Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

10 czerwca 2022

NR 59 (Maj 2022)

Projekt Beskidy 5K, czyli po co naprawdę jest mała koronka

0 588

Jest taki niezwykle malowniczy skrawek Polski położony na styku Beskidu Wyspowego i Sądeckiego. Nie tak znany jak Sudety czy Podhale, ale to prawdziwy raj dla szosowych górali i miłośników jazdy do upadłego. Raj, w którym nie ma miejsca na monotonię, pełen fantastycznie pokręconych dróg i niezliczonych podjazdów, zaliczanych do najtrudniejszych w Polsce, które zmieniają się w ekscytujące zjazdy, bo płaskich odcinków jest tutaj jak na lekarstwo. A wszystko to na tle spektakularnych górskich panoram.

 

POLECAMY

Pomysł zaplanowania trasy stanowiącej esencję tego regionu przyszedł mi do głowy, gdy wracałem z jednej z kolejnych tras, jak za każdym razem wcześniej, ujechany na maksa, ale też napompowany wrażeniami po czubek kasku. Kiedy podzieliłem się pomysłem w redakcji, okazało się, że nasz współpracownik i tester Mateusz Skarżyński jest ekspertem od tych okolic, świetne orientuje się w bogactwie lokalnych dróg i zna wiele spektakularnych miejsc.

 

Po krótkiej licytacji stanęło na tym, że trasa powinna mieć około 200 kilometrów i 5000 metrów przewyższeń, czyli tyle, ile najtrudniejsze górskie etapy wielkich tourów, by, jak to określił Mateusz, mogła stać się „prawdziwie alpejskim przeżyciem”. Jednak to były tylko założenia, esencją miała być fantastyczna jazda po najatrakcyjniejszych drogach regionu i niezapomniane widoki. Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami trasę poprowadziliśmy drogami o znikomym natężeniu ruchu, a spora jej część wiedzie wręcz dróżkami, które dopiero niedawno pokryte zostały asfaltem, a o ich istnieniu wiedzą tylko lokalni mieszkańcy… oraz Mateusz.

 

Chcieliśmy, aby ta trasa była prawdziwym kolarskim wyzwaniem sezonu, do którego nie będzie można podejść bez przygotowania. Wersja ortodoksyjna przewiduje pokonanie jej w jeden morderczy dzień, wersja „dla zwykłych ludzi” to cudowny, ale wciąż wymagający weekend. Turyści rowerowi też sobie z nią poradzą, jeśli są gotowi na wysoki stopień trudności przeprawy. Niezależnie od tego, w jakim czasie zamierzasz ją przejechać, zdecydowanie warto wybrać dni z dobrą pogodą, bo tylko wtedy będzie można cieszyć oczy rozlicznymi górskimi panoramami stanowiącymi jedną z głównych atrakcji tego regionu.

 

Przebieg trasy jest mocno „pokręcony”, dlatego niezbędny jest plik z zapisem śladu trasy, który można znaleźć na profilu bikeBoard na Stravie lub pobrać gpx z naszej strony.

 

 

Złudnie łatwy początek

Start i metę zaplanowaliśmy na rynku Starego Sącza, sennego miasteczka z brukowanym rynkiem otoczonym niskimi kamieniczkami, którego historia sięga XIII wieku. Panuje tu małomiasteczkowy klimat i jest nieporównywalnie spokojniej i przyjemniej niż w pobliskim, dużym i ruchliwym Nowym Sączu. Samochód można zostawić na parkingu bezpośrednio na rynku, a w jednej z kawiarni wypić dobrą kawę na pobudzenie przed startem.

 

Zaproponowany przez nas punkt startu i kierunek jazdy uważamy za optymalny, bo dzięki temu stopień trudności łagodnie narasta, pozwalając dobrze się rozgrzać i oswoić z terenem, zanim zaczną się naprawdę trudne odcinki prowadzące do wielkiego finiszu, jakim jest zdobycie Przehyby.
Gotowi? No to ruszamy!

 

Pierwsze kilometry to doskonały asfalt szlaku Velo Dunajec. Poprowadzony wzdłuż rzeki omija całe ruchliwe i zatłoczone centrum Nowego Sącza i pozwala wykorzystać pierwsze 15 kilometrów na spokojną rozgrzewkę. Pierwszy z dwudziestu podjazdów, jakie czekają na trasie, zaczyna się jeszcze w granicach miasta, nie jest stromy, ale ma prawie pięć kilometrów długości, więc jest czas złapać rytm i oswoić się ze spokojnym kręceniem pod górę co bardzo przyda się w ciągu tego dnia. Droga łagodnie wprowadza na okalające Nowy Sącz wzgórza, skąd roztaczają się pierwsze rozległe widoki na dolinę Dunajca i położone w niej miasto oraz pobliskie pasma górskie. To jedank dopiero namiastka tego, co czeka w dalszych punktach trasy.

 


 

 


Z jeziorami w tle

Pierwszy poważny zjazd ma trzy kilometry, jest szybki i sprowadza do miejscowości o włosko brzmiącej nazwie Sienna. Krótki fragment wzdłuż doliny pozwala opaść adrenalinie, jest też dobrym momentem, by uzupełnić płyny i coś przekąsić przed następną dłuższą wspinaczką. Kolejny podjazd w skali całej trasy jest średnio trudny, ma niecałe 7% nachylenia, ale znowu prawie pięć kilometrów.

 

Nagrodą za jego pokonanie jest punkt widokowy „przy kapliczce”, z którego rozciąga się fantastycznie rozległa panorama gór na całym południowym i zachodnim widnokręgu, wraz z fragmentem położonego w dolinie Jeziora Rożnowskiego. Przy dobrej pogodzie horyzont na południu zamykają dobrze widoczne, skaliste szczyty Tatr. Zdecydowanie warto się tu zatrzymać chwilę dłużej i utrwalić te wspaniałe widoki. 
 

 


Spod kapliczki droga rusza w dół, należy do kategorii najbardziej lokalnych, ale jest dobrej jakości, więc zachęca do szybkiej jazdy. Trzeba jednak zachować rozsądek, bo zarówno ona, jak i dziesiątki jej podobnych, po których będziesz jeszcze dzisiaj jechał, nie powstały dla rowerów i nie wolno dać się uśpić wrażeniem ich całkowitego odizolowania od ruchu, by nagłe spotkanie z samochodem czy traktorem nie skończyło się tragicznie. Dwa kilometry szybkiego zjazdu sprowadzają nad brzeg jeziora, a krótki odcinek jazdy wzdłuż jego brzegu to dobry moment, aby rzucić okiem na to jedno z większych sztucznych jezior Małopolski.

 


Kolejny podjazd do wsi Glinik należy potraktować jak sprawdzian tego, co naprawdę masz w nogach. Ma wprawdzie niewiele ponad 2 km długości, ale pierwszy raz tego dnia zobaczysz na liczniku 20% nachylenia. Gdyby się okazało, że masz z nim trudności, warto poważnie się zastanowić, czy w dalszej części trasy nie pominąć najtrudniejszych odcinków, aby nie zmieniły się w niepotrzebną mordęgę. Listę sugerowanych modyfikacji zamieszczamy na końcu.

 

Kolejny dość długi zjazd to chwile zasłużonego wytchnienia, po którym znowu lądujemy nad brzegiem jeziora. Przejazd wzdłuż Zatoki Bartkowskiej w sezonie może być ruchliwy, bo zlokalizowane jest tutaj mnóstwo domów wypoczynkowych, jednak to niecałe dwa kilometry, po których droga znowu zaczyna łagodnie piąć się w górę, szybko oddalając się od jeziora.

 

Trasa prowadzi do Rożnowa, a dalej na Habalinę, kolejną z serii spektakularnych miejscówek Pogórza Rożnowskiego. Wspinaczka zaczyna się łagodnie, ale niech Cię to nie zwiedzie, bo na kolejnych dwóch kilometrach droga wspina się o 150 metrów w pionie i tylko przekłamujące wypłaszczenia obniżają realną trudność podjazdu, którego nachylenie momentami ponownie sięga niemal 20%. Jednak pokonanie tego odcinka już niedługo zostanie w pełni zrekompensowane fascynującą panoramą na pozostawione w oddali Jezioro Rożnowskie oraz na otwierające się przed nami Jezioro Czchowskie. Jest to wyjątkowo piękne miejsce do krótkiej kontemplacji, a w sezonie letnim świetne miejsce na uzupełnienie kalorii pod postacią czereśni, które na tym wzniesieniu rosną wyjątkowo chętnie i dorodnie.

 

Droga prowadząca przez jakiś czas łagodnie szczytem wzniesienia nagle rozpoczyna prawdziwy rollercoaster, momentami rozpędzając rower do nieprzyzwoitych prędkości. Obfituje w liczne zakręty, hopki i fragmenty gorszej nawierzchni, dlatego radzimy zachować czujność, bo to dość wymagający fragment trasy. Zjazd kończy się w malutkiej miejscowości Tropie nad brzegiem Jeziora Czchowskiego, a trasa wiedzie na kładkę, którą, po raz pierwszy tego dnia, przekraczamy Dunajec. Długa na 150 metrów, wisząca konstrukcja niezaprzeczalnie jest urocza, chociaż przejazd po odczuwalnie bujającym się pomoście może trochę podnieść poziom adrenaliny.
 

 

1. Panorama  Pogórza Rożnowskiego i Wiśnickiego z punktu widokowego „przy kapliczce”.

 

2. Widok na pasma Radziejowej i Lubania oraz Pieniny spod krzyża w Młyńczyskach. 

 

 3. By zobaczyć taki widok na zatokę Bartkowską i Małpią Wyspę na jeziorze Rożnowskim, trzeba zaraz za rondem odbić jakiś kilometr  w górę od trasy. Jednak moim zdaniem zdecydowanie warto.

 


Śliwkowy Szlak

Jakkolwiek niewinnie brzmiałaby jej nazwa, to kolejna część trasy biegnąca przez obszar dwóch pasm otaczających dolinę rzeki Łososina obfituje w niezliczoną liczbę sztywnych, prowadzących niemal w linii prostej podjazdów, często swoim nachyleniem zbliżających się do 25%, a dzięki tym „atrakcjom” odziera ze złudzeń i bez litości weryfikuje, coś jest wart. Warto wiedzieć, że obszar ten oprócz doznań czysto kolarskich oraz dużych walorów widokowych skrywa też prawdziwy skarb tego regionu, jakim jest śliwka sechlońska, czyli suszone owoce śliwy domowej produkowane metodami tradycyjnymi wyłącznie na terenie kilku okolicznych gmin i certyfikowane Oznaczeniem Geograficznym Unii Europejskiej.

 

Osobom zaciekawionym tym produktem polecamy wypatrywać charakterystycznych budowli – suszarni do śliwek, które wraz z licznymi sadami nisko przyciętych drzew nadają okolicy spokojny, przytulny i lekko senny klimat. Czasu na delektowanie się nim będziesz miał dużo, bo na początek czekają Cię dwa podjazdy o długości 4–5 km i średnim nachyleniu ponad 5%, przedzielone równie długimi, szybkimi zjazdami.

 

Tak wygląda jazda w tym rejonie: jeżeli się nie wspinasz, to lecisz w dół, płaskich odcinków jest jak na lekarstwo. Ale za to są nagrody, z pierwszego wzniesienia czeka wspaniały panoramiczny widok na malowniczo usytuowaną Iwkową, wspinając się na drugi, można podziwiać zaskakująco malutkie samochody sunące doliną Łososiny ponad 200 metrów niżej, a na szczycie polecamy zatrzymać się przy kapliczce, skąd roztacza się fenomenalny widok, wyjątkowo w kierunku północnym, na bardziej płaską stronę Małopolski. Karkołomny zjazd – atrakcja dla lubiących puścić hamulce i niebojących się prędkości – w środkowej części ma „siodełko”, w którym licznik przebija 70 km/h, kończy „eksplorację” północnego pasma i sprowadza do doliny Łososiny.

 

Kolejnym punktem programu jest podjazd na Oślak po jego południowej stronie, zdaniem Mateusza jeden z najciekawszych odcinków i pierwsze prawdziwie „alpejskie” doświadczenie tego dnia. Łagodne, kilkuprocentowe wprowadzenie biegnące wzdłuż zabudowań i wesoło szemrzącego potoku stopniowo zmienia swój charakter, dolina wyraźnie się zwęża, a nachylenie brutalnie zaczyna weryfikować siłę charakteru. O ile cały podjazd ma 5,5 kilometra długości, o tyle największe natężenie trudności ma miejsce w jego końcowej fazie, ostatnie 1,5 km ma średnie nachylenie zbliżające się do 15%, a momentami przekracza 20%. Niestety widok jest mocno zamknięty i po osiągnięciu szczytu nie czeka nas niewymowna panorama, ale samozadowolenie z pokonania trudności powinno zrekompensować to z nawiązką.

 

Na szczycie warto złapać kilka głębszych wdechów, z doświadczenia wiemy, że na końcu może się zrobić ciemno przed oczami, a te muszą być sprawne, bo właśnie zaczyna się gwałtowny i dość niebezpieczny zjazd. Dodatkową przeszkodą jest to, że początkowo idealnie gładki asfalt, na którym można się rozpędzić, gwałtownie się urywa i krótki fragment trzeba przejechać po ziemnej drodze z luźnymi kamieniami. Nie ma problemu, aby pokonać go na szosowych oponach, trzeba tylko mocno zwolnić i zachować uwagę. Po około 200–300 metrach asfalt powraca i można kontynuować zjazd, łapiąc oddech przed kolejnym bardzo przyjemnym akcentem, jakim jest stromy, aczkolwiek niezbyt długi kolejny „alpejski” podjazd w okolicy góry Korab, prowadzący drogą przytuloną do łagodnie opadającego stoku pomiędzy pastwiskami pełnymi ciekawsko spoglądających krów i koni.

 

Dalszy fragment to kilka kilometrów trudnego technicznie zjazdu do samej Laskowej, małego miasteczka, gdzie jest okazja uzupełnić zapasy albo zjeść coś energetycznego, korzystając z oferty kilku punktów gastronomicznych. Po odpoczynku niepozorna droga poprowadzi na przełęcz Widoma, na którą z centrum Laskowej jest tylko 2,5 km, ale średnie nachylenie wynosi 9%, a podjazd kończy krótka, ale bardzo „treściwa” ścianka. Przełęcz to kolejny świetny punkt widokowy, z którego na jedną stronę widać wschodnią część Beskidu Wyspowego, a na drugą pełną panoramę pasma łososińskiego, przy dobrej pogodzie widać stąd także Tatry. Z przełęczy zaczyna się długi, pięciokilometrowy szybki zjazd, na którym zachowanie rozsądku będzie jednak bardzo wskazane, bo droga jest dość ruchliwa, ma kilka ostrzejszych zakrętów, a asfalt miejscami nie jest rewelacyjny.
 

 

4. Malowniczy odcinek za Kicznią, tuż przed zjazdem do Kotliny Łąckiej.

 

5. Ostatni fragment podjazdu pod krzyż milenijny w Młyńczyskach, w tle szczyt Ostrej.  

 

6. Bufet z widokiem na Pieniny z tarasu schroniska na Przechybie. 

 


Piekło Laskowej

Droga do kolarskiego piekła prowadzi przez dwa mosty, najpierw na Łososinie i zaraz potem nad Załpieńskim Potokiem. Jest wąska, niepozorna i szybko niknie między drzewami, ale to właśnie tutaj zaczyna się najbardziej stromy asfaltowy podjazd w Polsce! W rankingu najtrudniejszych podjazdów na stronie altimetr.pl zajmuje dopiero 22. pozycję, ustępując miejsca wielu bardziej znanym miejscówkom w Karkonoszach, Izerach czy pobliskim Beskidzie Sądeckim, ale to dlatego, że podjazd w Laskowej ma „tylko” kilometr długości. Segment na Stravie jest nawet krótszy i liczy 870 metrów, jednak jego nazwa „Rzeźnia w Laskowej (30%)” jest aż nadto wymowna.

 

Laskowa to polska „jedynka” w kategorii największe nachylenie na jednym kilometrze – 18,9% i na 500 metrach – 24,9%, na 100 metrach dochodzi do 27,9%! Wartości trudne do wyobrażenia, jeżeli wcześniej nie doświadczyło się czegoś zbliżonego. Jak każde prawdziwe zło zaczyna się dość niewinnie, nachylenie wprawdzie szybko dochodzi do jakichś 15%, ale droga, wijąc się między drzewami i domami, odsłania tylko krótkie fragmenty, jest ciężko, ale nawet przeciętny kolarz powinien dać radę. Jednak zmęczenie narasta, w rezerwie nie ma już lżejszych przełożeń, a nachylenie cały czas rośnie i końca nie widać.

 

Po pewnym czasie droga wyjeżdża na otwartą przestrzeń, a przed oczami ukazuje się bardzo długi odcinek, pnący się jakby pionowo w górę. Trzeba mocnej psychy, aby nie odpuścić w tym miejscu, kiedy okazuje się, że ten pierwszy fragment to była tylko rozgrzewka, a prawdziwy podjazd zaczyna się dopiero teraz! Rozpoczyna się walka o każdy obrót korbą i oddech, mięśnie palą, tętno dobija do maksimum, a mimo to ma się wrażenie, że widoczny wysoko ponad głową szczyt się nie przybliża. Jeżeli zdołasz spojrzeć na licznik, to zobaczysz, że nachylenie cały czas rośnie 20… 25… 28%, w krytycznym punkcie na chwilę przekracza 30%!

 

Cisnąc w pedały jak na siłowni, trzeba umiejętnie balansować, aby nie stracić równowagi, dociskać przednie koło do asfaltu, a jednocześnie uważać na nawierzchnię, bo często po opadach jest zabrudzona piaskiem i drobnymi kamyczkami, a w takich warunkach oślizgnięcie koła oznacza koniec jazdy. Jeżeli się zatrzymasz, to przy takim nachyleniu w blokach szosowych jest koszmarnie trudno utrzymać przyczepność, jedyny ratunek to jak najszybsze zejście na trawiaste pobocze.

 

Widziałem filmiki, gdzie ludzie pchali rowery, idąc w skarpetkach! Kilometr w tych warunkach wydaje się całą wiecznością, chociaż wg Stravy najlepszy potrzebował na jego pokonanie zaledwie 5 minut i 28 sekund. Czapki z głów dla niego i każdej z 166 osób, które były w stanie wyjechać ten podjazd bez zatrzymania, wśród nich także Mateusza, który dłuższy czas miał na tym podjeździe KOM-a i dopiero w zeszłym roku został zdetronizowany i spadł na drugą pozycję.

 

Niezależnie jednak od tego, czy Ty pokonasz Laskową, czy ona Ciebie, na pewno jest to jedno z tych kolarskich doświadczeń, które na trwale wyryją się w pamięci, chociaż za ten morderczy wysiłek Laskowa nie nagradza żadnym szczególnym widokiem, jest to czysto kolarskie wyzwanie! Po przełamaniu nachylenie zaczyna szybko maleć, droga jeszcze chwilę pnie się łagodnie w górę, a następnie zaczyna opadać, a długi zjazd przez las prawie do samej Limanowej to zasłużony odpoczynek dla każdego, kto wydostał się z piekła Laskowej.

 

 

Na trasie wyścigu górskiego i w stolicy kwitnących sadów

Limanowa to jedyne większe miasto na trasie z bazą gastronomiczną, więc jest dobrym miejscem na porządny bufet oraz uzupełnienie zaopatrzenia przed dalszą jazdą. Do pokonania zostało jeszcze trochę ponad 80 kilometrów, ale także 2200 metrów podjazdów, w tym ten najdłuższy na Przehybę, więc będzie jeszcze co robić. Przed Tobą przełęcz pod Ostrą, czyli kolejny z podjazdów w „alpejskim” stylu. Droga zaczyna się łagodnie wznosić, jeszcze zanim miniemy ostatnie zabudowania Limanowej, ale faktyczny podjazd zaczyna się dopiero od Starej Wsi, skąd na szczyt jest 7 km ze średnim nachyleniem 5%.

 

Ciekawostką jest to, że większa część tego odcinka to drogowy tor samochodowy, jedna z rund Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski. Informuje o tym duża tablica na poboczu, ale o tym, że nie jesteśmy na zwykłej drodze, można się też łatwo zorientować po jej większej szerokości, bardzo dobrej jakości asfaltu, wzmacnianych, podwójnych barierach ochronnych i biało-czerwonych bandach wypełniających wnętrza ostrzejszych nawrotów. Mimo tak świetnej drogi ruch na tym odcinku jest niewielki, więc można spokojnie pokonywać kolejne kilometry, próbując wyobrazić sobie, że aktualny rekordzista Włoch Christian Merli za kierownicą samochodu Osella FA30 pokonał ten podjazd w niecałe 2 minuty ze średnią prędkość 174 km/h! Najlepszy z odnotowanych na Stravie kolarzy potrzebował na to 15 minut i 3 sekund.

 


Przełęcz pod Ostrą wyłania się trochę z zaskoczenia zza jednego z kolejnych zakrętów. Nie jest spektakularna, ale nic straconego, bo dobry punkt widokowy jest na zjeździe, kilometr niżej. Chwilę później dojeżdżasz do centrum niewielkiej miejscowości Młyńczyska, w której zaczyna się jedno z najtrudniejszych wyzwań. Podjazd prowadzi na jedno z okalających miejscowość wzgórz, które wyróżnione jest małym krzyżem. W rzeczywistości krzyż nie jest taki mały, ma 13 metrów wysokości, tylko oddalony jest o półtora kilometra i prawie 200 metrów wyżej, a trasa przebiega dokładnie u jego podnóża. Nie jest to powtórka Laskowej, bo tutaj nachylenie dochodzi „tylko” do 25%, ale i tak trzeba się porządnie spocić, zanim krzyż zacznie się zauważalnie powiększać, a ostatnie 200 metrów jest oczywiście najgorsze.

 

Gdy w końcu staniesz na wąskim grzbiecie, przed oczami otwiera się kolejna ze spektakularnych panoram, tym razem na pasma Radziejowej i Lubania, Pieniny oraz Tatry. Wyrównując oddech, warto też popatrzeć za siebie, na równie plastyczny i rozległy krajobraz doliny, z której przed chwilą zaczynałeś podjazd z górującym nad nią szczytem Ostrej. Zjazd na drugą stronę to chwila odpoczynku przed ponownym zdobywaniem grzbietu, nazywanego przez miejscowych pasmem Jasieńczy...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy