Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Turystyka

14 października 2020

NR 44 (Październik 2020)

Parowozy i enduro w Beskidzie Wyspowym

45

Przeczytałam o tym rok temu i od tamtego czasu nie potrafię przestać o tym myśleć. Wyobrażam to sobie. Szczegóły. Atmosferę. Nawet temperaturę. To najbardziej pobudzający moją wyobraźnię artykuł, jaki znalazłam kiedykolwiek w Internecie. Dociera do mnie, że my z naszymi GPS-ami, karbonami, primaloftami i kartami kredytowymi jesteśmy zwykłymi trzepakami, którym się wydaje, że rzucają się w wir przygody. Sterowani komputerowo, nawigowani przez satelity, zabezpieczeni przed chłodem i upałem. Nasi dziadkowie bez tego ekwipunku wciągali nas w tej materii lewą dziurką!

Czuję, że śnieg mam już głęboko pod spódnicą. Moje wełniane pończochy za chwilę będą nadawały się jedynie do powieszenia nad piecem. Nie jestem niestety pewna, czy wagony są wyposażone w piece i trochę się niepokoję. Wieje i termometr przytwierdzony do okna jednego z wagonów wskazuje -13°C. Peron jest uosobieniem pośpiechu i ekscytacji. Widzę czasem, jak spoglądają na mnie: kobiety, mężczyźni; też lustruję bacznie moich przyszłych towarzyszy podróży. Niektórzy już się znają. Mężczyźni częstują się jakimś napitkiem w metalowej butelce, którą podają sobie ukradkiem – pewno jakiś słodki likier. Wycierają sobie wąsy z uśmiechem, który pojawia się chwilę po tym, jak każdy z nich wybałusza oczy po pierwszym łyku. Musi być mocne! Wiem już, że warto było zapłacić parę złotych więcej krawcowi i gruba wełniana materia mojej purpurowej spódnicy będzie przebojem na białych stokach. Wszyte pod spodem pantalony dają teraz kojące poczucie komfortu. Może nawet odrobinę żałuję, że nie odważyłam się na spodnie. To byłaby awangarda: kobieta w spodniach! Na nartach! Wokół pachnie smołą i dymem. Parowóz wydaje dźwięki, które za każdym razem potrafią mnie wystraszyć. Za każdym razem widzę też innych, jak odskakują w popłochu, drepcząc śmiesznie nogami na oblodzonym peronie, kiedy spod lokomotywy wydobywa się świszczący obłok pary. Wsiadamy. Moja nowa spódnica podszyta pantalonami szeleści, gdy wspinam się na metalowe schodki podestu, ktoś wyciąga rękę z wnętrza ciemnego przedsionka, a ja przyjmuję tę pomoc z wdzięcznością. W głębi wagon jest ciepły i gwarny. Obsługa pociągu prowadzi mnie do mojego przedziału. Za chwilę pożegnamy Lwów i przez kolejne dni będziemy przemierzać linię Karpat, odwiedzając kolejne miejscowości i zażywając sportu na śniegu. Być może nauczę się telemarku…

POLECAMY

Widzę to! Autentycznie widzę ten pociąg pełen ludzi w tweedach, z policzkami czerwonymi od mrozu, którzy po całym dniu na śniegu wracają do swoich przedziałów rozentuzjazmowani. Nie idą po drodze na espresso, nie zatrzymują się na grzańca pod wyciągiem, nie grzebią w Google w poszukiwaniu knajpy z wysoką oceną na TripAdvisor, gdzie można by coś zjeść, nie zakładają słuchawek i nie odpalają Spotify, nie strzelają selfie z koleżankami, a wieczorów nie spędzają, oglądając Netflixa. Prawdopodobnie muszą użyć jakiegoś socjalnego fortelu, by umówić się na drinka z kimś upatrzonym na stoku, bo, jak by to ująć, nie wymyślono jeszcze Internetu i nie można tego załatwić przez fejsa! Spotykają się za to w „wagonie od kultury”, piją herbatę i likiery, grają w brydża, w bilarda i w madżonga (czemu by nie), demonstrują gleby, to znaczy upadki, flirtują, drzemią, uczą się skilla od wąsatych instruktorów w wełnianych kamizelkach, którzy wyjątkowo mają prawo obłapiać zamężne panie w biodrach, symulując skręt tułowia przy krystianii płużnej. Pociąg telepie się i stuka, pożerając tony węgla, następnego dnia rano ekipę na lekkim kacu przywita kolejny wesoły kurort, lokomotywa będzie odpoczywać, a państwo „sportować” na świeżym powietrzu. 

Niedawno odkryłam, że na skiturach da się jeździć telemarkiem i całkiem niedawno ktoś powiedział mi, że fragment starej linii kolejowej, którą kiedyś bogatsi obywatele II RP jeździli na narty, wciąż jest czynny i jeździ na niej parowóz ciągnący stare wagony. Był środek lata 2020 roku, istniały już GPS-y, karbony i internety, ale na krótkiej trasie między Chabówką a Mszaną Dolną wciąż kursował pociąg na czerwonych kołach. W dodatku odrobina uroku osobistego otwierała wagon trzeciej klasy, gdzie w luksusowych warunkach zmieściły się cztery fulle i czworo ich właścicieli. 

Chabówka – Mszana Dolna pociągiem retro

Na początek dostaję w twarz z liścia. Właściwie z całej gałęzi. Jedziemy, wydaje się, nie więcej niż 30 kilometrów na godzinę, pociąg skrzypi, a do wagonu dostaje się zapach dymu. Wychylam się przez okno i czuję drobne kropelki wody na twarzy. Na chwilę zagapiam się na coś przed sobą i wtedy dostaję – trasa jest tak mało uczęszczana, że zarasta ją zieleń; gdyby pociągi jeździły tu codziennie, pewnie nie pozwoliłyby drzewom tak się rozrosnąć. Wagon jest drewniany, przy oknach przytwierdzone są emaliowane tabliczki „Nie wychylać się”. Ciekawe, dlaczego. Pociąg co chwilę zmienia kierunek, gdyż trasa biegnąca doliną jest kręta jak płynący zaskroniec.

Pojedynczy tor, nad którym nie wisi trakcja – co za atrakcja! Trwają już covidowe wakacje i obsługa pociągu nosi maseczki. Ta równowaga okoliczności sprawia, że pociąg nie jest wypchany ryczącymi kolonistami, podróżuje nim zaledwie kilka rodzin z dziećmi i my – czworo rowerzystów eksplorujących w ten konkretny weekend szlaki Beskidu Wyspowego.

Z tym Beskidem Wyspowym to jest tak, że góry nie tworzą tu pasm, pomiędzy które wrzynają się ślepe doliny, szczyty wyrastają tu pojedynczo – zupełnie jak wyspy. Każdą z gór można właściwie objechać dookoła, poruszając się prawie płaskim terenem. Dziś nie planujemy dziesiątek kilometrów, Boguś wiezie w plecaku owsiane ciastka i swojską gorlicką tarninówkę, więc urządzimy sobie wycieczkę w stylu II RP: duża liczba przerw, rozmów o kulturze, literaturze i fotografii (czyli przegląd rowerowych blogów) oraz degustacja małopolskich trunków z domowej piwniczki. Wszyscy mamy świadomość, że nie ma się co żyłować, bo i tak będzie sporo wypychów. 

Na stacji w Mszanie Dolnej pociąg retro czeka 45 minut i wraca do Chabówki, 35 złotych, jakie płacimy za bilet, obejmuje również drogę powrotną. Nasz plan powrotu rowerami przez góry czyni z nas finansowych frajerów, ale przybliża nieco do idei narciarskiego pociągu – będzie sport i integracja społeczna. 

Mszana Dolna – Ćwilin

Zaczyna się asfaltem, który za miastem pnie się delikatnie w górę. Dopóki nie osiągniemy szczytu Ćwilina, nie będzie zjazdów. Po około 11 kilometrach asfaltu skręcamy w lewo w szutrową Drogę Różańcową na Ćwilin. Nawet jeśli na początku wygląda niewinnie, w lesie pokazuje rogi i nawet najwytrwalsi i najmocniejsi z nas fragmenty ostatecznie pokonują pieszo. Pod samym szczytem, już na łące Polany Michurowskiej, znajduje się małe źródełko ukryte w trawach. Trudno się w nim tankuje bidony, gdyż jest płytkie, ale woda nadaje się do picia. Na szczycie Ćwilina jesienią odbywa się co roku impreza kończąca sezon MTB w okolicy. Disco Ognisko odbyło się już 10 razy – nic dziwnego, szczyt jest rozległy, idealny na plenerowe imprezy miłośników gór i rowerów, i jest z niego widok na Gorce, Beskid Sądecki, a na zachodzie na Luboń Wielki – drugi szczyt na naszej trasie. Tam zdecydujemy, którym z soczystych traili zjechać w stronę Rabki. 

Ćwilin – Mszana Dolna

Rzeczywiście piknik na Ćwilinie miał w sobie nieco z dawnej turystyki. Leżeliśmy w trawie, ignorując natrętne myśli o kleszczach, nasze uzbrojone w GPS-y i karbony rowery leżały poza zasięgiem wzroku, a my delektowaliśmy się pogodą, owsianymi ciastkami i małopolskim domowym trunkiem. Tarninówka, którą Boguś z Gorlickich Ścieżek wiózł wytrwale w plecaku, miała wyborny śliwkowo-miodowy smak i sączyliśmy ją małymi łyczkami, mając na uwadze konieczność bycia sprawnym na czekającym nas zjeździe. Tego specjału nie da się przygotować tak łatwo w każdym zakątku Polski, gdyż tarnina, czyli kłujące krzewy obrośnięte jesienią małymi fioletowymi śliwkami, nie rośnie wszędzie. W Małopolsce jest jednak popularna. 

Nic, czego doświadczyłam w „moim” Beskidzie Śląskim podczas najsuchszych lat, nie przygotowało mnie na zjazd żółtym szlakiem z Ćwilina. Takiej ilości luźnych kamieni nie ma nawet na czerwonym szlaku z Klimczoka na Salmopol. Niby fajnie, ale nawet 150 mm dobrze ustawionego zawieszenia nie było w stanie uczynić tego zjazdu gładkim. Ta rąbanka nie przypadnie do gustu nikomu na sztywniaku, my na fullach cieszyliśmy się, kiedy nareszcie się skończyła. 

Po kamienistym zjeździe ze szczytu Ćwilina powrót do Mszany przebiega już dalej przyjemnym szlakiem wśród łąk i lasów. Trochę się gubimy przed samym miasteczkiem, usilnie próbując znaleźć ścieżkę, którą nikt z nas jeszcze nie jechał, ale zupełnie nam się to nie udaje i lądujemy przy strumieniu, który przy odrobinie skoczności można przekroczyć suchą stopą. Druga w ciągu dnia wizyta w Mszanie jest okazją na uzupełnienie kalorii – w pierwszej napotkanej knajpce rozsiadamy się na obiad i pochłaniamy pizzę oraz pierogi. 

Mszana Dolna – Luboń Wielki i 35% nachylenia

Nie mamy złudzeń, że pobyt w górach będzie wiązał się z podjazdami. Wiosenna wizyta na Luboniu pozostawiła w mojej głowie kilka wspomnień, które mój mózg umieścił w szufladzie z trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami – zanotował jednoznacznie, że Luboń oznacza stromizny, gdyż nawet szutrówki prowadzące na szczyt były strome i momentami ledwo podjeżdżalne. Fakt, że zjazdy z Lubonia opatrzone były w mojej pamięci motylkami, brokatem i jednorożcami, został zupełnie przez mój mózg zignorowany. Dla niego Luboń oznaczał ogień, czaszki i wypych! Mój mózg nie widział jednak podejścia na Luboń od Przełęczy Glisne! Wtedy być może umieściłby wspomnienia w szufladzie opisanej „Wstęp wzbroniony”. 

Droga na przełęcz jest zupełnie przyjemna – średnio uczęszczany asfalt, nachylenie wprawdzie nierelaksacyjne, ale da się jechać. Piotr na swoich cross-countrowych 26-calowych kołach ucieka nam na każdym podjeździe (może po prostu jest mocniejszy, ale ustalamy, że zwalimy to na gruby bieżnik w naszych oponach) i tym razem robi sobie z nas żarty, kiedy raz za razem zjeżdża do nas, kręcąc nam filmiki, jak bardzo się męczymy. Szlak w jakimś momencie odbija w lewo i kończy się asfalt. Paręset metrów wśród pól jest wciąż płaskie, ale już z daleka widać, gdzie zacznie się walka – równo z granicą lasu robi się pod górę. 

Podjeżdżanie to moje hobby. To dużo łatwiejsze niż zjazdy. Wystarczy mieć nogę i odrobinę poczucia równowagi. Ale na czerwonym szlaku na Luboń na nic się zdają wszelakie umiejętności i dobra kadencja. Kiedy dysząc po pokonaniu kolejnego gliniasto-korzennego progu patrzę w dół, mam wątpliwości, czy starczyłoby mi hartu ducha, by zjechać tamtędy na luzaka. Jest tak stromo i nieprzyjemnie, że w jakiś gorszy dzień nie miałabym ochoty mierzyć się z tymi przeszkodami na zjeździe. W górę, czerwony szlak oznacza bardzo mozolny wypych, a momentami wręcz wnoszenie roweru i dużo zdrowasiek, żeby nie zsunąć się po śliskiej glinie. Gdyby było mokro, musielibyśmy sobie chyba nawzajem pomagać. 

...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy