Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

10 maja 2019

NR 25 (Październik 2018)

Titicaca

0 156

Trasa jest prosta: z Limy na południe po wybrzeżu, w Camana odbijasz w lewo na Arequipę, dalej celujesz między dwa wulkany (Misti, 5822 m n.p.m.; Chachani, 6057 m n.p.m.) i wkrótce dojeżdżasz nad najwyżej położone żeglowne jezioro świata. Tysiąc pięćset kilometrów w poziomie, cztery i pół w pionie, pejzaże gratis: nie najgorszy pomysł, by spędzić trzy tygodnie życia.

 

W Limie ulice pachną Rozmową w Katedrze Llosy i trudno uwolnić się od tetrycznego „a dawniej...”. W tym wypadku jest: „a dawniej to się w Limie robiło literaturę, a teraz tylko hałas i burdel” – zupełnie tak, jakby w czasach młodości Mario Vargasa nie było samochodów, rozklekotanych autobusów i brudu. Lima la gris, czyli Lima szara. Nie spodziewaj się po peruwiańskim wybrzeżu turkusowej wody, kokosowych palm i złotego słońca, to nie Karaiby. Niemal na całej długości od Ekwadoru po Chile plaży towarzyszy zimny prąd Humboldta i chmury: tak i w Limie trudno o kontrastowe kolory. Miasto leży na skraju oceanu, utaplane w mżawce, spowite na dokładkę grubym kożuchem smogu dziesięciomilionowej metropolii.

Mówią, że brzydkie

I narzekają, że nudna. Ale jeśli poznałeś już Paragwaj czy Argentynę z ich drogami wąskimi jak palec, bardzo polubisz peruwiańską Panamericanę. Ruch na niej nieprzesadny – mam na myśli: gdy już oddalisz się na dobrych kilkadziesiąt kilometrów od stolicy – a przepastny pas awaryjny da Ci spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli masz koszyk czy sporą torbę na kierownicy, możesz na niej zainstalować książkę i czytać. Najlepiej książkę możliwie nową, bo ze starych lecą kartki, a przez następne 850 kilometrów będzie wiało prosto w twarz. Dość solidnie.

Nie wiem, czy męczysz się tak szybko jak ja, ale po dwóch dniach i dwustu kilometrach znajdziesz miłe miejsce, by odpocząć. Paracas jest lokalizacją ultraturystyczną i gdy tylko dojedziesz do miasteczka, przekonasz się o tym – hotele, restauracje, naganiacze, jeszcze więcej hoteli – i będziesz chciał uciec. I to się dobrze składa, bo w parku narodowym oddalonym o kilka kilometrów jest dość miejsca dla Ciebie i wielu podobnych. I dość, by wszyscy byli sami. Zabierz zapas jedzenia: istnieje spore prawdopodobieństwo, że będziesz chciał posiedzieć tam przynajmniej dobę.

Ocean płonął przede mną jak gigantyczne ognisko. Siadłem na drewnianej barierce i patrzyłem jak dogasał. Ptaki przecinały złote niebo: musiałem mieć usta otwarte z wrażenia, więc mogły przylatywać i karmić mnie jak pisklę, nie pamiętam. Cisza, pustka i surowy krajobraz ogrzany na chwilę zachodzącym słońcem. Mówią, że wybrzeże Peru jest brzydkie. Jest szare i zimne, to prawda, ale ma swój urok: pustynny majestat i powagę śmierci.

 

Powaga śmierci

Kości popakowano w kartony. W krypcie zachowały się ślady fresków, ale ludzkie resztki stoją na zewnątrz grobowców w sąsiedztwie opakowań po chipsach, plastikowych butelek i martwych gołębi. Ktoś znalazł kości twarzy – widać górną szczękę, nos, policzki – i położył osobno. Inni to potem oglądają: przy wejściu do zrujnowanego kościoła widziałem napis wydrapany na pamiątkę zeszłorocznej wizyty klubu seniora z Ica. Ale to nietypowy cel wycieczek: San Jose stoi na uboczu, wyspa kilkunastu domów na morzu zielonych winnic. To mogły być kości policzkowe inteligentnego spowiednika, który dawał dobre rady, prowokował przemyślenia. Albo szczęka zadufanego proboszcza, który przez całe życie ujadał jak wściekły pies na Bogu ducha winnych mieszkańców. A potem wszyscy o nim zapomnieli i teraz leży w sąsiedztwie śmieci i ptasich odchodów. Wybudował sobie pokaźną kryptę, żeby spoczywać w pokoju w eleganckim otoczeniu, ale nie wziął pod uwagę, że główna różnica między kapitalizmem neokolonialnym a feudalizmem katolicyzującym polega na tym, że ten pierwszy nie dba o kościoły.

Ci od linii też dawno już pomarli. Na pewno słyszałeś, prawda? O liniach z Nazca: figury, odwzorowania zwierząt i kwiatów ciągnące się na kilkadziesiąt metrów po pustynnej równinie. Będziesz pytał napotkanych: gdzie dokładnie są? Jak je zobaczyć? Nic się nie bój, przetniesz je w pół. „Ja?” – zapytasz. No Ty, Ty, jeśli będziesz dalej pedałował Panamericaną rozprujesz te zabytki sprzed dwóch tysięcy lat. Żeby nie wprowadzić Cię w poczucie winy: rozpruli je konstruktorzy autostrady, Ty im tylko zawtórujesz.

 

Wiatr

Za Pisco góry odsuwają się nieco od linii brzegowej. Droga nie ciągnie się już skrajem plaży: wjeżdża w głąb lądu i przez najbliższe trzy dni nie zobaczysz oceanu. Wieczorami wiatr bywa nie do zniesienia, jak ten, o którym pisze Wiśniewska (w HEN. Na północy Norwegii) w Vardo: „Można o nim napisać, że wieje bardzo mocno albo że nawet strasznie, że duje i dmie, i tak dalej. Ale on napier...a. I to tak, że w końcu chcesz się bić”. I zawsze czujesz, że przegrywasz. Możesz zbierać siły, możesz się mobilizować i się nie dawać, a on i tak, niewzruszony, będzie wiał od Talary po Tacnę, przez całe dwa i pół tysiąca kilometrów peruwiańskiego wybrzeża, prosto w twarz.

Na skrzyżowaniu z drogą w stronę portu stoi mała restauracyjka. Siadam za murem i nagle wszystko cichnie. Nagle się uspokajam, bo ten wiatr to coś, co trzyma Cię w ciągłym stanie napięcia. Wkładam czapkę (nie myślałem wkładać czapki na tropikalnej plaży, a jednak jest to konieczne), czekam na gwiazdy.

Do moich ulubionych kwestii żywnościowych w Peru – oprócz ceviche, tygrysiego mleka i ziemniaków w sosie serowym – należy fakt, że jest wybitnie łatwo zakupić świeżą bazylię: mniej więcej tak łatwo, jak w Polsce pietruszkę. Także: makaron, marchewka, pieprz czarny, awokado, mnóstwo świeżej bazylii, no i oczywiście oliwa z oliwek. Za plecami szarżują ciężarówki, w rękach aluminiowa menażka z harcerskiego na Grzegórzeckiej, poza tym piasek jak okiem sięgnąć. Spróbowałem i zaraz przypomniały mi się obiady w domu A. w Caracas. Włożyłem słuchawki, włączyłem Mi pueblo me hace cantar Ali Primera: „W moim miasteczku księżyc jest tak wielki i tak piękny, że koguty budzą się tylko po to, by mu zaśpiewać”. I nagle wokół urosły drzewa, zaszemrały potoki, zaśpiewały ptaki i rozniósł się ciężki zapach kakao. I zgoda, ja wiem, że z parmezanem byłoby lepsze, ale tak się składa, że na środku peruwiańskiej pustyni nie tak łatwo dostać parmezan. Co innego jeśli chodzi o oliwę.

 

Oliwa z oliwek

Na siedmiuset kilometrach między Ica a Arequipą nie ma miast, jeśli nie liczyć niewielkich Nazca (27 tysięcy mieszkańców) i Camana (13 tysięcy). Na trzystu kilometrach między Limą a Ica też jest pusto.

„Przetrwanie feudalizmu na wybrzeżu przekłada się na wątłość i ubóstwo życia miejskiego. Liczba większych miejscowości i miast na wybrzeżu jest nieznaczna. Natomiast wieś z prawdziwego zdarzenia niemal nie istnieje [...]”.

Tysiąc kilometrów pustyni przecinają co jakiś czas pasy dolin rzek schodzących z Andów. Każdą z nich wypełnia w sposób całkowity zielony owal plantacji.

„Miasta, zgodnie z prawami geografii ekonomicznej, powstają zazwyczaj w dolinach, w miejscu, gdzie przecinają się ich drogi. Na peruwiańskim wybrzeżu bogate i obfite doliny okupujące istotne miejsce w statystykach produkcji narodowej, nie powołały dotąd do ż...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy