Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

5 lutego 2021

NR 46 (Styczeń 2021)

Rapha Festive 500. Świąt nie będzie!

259

62,5 kilometra dziennie. Przez osiem dni. To łatwe, ale wcale nie musi się udać. Jeśli zabraknie jednego dnia, średni dzienny dystans do pokonania zwiększa się do 71,4 kilometra. Jeśli zabraknie dwóch – do 83,3.

Rapha Festive 500 – 500 kilometrów od Wigilii do Sylwestra, w osiem dni, w zimowej aurze, z barszczem, karpiem i makówkami w brzuchu i z brzęczącym w kieszeni telefonem: „Kiedy będziesz? Wszyscy czekamy”. Jeśli chcesz to zrobić, nie zapraszaj gości na święta, bo 500 : 5 = 100. Ile razy przejechałeś stówę w grudniu? Bo ja, dopóki nie przejechałam swojej pierwszej „rafy” – nigdy!

POLECAMY


Kto inny mógł to wymyślić jak nie Angole? Bez przerwy organizują te swoje charity ride’y, ciągle gdzieś się ścigają, biorą udział w wyzwaniach, nawet zawody przełajowe mają dziwne, bo ciągnące się przez 70 kilometrów po Wichrowych Wzgórzach Yorkshire. W dodatku (może nie wiecie) oni kochają robić coś wspólnie na rowerach, zresztą nie musi być na rowerach. Ten naród wykazuje niepohamowaną potrzebę bycia częścią masowej idei, jak chyba żaden inny mi znany, lubują się w świadomości, że ktoś obok (albo wcale nie obok) robi coś równie głupiego – to ich jednoczy. Dzięki Bogu za Anglików! W tym roku to wyzwanie najwytrwalsi będą mogli wykonać po raz jedenasty. Do tej pory partner wyzwania – Rapha – producent strojów kolarskich, w których występował kiedyś Team Sky, a obecnie EF Pro Cycling i Canyon//SRAM, na pamiątkę ukończenia rozsyłał do uczestników tkane naszywki. W tym roku, po 10 latach, taką odznakę będzie zdobywać się jedynie wirtualnie – na Stravie. 

 


 

 

 

 

Chyba nie masz rodziny

Rapha Festive 500 tkwi w mojej świadomości od 2013 r. Gdzieś, u kogoś z Wysp, kogo znam z internetu, mignęła mi taka właśnie tkana naszywka przyszyta do torby na kierownicy i historia, z której delikatnie wiało czymś w rodzaju dumy. Pogrzebałam w sieci, poczytałam, podrapałam się po głowie: „Nieźle, kurde! Pięćset kilometrów zimą, w święta!”. To było dla mnie niewyobrażalne: mój rower w taki czas od przynajmniej miesiąca wisiał już zakurzony na haku, ja miałam ręce w mące, na piecyku grzał się miód i przyprawy do piernika, ktoś dzwonił i pytał, czy chcę dorzucić się do prezentu. Jak w takim młynie wyjść jeszcze na cztery godziny na rower? Jak wytłumaczyć komuś, że wybiera się na jeżdżenie w pośniegowym błocie, zamiast kilku godzin z nim. I jak potem wrócić i wrzucić kilogramy brudnych ciuchów przesiąkniętych wodą, dymem i solą prosto w świątecznie posprzątany dom. Nie potrafiłabym tego komuś zrobić. Nie potrafiłabym też nikogo namówić, by zrobił to ze mną. Patrzeć na skulone ramiona, na śnieg topniejący na jego policzkach, na skostniałe palce, mokre buty i powiedzieć: „Hej, pojedziemy jeszcze tamten podjazd, bo to nam da dziesięć kilometrów więcej!”. Tylko sama sobie potrafię tak dokopać.

 

Bardzo mi to imponowało, miałam ogromną ochotę spróbować, ale wiedziałam, że to zupełnie nie dla mnie, przerastała mnie konieczność zmagania się z okolicznościami. „Gdyby choć było sucho i trochę cieplej... Albo gdyby choć nie było w tym czasie świąt…” – myślałam. A potem życie napisało swój scenariusz i, o dziwo, uwzględniło w nim moje nieśmiałe ambicje. W 2016 roku, w Wigilię zwyczajnie ubrałam rano możliwie najbardziej pogodoodporny zestaw, zgarnęłam z haka przełajówkę i wyszłam. Sypał drobny śnieg, wiało niemiłosiernie, a w lesie pełno było lodu. Po pięciu minutach użerania się z Garminem, który nie potrafił zrozumieć, co tu robi i czego od niego chcę, miałam ochotę wracać, ale zacisnęłam zęby i zrobiłam tego dnia 65 km z zastraszającą średnią prędkością 15 km/h. Rokowania były w fazie analiz, ale skoro mam już 65 km, to oznacza, że zostało mi tylko 435! Szkoda odpuścić. Przez kolejny tydzień pogoda wahała się od znośnej, przez złą, do koszmarnej, by dwa dni przed sylwestrem trochę przymrozić i pogłaskać słońcem. W pierwszych minutach 2017 roku, zjeżdżając w noworoczną noc z Szyndzielni, zaliczyłam piękną glebę z GoPro w ręce i byłam z siebie tak cholernie dumna, że fioletowy siniak na udzie nawet nieszczególnie mnie bolał. Czy wypełnienie tego wyzwania było łatwe? Nie było! Ale z drugiej strony było niezwykle satysfakcjonujące. Po raz pierwszy w życiu nie przytyłam w święta!

 

 

Wodoodporne gacie i plan

Wróciłam po pięciu godzinach jazdy w deszczu i błocie. Rozebrałam się w przedpokoju. Całkiem. Prosiak patrzył na to wszystko w admiracji. „Lubię takie błoto”, powiedział tylko, zerkając na kałuże czarnej wody spływającej z moich ciuchów i roweru. Prosiak jest z Ikei. Taki pluszowy. Najprawdopodobniej tylko ten fakt powstrzymał go od wytarzania się w tym bagnie. To był czas, gdy nie musiałam nikomu z niczego się tłumaczyć. Jeśli tylko nie byłam spóźniona na wigilijną kolację czy świąteczny obiad, nikt nie pytał, co robię. Siedziałam później przy stole lekko przygaszona, z czerwoną, piekącą od wiatru twarzą i załzawionymi oczami. Zupełnie bez wyrzutów sumienia pochłaniałam lukrowane ciastka i piłam dużo kompotu. A potem zwalałam się na łóżko, nastawiając tylko budzik na 7:00 i nabijając kawiarkę, by rano mieć mniej na głowie. W 2017 roku pogoda była naprawdę dobra: temperatury w okolicy zera, bez deszczu. Rok 2018 nie nadawał się w ogóle do tego wyzwania – padało przez wszystkie sześć dni, w które udało mi się przejechać moje 500 kilometrów. 2019 rok był chyba jeszcze gorszy. Jednak w żadnym z tych sezonów pogoda nie zrobiła tego, do czego czasem jest zdolna – nie przyniosła mrozów i śniegu. Wszystko zatem, co było potrzebne do wykonania tego zadania, sprowadzało się do planu, czasu, determinacji i… wodoodpornych gaci!


Mróz to okoliczność, która dla mnie byłaby nie do przejścia. Nie potrafię sobie wyobrazić, co musiałabym założyć na dłonie, aby być w stanie utrzymać kierownicę, gdy temperatura spadłaby poniżej -10°C, zresztą to samo pytanie dotyczyłoby stóp, twarzy, głowy, kolan, tułowia i tyłka. Nie wyobrażam sobie spędzenia kilku godzin na rowerze w takim mrozie, a przejechanie 500 km przy prędkości około 18 km/h wymaga spędzenia na rowerze 28 godzin. 28 godzin na mrozie? Nie! Czy zamarzła Wam kiedyś przerzutka? To awaria, której w żaden sposób nie da się usunąć, dopóki rower nie stanie w ciepłym pomieszczeniu. Jeśli szykujesz się na Rapha Festive 500, musisz zdawać sobie sprawę, że wcale nie musi Ci się udać. I to wcale nie musi być Twoja wina! 
 

 

 

 

 

Martyrologia z wyboru

Po pierwszym roku, w którym podjęłam wyzwanie, nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek to powtórzę. Ale gdy w kolejnych latach mijały mikołajki, na ulicach robiło się świątecznie, ja zdawałam sobie sprawę, że nie cieszę się na takie święta w komercyjnym tradycyjnym wydaniu. Łapałam się na zażenowaniu podobnym do tego, gdy startując w maratonie, miałabym nie podjąć rywalizacji n...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy