Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

29 kwietnia 2019

NR 27 (Styczeń 2019)

Jak skok na BANK!

0 139

Dwieście kilometrów singletrackiem? Z dojazdówkami po szutrze to wyjdzie nawet 230 km, czyli ze cztery dni jazdy. Srebrna Góra – Bardo – Złoty Stok – Lądek – Stronie – Międzygórze – Międzylesie. Miałem przyjemność odbyć przedpremierowy przejazd.

 

Dwieście kilometrów singletrackiem? Z dojazdówkami po szutrze to wyjdzie nawet 230 km, czyli ze cztery dni jazdy. Srebrna Góra – Bardo – Złoty Stok – Lądek – Stronie – Międzygórze – Międzylesie. Miałem przyjemność odbyć przedpremierowy przejazd.

Zaczniemy od Jodłowa i zobaczymy, jak chłopakom idzie z bramą wjazdową, a później już rowerami pojedziemy do Międzygórza – mówi Marek Janikowski na podkładzie z basującego diesla. Nieźle brzmieli – on, współautor projektu Singletrack Glacensis i L200, z rowerami na pace, zwłaszcza że pick-up naprawdę miał co robić pod górkę. Piotrek Kurczab, drugi z autorów projektu, z tylnego siedzenia rozpływał się nad widokami, jakie na nas czekają, i opowiadał o wieży widokowej na Trójmorskim Wierchu i urokach obrzeży Śnieżnickiego Parku Krajobrazowego. Nie musiał. Zapowiadał się bowiem jeden z tych ostatnich dni babiego lata 2018, pozwalających pojeździć na krótko. Rwałem się jak chart, całkiem mimo uszu puszczając wywód Janikowskiego o wysokości (1145 m n.p.m.), a nawet to, że z jego szczytu zaczynają spływać wody do Bałtyku, Morza Czarnego i Morza Północnego. Przy bramie praca paliła się w rękach i kamieniarz zgrabnie formował słup. Dokąd jedziecie? – zapytał. A, to jak wrócicie, będzie gotowa.

Z masywem w tle

 

Ruszyłem za szybko i gotowałem, a jedynym pocieszeniem był fakt, że wyprzedzał mnie mistrz świata w XCO (akademicki) na… „elektryku”. Cóż, Piotrek Kurczab na zwykłym także dałby mi radę, pewnie nawet tyłem. Niemniej jednak jechaliśmy szlakiem tak pięknie wpasowanym w dziką głuszę, że miałem wrażenie jazdy na koniec świata. Było szalenie przygodowo. Miejscami otwierały się widoki, ale głównie pozostawaliśmy w wysokim świerkowym borze, a ścieżka wcięta w strome zbocze trawersowała wśród dramatycznie ukształtowanych skał i wiła się między ostańcami. Kiedy już zbliżaliśmy się do przełęczy, mistrz świata zaczął borykać się z brakami w amperażu, zwolnił więc proporcjonalnie do narastania tempa narracji. Z żarem opowiadał o tym, co będzie dalej, i rzeczywiście, kiedy wyjechaliśmy na grzbiet, zobaczyłem kopułę Śnieżnika i ogromną przestrzeń całego masywu. Byliśmy daleko od świata, a prowadziła do niego wyłącznie wąska wstęga nieubitego kruszywa. „Stfurcy” (taki napis mają na służbowych koszulkach) tras Enduro w Srebrnej Górze powiedzieli tylko, że muszę tu wrócić na wiosnę, ze względu na fatalną suszę zjazd, który prowadzi do Międzygórza, nie jest jeszcze utwardzony. I choć prędkość, jaką rozwijaliśmy na wijących się łukach, mogłaby być większa i zwyczajnie żal było orać bandy na pełnym spidzie, to zgadzam się z Janikowskim: Będzie to parę kilometrów szczęścia. Ten element Singletrack Glacensis wyróżnia poczucie bezkresu, całkowite oderwanie od cywilizacji i wspaniałe formacje skalne, jednak mnie najmocniej utkwił w pamięci fragment niezbyt trudny rowerowo, ale szalenie efektowny. Jeszcze w samochodzie Janikowski opowiadał o nim tak: Wyznaczając trasę, znaleźliśmy jakieś 500 m starej, myśliwskiej ścieżki. Była w dobrym stanie i kazaliśmy ją tylko wydmuchać, oczyścić, gdzieniegdzie dołożyć belki, dosypać kamieni. Obok płynie strumyk i jest mały wodospad, który buduje nastrój. Często jednak wyobrażenia odbiegają od rzeczywistości. Tak było i tym razem. Kiedy nagle szuter skończył się pod kołami mojego roweru, okolica zaczęła mi przypominać zapomniany przez wszystkich Hobbitów skrawek Północnej Ćwiartki Shire

Co ciekawe, kiedy z Markiem dogoniliśmy chodzącego tam i z powrotem Piotrka Kurczaba, widzieliśmy w jego oczach nieudawany zachwyt. Ty… ty widziałeś, co oni tu zrobili? – pytał przyjaciela. Strumień kaskadami spadał z wysokiego zbocza, przeciskał się między kamieniami, po których prowadziła ścieżka, wpływał w wielką kłodę i wytryskiwał z jej drugiego końca. Prawdziwie magiczny zakątek. Janikowski też był pod wrażeniem, choć jako inspektor nadzoru pewnie był tu wielokrotnie. Zwrócił się do mnie, z ostrożnością cedząc słowa: Ogólnie, jak był na trasie jakiś smaczek, to starliśmy się go zostawić, ale nie ma tego zbyt dużo. Jest parę elementów skalnych, ale nasi wykonawcy nie mają serca do budowy odcinków z kamieni, więc raczej koparką je rozrzucali, niż budowali z nich jakieś odcinki. Uczciwie powiem, że przy takiej skali projektu detali tego typu nie da się zaplanować. Ale, jak widać, można je zbudować. Później przy kolacji wyciągnąłem z niego, że liczy na miejscowych, którzy być może podorabiają warianty, bo są na trasie rejony podobne do Rychlebów. Na upartego dałoby się poprowadzić linie przez ostańce, zrobić jakąś kamienną bandę czy poprowadzić na efektownego dropa, ale to jeszcze pieśń przyszłości. Tam gdzie nawierzchnia jest już gotowa, oceniam ją jako przewidywalną nawet dla początkujących. Ukształtowanie pozwala jednak dobrze bawić się także bardziej zaawansowanym. Janikowski przestawił sprawę tak: Staraliśmy się, żeby trasy były łatwe. Ale nie wszędzie są dla początkujących i nieprzygotowanych. Są miejsca, w których zapiecze udo. Na siłę nie likwidowaliśmy trudności i jeśli z logicznego przebiegu robił się podjazd o nachyleniu 15–17%, to nie likwidowaliśmy go, dodając zakręty. Przecież 10–20 m można przepalić. Są odcinki, powiedzmy to szczerze, całkiem bikeparkowe, jak choćby ten ze Srebrnej Góry do Barda. Staraliśmy się porobić rollery, muldy, fajne bandy. Ale są też takie, że i 10 km jedzie się mniej więcej poziomicą. Interwałowo, góra – dół. Dla kogoś zorientowanego na XC to będzie pyszna jazda. Na Singletrack Glacensis zdarzą się też naprawdę długie podjazdy. Żeby zjechać do Złotego Stoku, trzeba z Przełęczy Jaworowej spaść 350 m w dół, więc oczywiście zjazd jest bardzo fajny. To praktycznie 12 km zjazdu z jakimiś mniej lub bardziej płaskimi przerywnikami. Później jednak trzeba to bardzo fajnie podjechać. Więc choć naprawdę staraliśmy się jak najbardziej spłaszczyć ten podjazd, teren nie puszczał i kondycję trzeba będzie mieć – śmiejąc się, opowiadał Janikowski.

Niezły Skalny Obryw

 

Kolejny dzień na Singletrack Glacensis zaczęliśmy z przełęczy Wilczej i przez Rezerwat „Cisy” pojechaliśmy do Barda. Podjazd poprowadzony był standardowo, mocno zaciągnięty szutrem i dobrze ubity. Wyprowadził nas wątpliwymi krzakami na przyjemny grzbiecik, ale dla widoków trzeba było wspinać się na palce. Później śmiało spuścił nas w dół. Szału nie było, a przewodnicy na rasowych ścigaczach XC nie dawali odpocząć. Zawrotki na podjeździe były naprawdę bardzo ciasne, a na krótkich zjazdach bandy miały wysokość wręcz bikeparkową i w ogóle nie kojarzyły mi się z turystyką.

Jednak kolejne siodełko przeprowadziło nas w inny świat. Ścieżka na podjeździe silnie się zwęziła, a przez pnie wysokich drzew ukazała się szeroka panorama, ale nawet bardziej niż ona moją uwagę wzbudziły małe rollery zachęcające do rozpędzania się. Przyjemnie rozmieszczone, pozwalały ładnie sklejać, to jednak, co zaczęło się dziać dalej, doprowadziło mnie do stanu totalnego upojenia. Nachylenie narastało, liczba zakrętów i przejść z bandy do kolejnej zachwycała, a sprytne połączenie skręcania z wybijaniem i liczba rollerów oraz małych stolików wykorzystujących naturalne ukształtowanie terenu była rozkoszna i sprawiła, że więcej czasu leciałem niż zjeżdżałem na obu kołach. Prawie do końca lasu ścieżka miała charakter bardziej flow trail niż singla ukierunkowanego na turystykę i pokonywanie przestrzeni. Singletrack Glacensis tym różni się od innych polskich rejonów ścieżkowych, że prowadząc „dokądś”, nie daje poczucia kręcenia się w kołowrotku. Nie zatraca przy tym zabawowego charakteru. Dojazd do Barda wprawdzie skończył się szutrówką, ale stężenie emocji, jakie wywołał singielek, zdecydowanie naładowało akumulatory, żeby wykorzystać ten odcinek, a nawet kilka kilometrów asfaltem wzdłuż rzeki, na wzajemne opowiadanie, co się komu ślizgnęło, co się udało skoczyć i jaka to była zabawa od Rezerwatu „Cisy”. Moi dzisiejsi przewodnicy, czyli Jarek Kielar (CEO firmy Kordas) i jego szef produkcji Konrad Gawryjołek, zdrowo wymiatali. Teraz wspólnie chichraliśmy się z tego, że ich żony były poważnie zdziwione tym, że do pracy wybrali się „na obcisło” w strojach teamu SGR. Kordas wspiera nie tylko klub sportowy SGR, ale także inne rowerowe inicjatywy i wydarzenia, jak choćby wyścig UCI II w Wałbrzychu czy „Górale na start”. W rozmowie okazało się, że nazwa klubu pochodzi od skrótu Srebrnogórska Grupa Rajdowa, a „Rowery” pojawiły się dopiero wtedy, kiedy żony zabroniły im ścigać się w szybkich maluchach i fordach. Nowej pasji też poświęcili się w całości.

Bardo ukazało się nam w rozbudowie. Wymieniali instalacje, nawierzchnię, a robotników było chyba więcej niż mieszkańców. W dostrzeżeniu piękna tego miasteczka wcale nie przeszkodziły palety z kostką, wywrotki ziemi i piachu oraz kręcące się betoniarki. My przeskoczyliśmy przez cudowny zabytkowy most nad Nysą Kłodzką i wbiliśmy w kolejną przygodę. Przez zabudowania w całkiem alpejskim stylu wąską asfaltówką zaczęliśmy przemierzać głęboką dolinę. Na szczęście wkrótce pojawiły się przyczółki bramy wjazdowej in statu nascendi i zjechaliśmy na świeżo wysypaną żwirem ścieżkę. Bosko wiła się po ścianach stromej doliny, ale poprowadzona po poziomicy, tylko miejscami wywoływała zwiększenie poziomu laktatu. Dzięki gościnności jej twórców miałem przyjemność wykonania premieroweg...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy