Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat , Otwarty dostęp

16 czerwca 2020

NR 40 (Czerwiec 2020)

Twarde serca ultrasów czyli magia długich dystansów

32

Wyobrażasz sobie coś takiego samochodem? Wsiadasz i jedziesz przed siebie. Cały dzień. Do porzygu. Aż absolutnie nie będziesz mógł dalej lub osiągniesz w końcu punkt z Twojego planu: jakąś stację benzynową, bar, schronisko. Nie czujesz tyłka, nie czujesz stopy, bo ma ona już kształt pedału gazu, Twoja szyja błaga o masaż, a samochód ma już powoli dość. Na szczęście możesz się w końcu przespać. Trzy godziny, nie można dłużej, bo goni cię czas, a właściwie nie goni, bo wcale nie musisz tego robić – to Twój wybór. Ale potem wstajesz i znów robisz to samo. To brzmi jak scenariusz dla szaleńca. Dlaczego zatem na rowerze zyskuje to sens?

To tylko SMS

Kiedy Michał Więcki jechał Trans Am Bike Race w 2019 r., pisałam do niego SMS-y na jego amerykański numer, który pojawiał się co jakiś czas na profilu społecznościowym Sanatorium wraz z zachętą, by puścić do Michała kilka słów otuchy. Czytałam relacje i pisałam. Nie pamiętam już co. Pewnie starałam się, żeby było niebanalnie i zabawnie, choć w sumie wiedziałam, że to nie mogą być długie wiadomości – nikt, kto ma do pokonania 4200 mil przez całe Stany, nie ma czasu na czytanie elaboratów. To miało być tylko wirtualne trzymanie kciuków z wykorzystaniem technologii GSM. Kiedy Michał ukończył wyścig, dostałam wiadomość z podziękowaniem. To było super – poczułam się jak kawałek jego historii, choć tu, w „prawdziwym życiu poza rowerem”, nie byliśmy nawet kolegami. 
Wyścig ultra oparty na idei samowystarczalności to nie brevet, nie wycieczka od świtu do nocy, gdzie na mecie czeka dom, wanna i kolacja. To długi wyścig, na którym można stracić rachubę czasu. To walka ze zmęczeniem, sennością, przeciwnościami losu, pogodą, nerwami, stresem, dziwną grą hormonów i czasem. Taka kompilacja nie występuje w czasie jazdy na 300 kilometrów. To niewyobrażalne, dopóki sam tego nie przeżyjesz, chyba że potrafisz dobrze słuchać i masz ogromne pokłady empatii. 
„Chciałabym coś takiego zrobić”, pomyślałam, gdy natknęłam się gdzieś przypadkiem na filmowy reportaż o Mike’u Cottym, który w 2013 r. ukończył liczącą 674 km trasę przez alpejskie przełęcze, pokonując tym samym ponad 16 tysięcy metrów przewyższenia w mniej niż półtora doby (dokładnie 33:39 h). 
Gość jechał w nocy, łapały go ulewy, mijały ciężarówki. Niewiele z filmu pamiętam, raczej migawki obrazów niż informacje. Najbardziej robił na mnie wrażenie upór kolarza, jego drżące z chłodu i zmęczenia ciało, a zaraz potem czerwona lampka jego roweru przesuwająca się wzdłuż alpejskich przydrożnych murków. Od tamtego czasu myślę, żeby zrobić coś podobnego. Wsiąść na rower i jechać, przespać się chwilę i znów jechać, aż nie dotrę do celu. Nie wiem, po co. Po to, by to zrobić. Bohaterowie moich wywiadów nie myślą o tym, nie są jak ja – oni to zrobili, i to nie raz!
 


Alina Kilian 

„Pięć dni w trasie wytrzyma każdy, kto choć trochę jeździ na rowerze” 

Alę osobiście znam rok, choć o jej istnieniu wiem znacznie dłużej. Pamiętam film, który nagrała podczas przejazdu przez Grecję podczas The Transcontinental Race (TCR) 2018 – zapłakana mówiła w nim, jak cholernie trudny dzień ma za sobą i jak bardzo ma dość. Zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie: trud tego, czego się podjęła, odwaga, by mówić publicznie o słabościach i pokazanie tych wszystkich emocji, które zwykle ukrywa się za drzwiami sypialni czy łazienki. To było mocne. Bardzo mocne! Jak scena z filmu Iñárritu, jak von Trier! 

Zmęczenie i emocje – fatalne połączenie. Jak to wygląda na wyścigach ultra?
W zwykłym życiu zwykłe zmęczenie sprawia, że potrafisz pokłócić się o pierdoły, przestajesz znać się na żartach, stajesz się przewrażliwiony i nerwowy. Podczas wielodniowego wyścigu stres i zmęczenie nie są takie jak w „zwykłym życiu”. Wszystko cię boli, mało i źle sypiasz, jesteś odwodniony i często głodny, goni cię czas. Pomyśl, co musi dziać się w głowie, kiedy na zjeździe w deszczowy wieczór pęka ci szprycha, a Ty nie masz wystarczająco dużo siły, by utrzymać w palcach uchwyt suwaka przy sakwie. Nie masz też do kogo zadzwonić, by zgarnął cię samochodem do domu, nie masz swojego mechanika, który naprawi ci to w pół godzinki, jesteś na totalnym zadupiu w pieprzonych górach i naprawdę nie wiesz, co robić dalej. Wtedy jedyne, co potrafisz, to po prostu wpaść w histerię. Tak zupełnie zwyczajnie, bez hamowania się, bez względu na to, ile mieszkańców wioski właśnie wyszło cię obserwować. Masz to totalnie gdzieś. Kiedy już się uspokoisz, stwierdzasz, że urwana szprycha wciąż pozwala ci jechać, wsiadasz na rower i kontynuujesz jazdę. Za chwilę wpadasz w taką euforię, że gdyby zobaczyli cię ludzie z poprzedniej wioski, ktoś na pewno zadzwoniłby po psychiatrę – istna choroba dwubiegunowa. 

Czy z czasem nauczyłaś się z tym sobie radzić?
Nie sądzę, żeby było możliwe przygotować się na to, co stanie się z tobą w stresie i zmęczeniu. Gospodarka hormonalna u kobiet jest bardzo skomplikowana i to, co dzieje się z hormonami przy skrajnym wysiłku, jest niemożliwe do sterowania. To się po prostu stanie, prędzej czy później wpadniesz w stan, którego nie będziesz umiała kontrolować. Widziałam też facetów, którzy płakali ze zmęczenia i nerwów. To się zdarza wszystkim. 

Co jest najcięższe w tak długich dystansach?
Najcięższy jest pierwszy tydzień, gdyż wszystko cię boli. Potwornie bolą mięśnie nóg i stawy, gdyż organizm broni się przed tak intensywną eksploatacją i pojawiają się stany zapalne, przez co właściwie trudno jest spać. Zaczynają doskwierać ci otarcia od siodełka. Mało się o tym mówi, ale rany na tyłku to główny powód wycofywania się z tego typu wyścigów. Po tygodniu stany zapalne ustępują, na tyłku masz już warstwę plastrów, które chronią przed kolejnymi urazami i zaczyna się „przyjemna” jazda. 
 


Nie byłaś bardzo doświadczona, gdy pojechałaś na swój pierwszy Transcontinental Race. 
Nie bardzo. Ledwie rok wcześniej kupiłam swoją pierwszą prawdziwą ukochaną szosę. Wcześniej jeździłam trochę na MTB i na ostrym kole. Ostre koło rzeźbi nogę i bardzo hartuje psychikę, zwłaszcza gdy jeździsz na nim po górach. W roku mojego pierwszego TCR wystartowałam też w Race Through Poland i ukończyłam go. Prawda jest jednak taka, że to diametralnie różne wyścigi. Race Through Poland jest krótki i uważam, że pięć dni w trasie wytrzyma każdy, kto choć trochę jeździ na rowerze. TCR to absolutna rzeźnia: długi, trudny, upalny (a chwilami potwornie zimny), wymaga niesamowitej kondycji fizycznej i psychicznej. 

Jak planujesz trasę? I z czego korzystasz, by ją odczytywać?
Jeżdżę z Wahoo i ładuję go z dynama, podobnie jak telefon, powerbank i przednią lampkę (moja tylna lampka jest na zwykłe baterie paluszki i uważam, że to świetny patent). Planowanie trasy przejazdu (TCR to ponad 4000 km) zajęło mi miesiąc i sądzę, że naprawdę dobrze to zrobiłam. Gdy jechałam pierwszy raz, wklepałam tylko punkty kontrolne w Komoota i uznałam, że to starczy, niestety, wiele razy wpakowałam się przez to w bardzo słabo przejezdne rejony. W ubiegłym roku dużo nad tym przesiedziałam, by mój przejazd uczynić sprawnym. 

Czego nauczyły Cię te wyścigi?
Tego, że naprawdę niewiele potrzebuję. Zwykle starczają zapasowe majtki, dwie pary skarpet i jedna koszulka, nie potrzebuję zbyt wielu kosmetyków, starczy krem z filtrem, żeby nie spaliło mi twarzy. To, co najbardziej mi się w tych wyścigach podoba, to ich dostępność, może w nich wystartować każdy: ten, kto chce wygrać i ten, kto chce się sprawdzić, czy w ogóle da radę (w TCR miejsce na liście startowej przyznawane jest na drodze losowania). Dla mnie to kwintesencja kolarstwa, jego pierwotna forma. Tak przecież wyglądały pierwsze wielkie toury. To jest prawdziwy sport – jest dla wszystkich. 

Paweł Piko Puławski

„To jest mój wybór”

Jest sobota, dziewiąta rano, rozmawiamy przez telefon. Dzień wcześniej też gadaliśmy, ja krzyczałam do słuchawki, bo z drugiej strony słyszałam wiatr – Paweł jechał właśnie na rowerze. „Jak to się zaczęło” – pytam. – „Od BMX-a”.
Paweł to facet, który wymyślił Race Through Poland (RTP) – jednoetapowy wyścig oparty na zasadzie samowystarczalności, obejmujący start, metę oraz cztery obowiązkowe odcinki specjalne, tzw. parkury. W tym roku plany pokrzyżował koronawirus, w ubiegłym majowa pogoda zgotowała uczestnikom piekielną przeprawę w deszczu i śniegu. Taki wyścig wymaga od organizatorów i uczestników wielu miesięcy przygotowań. W 2019 r. było tak trudno, że wyścig ukończyło 8 osób. To były dni, kiedy każdy cieszył się, że może siedzieć w domu, a oni wspinali się w marznącej mżawce na Stóg Izerski albo zjeżdżali z czeskiego Pradziada między oszronionymi krzewinkami kosodrzewiny. Zimni ogrodnicy – najokrutniejszy okres w roku, moment, w którym w duszy grają już świerszcze, a pogoda postanawia przypomnieć sobie styczniowe temperatury. Paweł nie jest facetem zza biurka, sam przejechał kilka podobnych wyścigów, których prestiż onieśmiela wszystkich świadomych, m.in.: The Transcontinental Race 2017 i 2019 (w czasie drugiego z nich poważny wypadek około 1000 km przed metą przerywa jego walkę o podium), The Indian Pacific Wheel Race w Australii, The TransAtlanticWay w Irlandii, i na początku 2020 r. The Atlas Mountain Race w Maroku. 
 


Zaczęło się więc od BMX-a?
Tak, dostałem go na urodziny od ciotki z Ameryki. Potem miałem jakąś starą szosę od ojca. Okres studiów to Wrocław, praca kuriera i ostre koło. To właśnie wtedy chyba wyrobiła mi się noga. Praca kuriera to 70–100 kilometrów dziennie. Sporo, zważywszy, że takich dystansów nie robią czasem regularnie trenujący kolarze. Nie byłem jednak wtedy jeszcze długodystansowcem. Stałem się nim dopiero, gdy w 20,5 godziny pokonałem drogę z Wrocławia do domu w Małopolsce. Na ostrym kole! Na jakieś święta. To był mój pierwszy naprawdę długi dystans – około 350 kilometrów. Potem trochę jeździliśmy z moją żoną Madzią z sakwami: wschodnia granica Polski, południowa, zawsze parę dni, czasem tydzień. Nie byłem wtedy jeszcze bikepackerem, nic nie wiedziałem na ten temat. Pamiętasz referendum w sprawie brexitu? Był rok 2016, był u nas mój kumpel Scott, gruchnęły wieści o wynikach i nieco się zasępiliśmy. Wtedy wymyśliliśmy naszą pierwszą wyprawę, od której właściwie wszystko się zaczęło. Parę miesięcy później przejechaliśmy rowerami z Anglii do Wrocławia, w ramach manifestu naszego żalu wobec budowania granic, których mogłoby nie być. Mieliśmy założenie, by zmieścić się w ośmiu dniach, więc zupełnie bezwiednie narzuciliśmy sobie charakterystyczny dla wyścigu reżim. Scott wcześniej podsyłał mi bikepackingowe filmiki, relacje z wypraw i wyścigów, które wtedy zaczęły właśnie zyskiwać na popularności, a mnie coś zaczynało powoli świtać. 

Wtedy zachorowałeś na ultra?
Chyba tak. Samą wyprawą zebraliśmy trochę kasy na Doctors Without Borders i zakończyliśmy ją imprezą zorganizowaną przez chłopaków z Bike Days - Festiwalu Filmów Rowerowych oraz pokazem filmu Melons, Trucks and Angry Dogs. To był film o the Transcontinental Race, a ja zostałem właśnie kupiony!

Rok później zaliczyłeś swój pierwszy start w TCR. Jechałeś w teamie ze swoim dobrym kolegą Emilem. Czy to było dzięki temu łatwiejsze?
Było dużo trudniejsze. Właściwie po dwóch dniach jazdy już nie byliśmy teamem. Ludzie często myślą, że w takim wyścigu najstraszniejsze jest zdanie na samego siebie, dlatego „kolega” wydaje im się wybawieniem. Prawda jest taka, że to właśnie poczucie bycia odpowiedzialnym za samego siebie jest w takich wyścigach najlepsze, a „źle” dobrany, nawet najlepszy kolega, czyni taki wyścig trudniejszym. Jazda w parze wymaga absolutnego zgrania, partnerzy muszą mieć podobne tempo jazdy, podobną potrzebę odpoczynku, wręcz podobny metabolizm. Odpoczynek jest przy takim wysiłku kluczowy i jeśli ktoś z pary potrzebuje go więcej, musi go otrzymać, nie można mu go odmówić. W takich momentach jedna osoba odpoczywa, druga niestety czeka. To rodzi frustrację po obu stronach, gdyż każdy chciałby dobrze, ale presja czasu nie znika. W drugim dniu, na jakimś postoju, po prostu o tym porozmawialiśmy, uznaliśmy, że trzeba się rozdzielić i trochę nas to kosztowało łez (naprawdę, mieszkańcy Trento mieli szansę zobaczyć dwóch facetów w lycrze płaczących na przystanku autobusowym). Obaj kontynuowaliśmy wyścig, już bez szansy na klasyfikację w kategorii par, ale wciąż walcząc o tytuł finiszera. Po rozs...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy