Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

13 lipca 2022

NR 60 (Czerwiec 2022)

Enduro w krainie Draculi

0 390

Film „Path Finder” z Mariuszem Bryją i Tomkiem Dębcem powstał w 2015 roku i był o kwintesencji rowerowej eksploracji: wdrapać się gdzieś i sprawdzić, czy da się stamtąd zjechać. Świt w dolinie i pierwsze oślepiające promienie słońca wychodzące zza grani, Ty masz rower na plecach i obserwujesz, szacujesz, czy ścieżka, którą pniesz się w górę, będzie zjeżdżalna. Ale nie chcesz jeszcze zjeżdżać, bo może po drugiej stronie przełęczy czeka coś jeszcze lepszego. Jesteś Ty, góry, przyroda, pogoda, wysiłek i skill, który musi Ci wystarczyć. Skurczenie się świata do tych kilku elementów rzeczywistości wycisza cały hałas codzienności. Nie ma w Polsce takich gór na rower, wszędzie czyha cywilizacja albo strażnicy parku narodowego. Takie góry są w Rumunii i aż proszą, żebyś przyjechał tam z rowerem.

 

POLECAMY

 

Epidemia zamknęła nas w domu na kilka ładnych miesięcy, wszystkie lokalne ścieżki zjechane były już setki razy, a głód wyjazdu oraz eksploracji rósł z dnia na dzień. Rumuńskie enduro nie było więc kwestią zupełnego przypadku, tym razem bowiem mieliśmy sporo czasu na wybór rejonu oraz znalezienie w nim ambitnych celów. Mariusz był głową całej operacji, bo znając niektóre rejony Rumunii ze zdjęć do „Path Findera”, wiedział, że jest tam czego szukać. Pozostało tylko dopiąć ekipę, znaleźć ciepły śpiwór, nasmarować łańcuch i w drogę!

 

Mikołaj Walczewski – świetny filmowiec z Zakopanego, z którym i ja, i Mariusz mieliśmy okazję współpracować, był częścią ekipy odpowiedzialnej za udokumentowanie wyjazdu. Ja zająłem się zapisywaniem wspomnień w nieruchomych klatkach, Mikołaj natomiast musiał nosić troszkę cięższy plecak ze swoją kamerą i wszystkimi niezbędnymi dodatkami. Był z nami również Andrzej Smreczyński, zakopiański Johny Bravo, wiecznie uśmiechnięty „young gun”, reprezentant nowego pokolenia enduro. Razem z Mariuszem Bryją tworzyli mieszankę śmiechu i definicji słowa enduro w każdym możliwym wydaniu.

 

„W planie jest zdobycie najwyższego szczytu Gór Rodniańskich, Pietrosul i najwyższego szczytu Rumunii, Moldoveanu w Górach Fogaraskich” – Mariusz oznajmił krótko – już wtedy wiedziałem, że przed nami kawał rowerowej przygody i nawet do głowy nie przyszło mi pytać, czy to realne. Miałem absolutne zaufanie do Mariusza i jego planów. W końcu to nie ja będę to zjeżdżać.

 

  

1. Droga na Moldoveanu to zmianiające się krajobrazy i nierzadko konieczność utraty wysokości. 
2. Dobry zjazd wymaga „dobrego" podejścia - ostatnie metry na szczyt Moldoveanu. 
3. Standardowy power nap w wykonaniu Andrzeja.
4. Pierwowzór podhalańskiego bacy w naturalnym habitacie. 

 

Śpij jak Jędrek

Ruszyliśmy z Podhala, przed wyjazdem nagromadziło mi się sporo pracy, więc pamiętam tylko moment wejścia do samochodu. Chłopacy mówili, że podróż przebiegła pomyślnie, mnie tylko bolały plecy od niewygodnej pozycji spania. Andrzej nie raportował tego typu problemów, ale wielokrotnie potem obserwowaliśmy go uprawiającego sportową odmianę power nappingu, polegającą na spaniu, gdzie popadnie, w dowolnej pozycji.

 

Jakoś przed południem dotarliśmy do miasta Borșa i odszukaliśmy szutrową drogę, która prowadziła do Parku Narodowego Munții Rodnei (Gór Rodniańskich). Wspinaczka z załadowanym sprzętem i ludźmi vanem skończyła się na potarganiu bieżnika w oponach – całkiem stromo tam mają! Najbliższy wulkanizator pomlaskał chwilę nad robotą i przekazał nam informację, że opony spokojnie są jeszcze zdatne do jazdy. W kolejnych dniach mieliśmy masę okazji, żeby przekonać się, że tak jednak nie były…


Ostatecznie, brnąc dalej w nasze zabawy w off-road, dotarliśmy do przełęczy Stiol i rozbiliśmy tam biwak. Mgła i deszcz powoli odpuszczały i pozwalały nam cieszyć się prawdziwie dzikim obliczem tego kraju. Poiana Stiol to przeogromna dzika hala, z której rozpościera się widok na okoliczne góry. Czasem przypałęta się jakaś krowa, czasem jest zupełnie cicho i pusto.
 

 

 

5. Pierwszy dzień objazd, chłopaki się rozkręcają. 
6. Ziomeczek osiołek spotkany podczas zjazdu z Moldoveanu.
7. Obozowanie w górach czyni życie pięknym.

 

 

Pietrosul, pierwszy atak szczytowy

Drugi dzień przywitał nas pięknym wschodem słońca, rozłożyliśmy stolik campingowy i siedliśmy do śniadania. Rozmowy głównie krążyły wokół tematu, co dzisiaj robimy i jaki szczyt zdobywamy. Mariusz jasno przedstawił plan zdobycia Pietrosul już pierwszego dnia, cytuję: Chłopaki, nie będzie łatwo, mamy kawał drogi do przebycia, ale jak się sprężymy, damy radę. Złożyliśmy camp, chłopaki szykowali rowery, a Mikołaj i ja myśleliśmy, jakie obiektywy wziąć do plecaka, żebyśmy nie musieli za dużo nosić. Z każdym krokiem/przekręceniem korbą Rumunia stawała się coraz piękniejsza. Po dwóch godzinach dotarliśmy na pierwszą grań, a ciągnące się w bezkres, aż do linii horyzontu, doliny i szczyty powiedziały nam jasno – to nie są małe góry.

 

Zrobiliśmy przerwę na lunch, a Mariusz wyciągnął mapę; zorientowaliśmy się, że Pietrosoul jest tak daleko, że ledwo go widać. Jednogłośnie zdecydowaliśmy, że zdobędziemy go następnego dnia od innej strony, a dzisiaj zrobimy dużą graniową pętlę, którą wrócimy do auta. Co 50 metrów spotykaliśmy coraz lepszy spot na zdjęcia, więc według obliczeń matematyków z AGH chłopacy, pozując do kadrów, podeszli dwa razy dłuższy odcinek, niż wynikało to z mapy.

 

Na szczycie zobaczyliśmy kolejne niesamowite doliny i szczyty do zjazdu. Andrzej rozmarzył się prawie tak bardzo, jak na myśl, co będzie robić na rowerze, który dostał na komunię. Spotkaliśmy tam lokalsa, który – jak mówił – zjeździł większość tych gór na rowerze i żebyśmy lepiej zjeżdżali tą samą drogą, bo inaczej czeka nas dużo sprowadzania. Mikołaj wyciągnął drona i postanowił nagrać przejazd granią, a ja już szukałem idealnego kadru. Mariusz zajarany, mówił, że ziemia i skały przyczepne i super mu się jedzie. W pewnym momencie zauważyliśmy, że lokals czeka, żebyśmy zjechali z kamiennej ścianki, która z góry wyglądała tajemniczo, bo lot z niej był trochę w nicość. Mariusz podjechał do skraju i poszedł w „otchłań” z bomby, a Andrzej bez szczególnej kalkulacji zrobił ten element za nim. Lokals, jak to zobaczył, stwierdził, że chłopacy jeżdżą na troszkę innym poziomie i nie miał więcej pytań.

 

Dalej było tylko stromiej i węziej, ale chłopacy byli uparci i zjeżdżali w takich miejscach, gdzie turyści schodzili na czworakach. Po zwiedzeniu kilku bacówek, przywitaniu się z krowami, świniami i końmi dotarliśmy do samochodu. Tam zrobiliśmy szybkie pakowanie i ruszyliśmy do Borșy w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Trafiliśmy na świeżo wykoszoną trawkę obok szop na siano i na sąsiada, który pozwolił naładować sprzęt fotograficzny w zamian za polskie piwko.
 

 

8. Przez większą część wyprawy czuliśmy się, jakbyśmy włamali się na rowerach do Tatrzańskiego Parku Narodowego.
9. Podczas zjazdu ze szczytu Pietrosul.
10. Droga na Moldoveanu czasami pozwalała na jazdę.

 

 

Pietrosul, drugi atak szczytowy

Kolejny dzień zaczął się od ponad dwugodzinnego podejścia po szerokiej, ale bardzo kamienistej drodze. Pierwszy przystanek był dopiero przy stacji meteorologicznej, gdzie wszyscy wyciągnęliśmy zapasy żywieniowe z plecaków, a towarzystwa dotrzymywał nam lokalny kociak. Dalsza jazda nie była bardziej ekscytująca: prosta 30 metrów, zakręt 180 stopni i tak 30 razy, czyli zakosy przez kolejną godzinę. Po wejściu na grań wydawało się, „że minuta osiem po płaskim i jesteśmy”, ale skały wielkości telewizorów szybko wybiły tę wizję z głowy.

 

Na szczycie standardowo szybka fotka, batonik, chwilka na podziwianie widoków i szukanie jeszcze lepszych zjazdów. Początek był bardzo szybki z dużą liczbą wybitek, a że Mariusz puścił przed sobą Andrzeja, który bardzo chciał pokazać, co umie, to chłopy leciały dobrym „śwungiem”. Później na trawersach Brajan jednak pokazał Młodemu, ile musi się jeszcze nauczyć, a Andrzej potwierdza, że na tym zjeździe zrobił więcej pivotów niż przez całe swoje życie.


Przy stacji meteorologicznej chłopacy odłączyli się od nas i pojechali jak najszybciej do auta gotować makaron z sosem, podobnie jak każdego dnia. Mikołajowi i mnie nie dane było takie szczęście i drałowaliśmy kolejne dwie godziny, aby dotrzeć do małego sanatorium, na którego parkingu znajdował się nasz obóz.


 

11. Dzikość Gór Rodniańskich i fragment zjazdu z Pietrosul. 
12. Skała, na której Brajan i Jędrek pokazują lokalesom, jak się jeździ. 

 

 

Wielkie góry

Czwarty dzień spędziliśmy w samochodzie, przemierzając kolejne pasma Karpat, mijając po drodze zamek hrabiego Draculi i zmierzając w stronę naszego największego wyzwania – Moldoveanu (2544 m n.p.m.), najwyższego szczytu Gór Fogaraskich i najwyższego szczytu Rumunii. Na nocleg zatrzymaliśmy się na kempingu w miejscowości Corbi, skąd następnego dnia planowaliśmy wbić oznaczoną drogą jak najdalej w góry i przeprowadzić atak na szczyt.

 

Miało być pięknie: wyjechaliśmy wcześnie, widoki były przednie. Czekała nas jednak jazda szutrówką, co do której Brajan miał trochę wątpliwości, ponieważ żadne zdjęcie znalezione w internecie nie dawało odpowiedzi, czy nasz van sobie tam poradzi. I po raz siódmy, wbrew temu, co zapewniał pan wulkanizator na początku naszego tripu, złapaliśmy gumę. Mariusz z Jędrkiem, jak w przypadku każdego z dotychczasowych defektów, zabrali się za wciskanie sztyftów do naprawy tubelessów w zlokalizowaną w oponie dziurę. Działało za każdym razem. Jedynie nasza sfatygowana już rowerowa pompka w połączeniu z energią Andrzeja dała tym razem za wygraną.

 

Spędziliśmy kolejne długie minuty na sklejaniu do kupy fragmentów pompki i naprawie koła. Kolejne kilometry przebiegły dość sprawnie, ale spore było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że obywatele Rumunii w dzień wolny od pracy też lubią chodzić po górach. Szutrowa, wąska na jedno auto droga prowadząca w stronę szlaku na Moldoveanu zaprowadziła nas na zawalony samochodami parking przy wejściu na szlak. Samochody zaparkowane były na przestrzeni dwóch kilometrów. Poczuliśmy się jak frajerzy, którzy w weekend wybrali się na wycieczkę nad Morskie Oko. W tamten dzień Góry Fogaraskie nie pokazały nam za wie...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy