie ma wstęgi, burmistrza z nożyczkami, orkiestry dętej, jest tylko kameralne grono kopaczy niecierpliwych, by w końcu zacząć. Pierwsze podejście zawsze jest najbardziej ekscytujące i dostarcza najwięcej adrenaliny. Dwa kontrolne najazdy, żeby dobrać odpowiednią dla siebie prędkość, żółwik przybity z kumplami tuż przed startem i lot. To było coś pięknego! Wszystko działało idealnie, lot był długi, a uczucie spadania niesamowite. Chyba nie ma lepszego uczucia niż jazda po czymś, co samemu się wymyśliło i stworzyło od początku do końca, zwłaszcza jeśli nagle okazuje się to jedną z najprzyjemniejszych linii, na której pozostawiało się ślad swoich opon.
 


Raz różowo, raz szaroburo

Pogoda często lubi płatać figle. Zdarzało się, że tworzyliśmy miejscówkę podczas burzy, niejednokrotnie ulewy, zdarzały się też śnieżyce, mocne, porywiste wiatry, grad i chyba wszystko inne, co tylko można wymyślić. Słabe jednostki rezygnują. Pogoda w lesie lubi weryfikować chęci i konsekwencję działania. Każda aura ma swój unikalny urok, a każde śniadanie, obiad czy kolacja w leśnym plenerze są niezapomniane i pomimo braku wyrafinowania, przepyszne w swej prostocie! Cały proces tworzenia jest bardzo czaso- i pracochłonny, a wraz z upływem lat jest coraz mniej osób, które są chętne, by działać, ot tak, nie dla pieniędzy, chwały czy sławy, tylko dla zajawy, chęci tworzenia, czy po prostu spędzenia czasu w sposób nieco bardziej kreatywny niż pusta egzystencja w towarzystwie złocistego napoju. Tak też jest u nas. Mimo iż osób jest coraz mniej – zdarzają się i tacy, którzy chcą działać i napędzają to koło ciągle na nowo, z inną, momentami jeszcze większą energią. Na przestrzeni lat rowerowego działania zauważyłem rotację ludzi – jedni przychodzą, inni odchodzą, jedni zostają na dłużej, inni wpadają tylko na chwilkę, ale są też tacy, którzy mimo braku czasu na samo działanie są w stanie wesprzeć proces w sposób indywidualny. Czasem zjawia się ktoś i robi coś zupełnie zaskakującego. Tak też było i w naszym przypadku, gdy ogromne możliwości pod postacią sporego kawałka zalesionej powierzchni otworzył przed nami mój przyjaciel. W taki oto sposób od ponad trzech lat siedzimy z łopatami w jednym miejscu – na samym południu Polski, otoczeni pięknymi widokami i dzikością miejsca, które ominęła urbanizacja. Tam też wymyślamy. Tworzymy. Kopiemy. Jeździmy i doskonale się bawimy. Zbudowaliśmy do tej pory pięć linii, do tego kilka odnóg, co łącznie składa się na kilka kilometrów tras okraszonych przeróżnymi dziwacznymi konstrukcjami. Oprócz tras na dole jest stawik, zasilany górskim potokiem, w którym w lecie można schłodzić się po kopaniu czy jazdach z kumplami, a także pomorsować zimą – wszak teraz stało się to bardzo modne! Jakby tego było mało, żeby wejść do lasu, musisz minąć stary, oldschoolowy drewniany domek, bez prądu i bieżącej wody, w którym można przekimać, jeśli leśne ruchy nieco się przedłużą. A nierzadko się zdarza, że planowana krótka sesja kopania kończy się po zmroku – noc, cisza, czołówki, para idąca z ust, dźwięk łopat uderzających o kamienie – jak dawni górnicy, robotnicy kolejowi na Dzikim Zachodzie czy zesłańcy pracujący przy budowie tamy. Tylko że my jesteśmy tu z własnej woli i nikt nam za to nie płaci, i nikt nas nie chłoszcze, gdy robimy sobie przerwę albo zagadamy się z kumplem. Mamy dziki teren i bawimy się tu jak dzieci. Nie ma wyciągu, nie ma ścieżki podjazdowej (i nie będzie), a trasy raczej nie należą do tych zrównoważonych dla wszystkich, gdyż są trudne, ale czy to minus? Od początku przyświecało nam hasło „nie kopiesz = nie jeździsz” i właśnie w takim klimacie staramy się to utrzymać, a jak ktoś podziela naszą zajawkę, to zawsze z chęcią go powitamy, wszak rowery i łopaty mają łączyć, nie dzielić.

Jaka jest definicja dobrej trasy?

To jest zawsze trudne do zdefiniowania. Dla mnie dobra trasa to taka, która nawet za setnym przejazdem potrafi zaskoczyć, a każdy kolejny przejazd jest nie mniej ekscytujący niż pierwszy, i takie właśnie trasy staramy się tworzyć.
Każda trasa w swojej istocie oferuje każdemu użytkownikowi dokładnie to samo – wszystko zależy zatem od tego, jak ją wykorzystasz. Dla jednych dobrą trasą będzie linia z ogromnymi lotami, dla innego będzie to zrównoważona trasa enduro o niewielkim nachyleniu, a jeszcze inni docenią trasy z wysokimi, wąskimi kładkami nad ziemią czy trasy, które są strome i gęsto najeżone korzeniami i kamieniami. Nie ma ideału – każdy musi znaleźć trasę dobrą dla siebie lub po prostu samemu ją stworzyć – DIY to definicja życia. Wiem, że to tylko łatwe stwierdzenie, przecież zaraz pojawią się pytania: skąd wezmę na to czas, skąd wezmę miejsce, skąd wezmę narzędzia, pieniądze, ekipę do pomocy i wiele, wiele innych obiekcji. Mnie nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo, ale w moim przypadku efekt finalny zawsze wynagradzał wszystkie trudy i znoje, a dodatkowo sam proces tworzenia zawsze był odskocznią od zgiełku dnia codziennego – wszak czy jest coś lepszego niż świeże górskie powietrze, towarzystwo lub samotność, muzyka lub cisza (wybierz odpowiednie dla siebie)? Dni spędzone na kopaniu bywają przeróżne – czasem kilka dni wykonujemy tę samą czynność, no bo samo się nie nasypie, a są dni, kiedy ciągle robimy coś innego. Żeby poczuć cały ten klimat, nie wystarczy wyskoczyć raz do lasu na pięć godzin, trzeba tym pożyć i odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie – czy chcę to robić? Nie dla innych, nie dla pieniędzy – dla siebie.
Z perspektywy czasu wiem, że wszystkie gorsze chwile (różne problemy, tak jak i chwile zwątpienia czy braku motywacji, też potrafią przyjść po wykonaniu kilku projektów), jakie spotkały mnie podczas tworzenia moich linii, zostały wynagrodzone, a wspomnienia z wielu dni spędzonych w lesie teraz wydają się bezcenne. Rzeczy przemijają: nie pamiętam, jakie siodło czy sztycę miałem cztery lata temu, ale doskonale pamiętam wnoszenie desek na szczyt, kopanie kolejnych elementów z całą ekipą, żeby stworzyć kolejną konstrukcję, która dostarczy nowych wrażeń.
 


Skąd brać na to chęci?

Po prostu z pasji tworzenia, z miłości do gór, rowerów – nie ma tutaj chyba jakiejś górnolotnie brzmiącej historii czy zewnętrznej motywacji. Uwielbiam jeździć na rower...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy