Dołącz do czytelników
Brak wyników

Felieton

1 grudnia 2021

Od redakcji #11-12/2021

0 95

Zszedłem do piwnicy. Wodoodporna odzież zwisała z kierownic podwieszonych za przednie koła rowerów. Była sucha. Włożyłem szeleszczące spodnie, a na podłogę strzepnąłem drobne ziarna wyschniętego błota. Podszedłem do regału i odnalazłem małą walizeczkę. Jak w filmach o odkrywaniu skarbów zdmuchnąłem z niej kurz. Ostatnio używałem lampy w czasie wiosennego lockdownu, ale włączyłem test baterii i z zachwytem ujrzałem, że jest 75%.

 

POLECAMY

 

 

Przymocowałem uchwyt do kasku i zdjąłem brudny rower z haka. Opalizująca otoczka pieściła rogal księżyca i nie padało. To był jedyny plus. Na ścieżce odnalazłem się wewnątrz jasnej sfery zbudowanej ze światła lampki. Wrażenie napierania ciemnego świata na moją małą intymną bańkę nie było przyjemne. Bardzo powoli rozgrzewałem się, a para z ust podświetlana przez czołówkę utrudniała rozróżnianie szczegółów. Z niepokojem obserwowałem, że nie jestem sam, przez snop światła przebijały się natrętnie białe owady, a w oddali błyskały czyjeś oczy. Przed zjazdem wcisnąłem guzik i moja sfera nieco się powiększyła. Naparłem na zjazd ze zwykłą prędkością, ale nie czułem się komfortowo. Kontrast na przeszkodach pogłębiał ich wielkość, a zakres patrzenia wydawał mi się za mały.

 

 

Zwolniłem i niepewny ruszyłem na wprost wyzwaniom. Pierwsza z przeszkód najechana była zbyt wolno, zakołysało mnie i do drugiej dojechałem już całkiem niedobrze. Ten element trzeba przejechać na ślepo, bo nawet w dzień nie widać wyjazdu. Najszybciej i paradoksalnie najbezpieczniej jest tę skałę przeskoczyć, wiedząc, że ścieżka za nią jest przejezdna i starcza miejsca na skontrolowanie prędkości przed małym zakrętem i wjazdem na kolejne wąsko ustawione skałki. Kiedy jest sucho i jasno, mam odwagę, teraz przeszkoda rzucała tak czarny cień, że miało się wrażenie skoku w czarną dziurę. Skrewiłem.

 

 

Kiedy minąłem szczyt, snop czołówki pokazał, że jadę zielonym bokiem, jakieś pół metra obok w miarę przyczepnego toru jazdy. A jest takie stare górskie prawidło: „nie jeździj po zielonym”. Odruchowo odsunąłem się za siodełko jeszcze bardziej i niedociśnięta, zimna opona ślizgała się po zielonej skale bez kontroli. Bieżnik tylnej opony „posmyrał” pośladki, ale ja już się ewakuowałem z pedałów, przeskakując kierownicę. Miałem tylko ochotę pozostać na ziemnej części. Upadek w lewo byłby bolesny, bo w burych krzakach leżały głazy i kamienie. Skoziołkowałem i pozbierałem rower. Nic się nie stało! – zakrzyknęły, chichocząc owady, lisy i dziki ukryte w ciemnościach jedyni świadkowie mojej klęski. Pozbierałem się i popatrzyłem do góry. Pasek błyszczącego wapienia był wąski. Dotknąłem go przez rękawiczkę – grip był.

 

 

Dokończyłem zaplanowany przejazd, ale jakiś bies zasłonił gałęziami normalną końcówkę pętli i zorientowałem się, że jestem niedaleko od mojego miejsca wstydu. Wbrew woli kierownica skręciła w stronę zjazdu ku skalistemu dropowi. Oswojony z napierającą zewsząd czernią, poprawiłem chwyt na kierownicy, zmrużyłem oczy i puściłem heble. Rower zaczął jechać z dobrą prędkością. Snop lampy chybotał, ale ja oczyma wyobraźni wydobywałem szczegóły znane z dziesiątków wcześniejszych przejazdów. Prostokątna skała 10 m, w prawo ciąć, obok zielonego kamienia – powiedział z prawego fotela w mojej głowie Maciej Wisławski. Zrobiłem, jak kazał i rzeczywiście na skalisty sześcian najechałem bez konieczności pedałowania i z dostateczną prędkością, żeby wtoczyć się do kolejnej szykany. Przednia opona na „płetwę rekina”, tylne przerzuć górą – powiedział do mikrofonu wpiętego w mój mózg słynny rajdowy pilot. Posłusznie przejechałem po szpiczastym kamieniu o charakterystycznym kształcie. Trzy mocne depnięcia, odbij w prawo.

 

 

Trawers wyglądał podle i chciał podciąć przednie koło, ale wielokrotnie ignorowałem ten stan, a mimo to opona utrzymywała przyczepność, dzięki której można było wysoko najechać na skałę, która upokorzyła mnie godzinę wcześniej. Bez hamulców, w połowie wyrwij kierownicę, skocz – odczytywał kołyszący się od wertepów Wisławski. Tylko słuchałem i wierzyłem mu, że mimo tego, że nic nie widzę, nic złego się (nam?) nie stanie. Mózg włączył widzenie poklatkowe i cała akcja zwolniła o połowę. Leciałem w czerń jak astronauta. Kiedy światło czołówki wychynęło ponad progiem, jak słońce nad tarczą księżyca w 1969 roku, dostrzegłem, że lecę centralnie nad wąskim paskiem wyjeżdżonego wapnienia i oceniałem swoją pozycję do lądowania. Było dobrze. Nie słuchałem Wisławskiego, który nie patrząc na trasę, czytał dalej: Ugnij łokcie, lewy w przód, podrzuć przednie. Ląduj na stopniu, redukcja dwa, ostro pedałuj. Miałem Flow.

 

 

Kilkaset metrów dalej lampka zamrugała ostrzegawczo i zdechła. Już nie musiałem sobie niczego udowadniać. Z zadowoleniem stoczyłem się asfaltem i popedałowałem do domu.

 

 

Podpinałem ładowarkę, myśląc, że może ta cholerna zima da się przeżyć. W końcu mam rower, latarkę i spodnie nieprzemakalne. Tak, do kwietnia dam radę.

 

 

Przeczytaj też, jak przetrwać Święta na rowerze i czy to w ogóle ma sens, czyli o Rapha Festive 500. 

 

bikeBoard 11-12/2021

Przypisy