Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport , Otwarty dostęp

19 lutego 2021

NR 46 (Styczeń 2021)

Podwójny Everesting jest dla bab!

0 431

Bożena Gomułka, niewysoka, szczupła dziewczyna z Legnicy na Dolnym Śląsku zrobiła swój pierwszy Everesting, kiedy większość z nas chwaliła się przewyższeniami 2000 metrów na 100 kilometrach. Dawno. Wtedy mało kto słyszał o tym wyzwaniu. Dziś Everesting robią amatorzy i profesjonaliści z niemal każdego zakątka Ziemi.

Everesting od zawsze miał metkę najtrudniejszego kolarskiego wyzwania świata. I nie jest to subtelnie ukryta metka, wszyta gdzieś pod warstwami materii, to jak logo wyhaftowane na całej piersi fluorescencyjną nitką. Everestingu nie robi się po cichu. O tym ma wiedzieć cały świat, ponieważ nie cały świat potrafiłby tego dokonać. To jest naprawdę trudne! A co mówi świat, kiedy robisz podwójny Everesting? „Tobie jest łatwiej, bo jesteś lekka”. I to jest cholernie niesprawiedliwe!
Na czym to polega? Wybierz sobie podjazd, obojętnie jaki; sprawdź dokładnie, ile pokonasz na nim metrów w górę, od punktu do punktu, sprawdź to na mapie, od poziomicy do poziomicy, nie możesz popełnić tu błędu. Masz? Teraz oblicz, ile razy musisz go podjechać, by osiągnąć przewyższenie równe 8848 metrów. Ile Ci wyszło? Dużo, prawda? Nie, nie możesz zrobić tego na pętli, nie możesz zjeżdżać do doliny i wjeżdżać na zmianę na przeciwległą górę, musisz tłuc to na jednej drodze, na jednym podjeździe, takie są zasady! Czaisz? To chore, prawda? A teraz wyobraź sobie, że robisz to dwa razy z rzędu, bez przerwy! I co? Dziwne uczucie, prawda?

POLECAMY

Pierwsze próby

Zrobiłam drugi w życiu Everesting w lipcu 2020 r. Poprzedni zrobiłam w 2015 r. jako pierwsza kobieta w Polsce. Podjeżdżałam wtedy na Przełęcz Karkonoską na dwunastokilowym MTB i poszło bardzo gładko. W lipcu tego roku postanowiłam poprawić swój wynik, miałam już szosę, dobrze mi się na niej jeździło, miałam znacznie większe doświadczenie i, wydawać się mogło, lepszą nogę. Chciałam poprawić swój czas. Miałam w głowie nieśmiały plan, że jeśli pierwsze 9000 m pójdzie dobrze, może szarpnę się na podwójne wyzwanie. Ale to tak nie działa. Po pierwsze, nie poprawiłam wcale czasu, gdyż w tym wyzwaniu nie tak bardzo chodzi o szybkość, co o długość przerw, których domaga się organizm oraz o szybkość wznoszenia, czyli nachylenie podjazdu. Za wysoka prędkość na początku, nieodpowiednia kadencja, zła pozycja, niedopasowane do osobistych preferencji oraz dostępnych przełożeń nachylenie podjazdu i okazuje się, że lekki i szybki rower wcale nie pobije „muła”, gdyż „muł” potrafi się lepiej wspinać na strome. Po drugie, „nieśmiały plan” nijak się ma do jego realizacji. Na mojej lipcowej trasie (czeska strona Przełęczy Karkonoskiej) podwójny Everesting wymagałby przejechania ponad 700 km, a ja trochę źle na początku to obliczyłam. Mój support, czyli dwaj koledzy, już po pierwszym Everestingu byli znużeni i nie było w pobliżu żadnego wolnego hotelu, gdzie można by się przespać. To nie mogło się udać. Przejechałam 11 tysięcy metrów i zakończyłam wyzwanie. Podwójny Everesting to jest logistyczne przedsięwzięcie, którego nie da się zrobić z marszu na zasadzie „jak się uda, to zrobię” – mój ostatecznie kosztował mnie trzy nieprzespane noce, z czego dwie na siodełku. Trzeba być niesamowicie zdeterminowanym, mieć plan A i Ą, i B, i C, aż do Ż. Trzeba mieć świadomość, jak długo to potrwa, rozłożyć siły i cały czas patrzeć w punkt na końcu wyzwania – 17696 m w górę, nigdzie bliżej! Żadnych stacji pośrednich! Żadnych „zobaczymy, jak będzie”. Podsumowując, w lipcu zrobiłam drugi w życiu Everesting, ale w tamten dzień nie byłam jeszcze gotowa na podwójną próbę.

Nigdy nie będzie dobrego momentu

Tamtego ranka obudziłam się z opryszczką na ustach, choć właściwie „obudzona” byłam całą noc. No i proszę, problem z głowy – to nie jest dobry dzień na takie wyzwania. Trzeba to przełożyć – pomyślałam. Spałam źle. Koszmarnie. Stresowałam się. Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że nie należy planować godziny startu. Trzeba się wyspać, wstać, zjeść, spokojnie pojechać na miejsce, wsiąść na rower i zacząć jechać. To nie ma znaczenia, czy rozpocznie się o 7:00, czy o 15:00. Podwójny Everesting i tak zahaczy o dwie noce. „To nie jest dobry dzień” – mówię do mojego chłopaka, dotykając swędzącego znamienia na ustach (to jeszcze nie panika, ale presja, jaką czuję, jest ogromna), a on (to naprawdę ważne, by mieć obok siebie takich ludzi) zupełnie spokojnie odpowiada: „Nigdy nie będzie dobrego momentu”. Poza absolutnie złymi dniami każdy dzień jest równie dobry, ponieważ w żaden dzień to nie będzie znacząco łatwiejsze!

Sprzęt 

Pytam więc: Co Ci strzeliło w ogóle do głowy? Mark Cavendish mówi o Everestingu, że chyli czoła przed każdym, kto tego dokonał, bez względu na czas przejazdu, a za nim ustawia się cała kolejka prosów, z których każdy relacjonuje swój przejazd jako najtrudniejszą i najcięższą rzecz, jaką ma za sobą. Serio! Nikt o Everestingu nie mówi, że jakoś mu poszło. I wtedy wchodzi Bożena i robi podwójny Everesting na jakimś niepozornym podjeździe z Piechowic do Michałowic na skraju Karkonoszy. 
Bożena jedzie na klasycznym Specu, na szczękowych hamulcach, to żadna wyścigowa maszyna, ten rower nie pomaga ani na zjazdach, ani na podjazdach, można jedynie uznać, że stara się nie przeszkadzać. Jechałam praktycznie bez bloków. Wiedziałam, że prawie ich nie mam i kiedy ciągnę korby, buty czasem wypinają się pedałów, ale bałam się cokolwiek zmieniać bezpośrednio przed wyzwaniem. To mogłoby skończyć się bardzo źle. Siodełko, bloki i kokpit ustawił mi Jarek Dymek z Veloartu w Krakowie. To nie było tanie, ale uważam, że to była doskonała inwestycja w moje jeżdżenie. Miałam dwa liczniki. Mój Garmin robi mi czasem numery i nie chcę nawet wyobrażać sobie swojej reakcji, gdyby przepadł zapis mojego przejazdu. Przy takim zmęczeniu wpadłabym w histerię, każdy by wpadł i to nie jest kwestia płci. Poza tym trzeba uważać na nawigację, jeśli chodzi o zliczanie przewyższenia – niektóre urządzenia potrafią solidnie przekłamać, dlatego należy Everesting „obliczyć” na sucho, a Garmina czy Wahoo traktować z przymrużeniem oka. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że gdy już emocje opadną, minie zmęczenie, a ja z kalkulatorem w ręce uświadamiam sobie nagle, że do prawdziwego Everestingu zabrakło kilku metrów, że Garmin mnie oszukał. Chyba bym zemdlała.
 


Wsparcie

W Michałowicach na górze jest przystanek, tam zatrzymała się moja ekipa. Mieli namiot, kuchenkę, krzesełka i stamtąd prowadzili „kontrolę lotów”. Miejscowość dalej zarezerwowałam nocleg, żeby członkowie mojej ekipy wspierającej mogli się zmieniać i odpoczywać, bo oni też się męczą – po jakimś czasie też potrzebują odpoczynku. Podczas mojej próby towarzyszyła mi stała ekipa składająca się z mojego chłopaka, kolegi, mojego brata i rodziców. Kontrolowali liczbę przejazdów, podawali mi bidony, przygotowywali jedzenie – i co najważniejsze – rozmawiali ze mną. Bez tego nie wyobrażam sobie tego wyzwania, rozmowa z samym sobą jest dobra przez godzinę czy dwie, potem człowiek potrzebuje też innych bodźców i głosu rozsądku pochodzącego z innej, mniej zmęczonej głowy. Przez końcowe rundy moi rodzice jechali za mną samochodem i oświetlali mi drogę, żebym za każdym razem bezpiecznie zjeżdżała do doliny. 
Wsparcie było dla mnie też ważne, bo nie chciałam nikogo zawieść. Fakt, że wszyscy byli ze mną od początku do końca, że nie pojechali przeze mnie do pracy, był olbrzymią motywacją. A wierz mi, każdy najmniejszy bodziec jest niesamowicie potrzebny przy skrajnym zmęczeniu. Druga noc mnie wystraszyła: moje obliczenia gdzieś zawiodły i zmierzch zapadł w momencie, gdy ja miałam jeszcze daleko do końca wyzwania. Znałam ewentualne konsekwencje kolejnej nieprzespanej nocy i bardzo nie chciałam się z nimi zmagać. Doskonale wiedziałam, co się ze mną wtedy dzieje. Uratował mnie wtedy mój chłopak, który od zachodu słońca do końca mojej próby jechał ze mną koło w koło i rozmawiał ze mną. Bez tego byłoby ciężko.

Wyzwanie kalibru podwójnego Everestingu czy próby pobicia ustalonego czasu – nie ma szans bez wsparcia z zewnątrz. Podczas takiego wyczynu każda prosta czynność, jak np. napełnianie bidonów czy przygotowanie jedzenia jest obciążająca i przede wszystkim czasochłonna. Klasyczny Everesting to w przypadku mocnych amatorów 16–18 godzin spędzonych na wykonywaniu zadania, a to oznacza, że zadanie przeciągnie się na nocne godziny, jeśli zbyt wiele czasu traci się na postojach. Taki team zaufanych ludzi ma jednak wiele zadań, które trudno usystematyzować: to często umiejętność motywowania, rozmowy, to również samo zainteresowanie tym, co się dzieje, bycie – pewien rodzaj niewerbalnego wsparcia, który niełatwo opisać. Trzeba pamiętać, że team to często bliskie kolarzowi osoby, które się martwią i chcąc dobrze, mogą być dodatkowym niepotrzebnym obciążeniem. 
Gdybym mogła, zabroniłabym im mówić sobie, że źle wyglądam. Przecież to jasne, że po takiej liczbie kilometrów i braku snu nie wygląda się jak gwiazda wyretuszowana w Photoshopie. Zabroniłabym im komentować czasy moich poszczególnych przejazdów. Najlepsze są konkrety: pytania o to, czego się napiję, czy kupić mi coś do jedzenia i czy czegoś potrzebuję. Support musi być zorganizowany, muszą mieć wszystko pod ręką i bardzo ważne jest to, żeby oni sami nie tracili entuzjazmu. Patrzenie na zmęczenie swojej ekipy absolutnie nie pomaga. 
 


Przygotowanie

Zawsze dużo jeździłam. Całe moje kolarskie życie to góry i podjazdy. Uwielbiam podjazdy. Nigdy się nie zatrzymuję, zdobywam wszystko, co możliwe. Potrafię trenować na dziesięciokilometrowej pętli i tłuc tam stukilometrowe jazdy, siadam, wpinam się w pedały i jadę. Nie irytuje mnie monotonia, nie mam problemów z nudą. Jeżdżę t...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy