Dołącz do czytelników
Brak wyników

Turystyka

27 czerwca 2019

Wielka pętla wokół Tatr (1 dzień na rowerze)

0 222

 

To się stało latem zeszłego roku. Borys nas zdradził - kupił szosówkę i zdjął daszek z kasku. Zgroza! Ku mojemu przerażeniu Jacek i Kisiel wkrótce dołączyli do schizmy. Zaczęło się niewinnie - czasem poranne przejażdżki na szosie, "gadki-szmatki", że to w sumie też fajne jeżdżenie, chociaż można rozróżniać grubość farby do malowania pasów na jezdni i takie tam. Lawina też czasem zaczyna się od małego kamyczka. A pożar od iskierki.

Od zawsze jeździliśmy na góralach. Dla większości z nas od nich ponad dekadę temu zaczęła się przygoda z rowerem . Z czasem sprzęt stawał się coraz cięższy i bardziej off-roadowy. O szosie owszem rozmawialiśmy, ale bardziej w kategoriach nabijania się z cienkich kółek i problemów z pokonywaniem pęknięć w asfalcie. Teraz muszę przyznać, że się wtedy wszyscy myliliśmy. Wąskie opony wcale nie zawężają horyzontów. A przygoda nie kończy się w miejscu, gdzie zaczyna się asfalt.

Pod koniec sezonu Borys rzucił hasło: - A może byśmy tak objechali Tatry dookoła?

- Człowieku, w jeden dzień? Ile to kilometrów?
- Koło dwustu. 
(Znacząca cisza)
- Łamiecie się, nie damy rady?
(Po chwili znaczącej ciszy)
- Kto nie da rady? My się łamiemy?

W ten sposób świt pewnej soboty w środku września zastał nas dojeżdżających do Zakopanego samochodami wypakowanymi cienkokołowymi przecinakami. Prognoza mówiła o pięknej słonecznej pogodzie 10-15 oC . Ale nie było nic o tym, że rano pod Nosalem będzie 1oC PONIŻEJ zera!

Gorączkowe poszukiwania ujawniły znaczące braki w garderobie. No to będzie ostry start. Według planu powinniśmy zatoczyć pętelkę kończącą się na tym samym parkingu pod Nosalem, który wybraliśmy, bo łatwo do niego dojechać omijając centrum Zakopanego.

Rozpoczynamy Drogą Oswalda Balzera i dzwoniąc zębami z zimna przejeżdżamy koło kaplicy na Jaszczurówce. Droga ma tam świeżo położony asfalt, biegnie gęstym lasem, a parę podjazdów i zjazdów zapewnia przynajmniej małą rozgrzewkę. W Wierchporońcu skręcamy w prawo na drogę (nr 960) prowadzącą do przejścia granicznego w Łysej Polanie. Koniec dobrego asfaltu. Dzwonieni zębami nie cichnie, ale teraz to już dzięki drodze. Póki co trwają małe ataki, próby sił i wyczuwanie przeciwników. Oficjalnie to wycieczka bardziej krajoznawcza, niż sportowa, ale wiadomo jak to jest, kiedy spotyka się czterech facetów.

Na granicy okazuje się, że Jacek nie wziął paszportu. Cóż za schematyczna sytuacja. Testujemy podejście z dowodem osobistym. To działa! Czujemy się bardzo unijnie. Z Łysej Polany jedziemy (droga nr 67) przez urokliwą wioskę - Tatrzańska Jaworzyna, za którą mamy pierwszy większy podjazd na Zdziarską Przełęcz (1080 m n.p.m.). Nie jest bardzo stromy, ale dość długi. Jakość drogi zmienia się właściwie tuż za granicznym szlabanem.

Niesamowite. Nasi drogowcy zawsze narzekają na warunki klimatyczne, ale Słowacy mają przecież takie same, nie?! To czemu u nich się da, a u nas nie?

Z przełęczy zjeżdżamy przez Zdziar aż do Tatrzańskiej Kotliny. Za wsią skręcamy w prawo na drogę nr 537. Do tej pory nie mieliśmy wielu okazji, żeby pooglądać góry, jednak teraz pokazują nam się Tatry Wysokie w całej okazałości. Przerwa na sesję fotograficzną. Jako pierwszy rozpoznajemy Lomnický Štit (Łomnica) o wysokości 2634 m n.p.m.

Jedziemy dalej lekko wznoszącą się, gładką jak stół drogą przez piękne uzdrowiska tatrzańskie: Tatrzańską Łomnicę, Starą Leśną i Tatrzańską Leśną. Następny przystanek wypada w Górnym Smokowcu przy rekomendowanym przez Borysa sklepie sportowym (po lewej stronie, przy samej drodze). Ceny są bardzo zachęcające i wybór spory. Po dokonaniu zakupów dojeżdżamy do Starego Smokowca. Tu zwyciężyło podejście wycieczkowe i zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę śniadaniową na tarasie z pięknym widokiem na okoliczne szczyty Wysokich Tatr. To był błąd, po takiej przerwie trudno ruszyć, ale na szczęście ta część trasy to prawie płaski odcinek przez Tatranské Zruby, Tatrzańską Polankę do Wyżnich Hagów. Droga aż od Starej Leśnej wiedzie lasami. Zaczyna się teraz bardzo długi i średnio stromy podjazd pod Štrbské Pleso (Szczyrbskie Jezioro).
Na skrzyżowaniu przed wjazdem do tej miejscowości po raz pierwszy krytycznie patrzymy na zegarki i decydujemy do samej miejscowości nie wjeżdżać. Za długo to śniadanie trwało. Jeżeli ktoś chce zaliczyć premię górską "pierwszej kategorii" to może dołożyć sobie ten kilometr. Wrażenia gwarantowane! Za przełęczą
rozpoczyna się najdłuższy w czasie całej wycieczki zjazd. Droga aż do Podbańskiej wiedzie cały czas lasami, jest dobrze wyprofilowana, więc prawie nigdzie nie trzeba hamować. Prędkości dochodzą do 80 km/h. Na gładkim asfalcie to wielka przyjemność.
Opuszczamy lasy i Wysokie Tarty. Na zjeździe grupka rozdzieliła się. W oczekiwaniu na maruderów rzucamy ostatnie spojrzenia na Krywań oraz w prawo, na Wołowiec. Mamy przed sobą najmniej ciekawy, płaski odcinek wiodący przez wsie Przybylina, Vavrisovo, Liptowski Peter, Liptowski Gródek (Liptovský Hrádok), Podtureń do miasta Liptowski Mikulasz.

W Liptowskim Gródku dołączyliśmy do drogi nr 18. W porównaniu do mijanych przed kilkoma godzinami kurortów w alpejskim stylu, Liptowski Mikulasz, który mijamy po chwili, to zupełnie nieciekawe miejsce. Postkomunistyczne blokowisko w sercu niesamowitych gór. Na skrzyżowaniu ze światłami za centrum miasta kierujemy się po łuku w prawo na drogę nr 584. Za Liptowskim Mikulaszem zjeżdżamy nad jezioro i koło Aquaparku "Tatralandia" zaczynamy przyzwyczajać się do podjazdów.

Słonko przypomniało sobie, że kalendarzowo to jeszcze lato i nadrabia poranne zaległości.  Roznegliżowani przejeżdżamy przez wsie Liptovský Trnovec i Liptovska Sielnica, za którą wybieramy drogę w prawo (nadal nr 584). Piękna wieś Liptowskie Maciaszowce (Liptovské Matiasovce) wita nas okazałym kościołem. Gdybyśmy mijając go wiedzieli, co nas czeka za kilka kilometrów, zapewne zatrzymalibyśmy się na kilka błagalnych modlitw. Zaczyna się zaraz podjazd będący "gwoździem programu" naszej wycieczki. Przy mojej przymałej ramie z wybitnie nizinnym "młynkiem" 42/23 nie mam innego wyboru jak zygzakowanie od krawędzi do krawędzi drogi. Na szczęście samochody zdarzają się raz na kilka, przeciągających w wieczność, minut. 

Na dystansie sześciu kilometrów mamy do pokonania 500 m przewyższenia. Sprawdza się stara prawda: "niewiedza jest błogosławieństwem"  - trasa jest świetnie wyeksponowana i cel widać na kilkanaście minut w przód. To nie dodaje sił.  W połowie pierwszej "długiej prostej", na której nie udaje się nam rozpędzić powyżej 10 km/h dochodzimy z niemałym trudem turystę ubranego tylko w krótkie spodenki i jadącego na niewiarygodnie obładowanym rowerze. Przełożenie ma chyba z 22/32, ale ciągnie ostro. Mijamy go pozdrawiając. Dojeżdżamy do mini-przełęczy w przekonaniu, że oto pokonaliśmy "gniew asfaltu". Dojeżdża turysta. Tak szybko? Myśleliśmy, że zostawiliśmy go daleko. Zamieniamy się momentalnie w wiwatujący mini-tłum w stylu Alpe d'Huez. Pytamy dokąd jedzie - Jadu na Prahu! Borys: Ale czemu z całym dobytkiem!? Musimy się jeszcze sporo nauczyć o szosie.

Jedziemy dalej i po kilkuset metrach okazuje się, że do Kwaczańskiej Przełęczy jeszcze daleko. Konsultacja z mapą odkrywa okrutną prawdę - zrobiliśmy dopiero ćwierć podjazdu! Przebycie następnego fragmentu trasy skwitujmy lakonicznie, że na szczęście każdy podjazd kiedyś się kończy i po nim następuje zjazd. Inżynier Borys rzuca tylko z podziwem fachowca: "Nawet nie przypuszczałem, że asfalt trzyma się przy takim nachyleniu! W Polsce spłynąłby!" Po 12 km zjazdu, we wsi Zuberec zatrzymujemy się na popas w restauracji po lewej, przy drodze - bardzo
dobre jedzenie i przystępne ceny. Uwaga na małe kamyczki na bitej drodze dojazdowej. Przy oponach o szerokości 18-23 milimetrów to poważne wyzwanie. Po, jak się okazuje, kolejnym zbyt długim odpoczynku wracamy na drogę nr 584 i jedziemy nią do Habówki (Habovka) znanej zapewne narciarzom odwiedzającym Rohacze, w której skręcamy w prawo w "nieudrozowaną pro zimu" drogę prowadzącą do Oravic. To pierwszy tego dnia na Słowacji odcinek ok. 4 km drogi z kiepskim asfaltem i dziurami. Jedziemy jak po zwykłej, polskiej drodze lokalnej. Przynajmniej żadnych samochodów. Po chwili asfalt się poprawia, zaczyna się jednak podjazd pod przełęcz Borik. Nie jest zbyt tr...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy