Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

30 września 2022

NR 63 (Wrzesień 2022)

Gravmageddon raz. Dobrze wypieczony i polany sosem

0 178

Nie ma jeszcze ósmej rano, a temperatura sięga już 27 stopni Celsjusza. Jakiś jasnobrązowy pies dotyka nosem mojego kolana, nie wiem, czy jest nerwowo, nie potrafię tego rozpoznać, już dawno się nie ścigałam. Mamy jeszcze sporo czasu i można sprawdzić ciśnienie w oponach i ekwipunek, uśmiechnąć się do kamery. W końcu przychodzi moment, że musimy ustawić się na linii startu, odebrać tracker, schować go w bezpiecznym miejscu, odpalić Garmina i ruszyć, udając, że się nie spieszymy.

 

POLECAMY

Rano Szklarska Poręba jest cicha i wyludniona, w małym spożywczaku tylko parę osób. Startujemy z pierwszej grupy i to nam się dostanie najwięcej jasnych minut, ale za to to nas będą gonić i podkopywać nasze morale. To tamci inni będą paść swoje ego, pożerać każdego wyprzedzonego, a z jego duszy wyciskać mentalną siłę. Tak to działa: zawsze lepiej wyprzedzać, niż być wyprzedzanym. Emocje to emocje. Od startu leci sztajfa w górę. Kawałek asfaltem i wpadamy do lasu, na rozrzucone na ścieżce izerskie kamienie.

 


 

1. Hala Izerska. W tym sielskim krajobrazie wypatrzysz ruiny domów. Hala kryje wiele tajemnic, z których żadna nie ma romantycznego zakończenia. Szutry jednak klasy premium i wysokość też niczego sobie.  

 

 

„Dajcie mnie logistyka, bo nie ogarniam”

Gravmageddon w długiej wersji ma 340 kilometrów i niecałe 7000 tysięcy metrów przewyższeń, to oznacza, że na 1 kilometr trasy przypada mniej więcej 20,5 metra w górę. Na kalkulatorze tyle nie ma nawet legendarny Ultra Lajkonik, który przebiega nieludzkimi i niegravelowymi górami Małopolski i Podkarpacia. Gravmageddon to bardzo „ludzkie” niemieckie szutry Izerów i Karkonoszy oraz trochę mniej „ludzkie” Rudaw Janowickich. W tym kraju lepsze gravelowe trasy są tylko na Mazurach i w Kotlinie Kłodzkiej, i… w Czechach, które niestety należą do Czech.

 

 

Po szybkich, wysoce nieoptymistycznych obliczeniach w głowie ustalam, że może się okazać, że moja średnia prędkość bez wliczania przerw nie przekroczy 12 km/h, to oznaczałoby czas czystej jazdy ok. 28 godzin (w rzeczywistości czystej jazdy było 22:45 godz.). Ponadto nie wiem, jak mocno jestem w stanie jechać bez przerwy, ale przyjmuję, że jest szansa, że mogę, przy dobrej gospodarce energetycznej i odpowiedniej wytrzymałości psychicznej na szelesty w krzakach i omamy wzrokowe, machnąć to na raz. To tyle z założeń sprawdzalnych jedynie w boju. Pozostałe dane są dostępne dla każdego: track GPS, po drodze dwa umowne punkty kontrolne z możliwością przepaku okraszone prostym bufetowym pożywieniem i wodą, sporo sklepów i knajpek, potężny upał pierwszego dnia oraz jeszcze potężniejsza i równie długa burza w noc po nim.

 

 

Okoliczności te rzucają na planszę gry sporo kart z zagadkami – podnosisz kartkę i czytasz: „Chcesz jechać bez przerwy, ale nie wiesz, czy dasz radę. Bierzesz śpiwór czy zostawiasz go w domu?”, „Masz do dyspozycji dwa przepaki. Wymień rzeczy, które zostawisz na pierwszym”, „Twój drugi przepak nastąpi po potężnej burzy lub w jej trakcie. Czy będziesz chciał się przebrać?”, „Łapie Cię nocna burza w trakcie jazdy. Co musisz mieć ze sobą w tym czasie, żeby nie skończyło się DNF-em?”, „Chcesz wyjechać ze Szklarskiej Poręby w niedzielę w południe. Zostawisz na drugim przepaku rzeczy, jeśli istnieje ryzyko, że nie dotrą na czas na metę?”. Losujesz te karty, czytasz i wiesz, że od Twoich odpowiedzi zależy dalszy los Twojego pionka. Wybierzesz źle, cofasz się o kilka pól albo lądujesz z powrotem na starcie. Nie! Tak naprawdę tak to nie działa, ale od tych decyzji wiele zależy.

 

 

Z pewnością tego nie wygram – 24 godziny po mnie, wraz z naszym teamowym kolegą Zbyszkiem Mossoczym oraz mężem Adamem, startuje Marysia Ossowska. Marysia, Zbyszek i Adam przyjmują wyzwanie organizatora i startują właśnie 24 godziny po wszystkich (co, zważywszy na drastycznie różne warunki pogodowe między pierwszym a drugim dniem wyścigu, budzi kontrowersje i protesty niektórych styranych upałem uczestników). Marysia jest ode mnie znacznie mocniejsza, i kropka: ma większe doświadczenie, lepszą wydolność, sprawdziła się wielokrotnie w jeździe bez przerwy. Ja jestem tylko weekendowym „trzepakiem” z pewnym doświadczeniem wyścigowym oraz dyskwalifikującym wręcz potężnym nocnym cykorem. Będzie wesoło, ale mam sporo planów B!

 

 

Izery. Nie pij wody z kałuży

Znacie leśną drogę wzdłuż trakcji kolejowej Szklarska–Jakuszyce? Ja znałam, to jedna z dojazdówek podczas zawodów enduro w Szklarskiej. Wierzcie mi, na gravelu jedzie się tam jak nową C Klasą AMG. Zatankowany po korek, jedziesz szybko, komfortowo, strefowa klima działa perfekcyjnie (jedna strona drogi jest w cieniu), czujesz pod butem sporo koni. Masz wrażenie, że obok Ciebie jadą same AMG: kierowcy zadowoleni, wysyłają okejki do innych kierowców, filmują się nawzajem, gadają, „może to jakiś blogerski sektor?” – myślę. Lecimy nawet jakimś niesamowicie przyjemnym singlem, który w tamten dzień jest tak pylasty, że nie potrafię oszacować na nim przyczepności. Na mapach oznaczony jako Single Track nr 14 wyprowadza nas wprost na stację kolejową w Jakuszycach, stamtąd najpierw trasą narciarską na Samolot, później krótkim singlem polecimy na schronisko Orle.

 

 

Pustki pod schroniskiem wpędzają mnie w nie lada konsternację, pamiętam bowiem, ile czeka się tam na parzoną w szklance kawę w środku jakiegoś letniego dnia czy podczas zimowego postoju na biegówkach. Mam zdjęcia potężnych palisad zbudowanych z cienkich nart ustawionych przy kamiennych murach schroniska. Orle wyglądało dla mnie zawsze jak dom popularnego w okolicy czarnoksiężnika: kobaltowe gwiazdki na gzymsie i tłumy spragnionych czarów ludzi w śmiesznych ciuchach. Trasa wali w stronę Hali Izerskiej, na 40-milimetrowych oponach jedzie się tam niesamowicie szybko; w głębokim śniegu na nartach do łyżwy brnęło się tamtędy „godzinami”. Zostawiam z boku Chatkę Górzystów, która w piątkowe przedpołudnie stoi osamotniona jak spaniel, który właśnie zamierza otrzepać się z błota, przełykam ślinę na myśl o obłędnych puszystych naleśnikach z twarogiem i czarnymi jagodami i mknę dalej przez trawy owianej mroczną tajemnicą powojennej historii hali.

 

 

Gdzieś w tamtym miejscu uświadamiam sobie po raz pierwszy, jak szybko z bidonów znika woda. Za chwilę czeka nas długi powrót w stronę Szklarskiej, trochę podjazdów, widok na wielką dziurę w górze, czyli Kopalnię Kwarcu Stanisław, majaczący w oddali Ještěd z białym szpikulcem wieńczącego go hotelu i nadajnika TV, całkiem spory fragment świeradowskimi singlami, asfaltowy Zakręt Śmierci, i pierwsza możliwość zatankowania wody przy punkcie z grochówką: pół litra mineralnej – 4 zeta! Poproszę razy dwa!

 

 

Zakręt Śmierci to pierwszy asfaltowy fragment, od kiedy opuściliśmy Szklarską – ależ to jest przyjemne! Szybko zwiewamy z głównej drogi i długo przemieszczamy się wysokiej klasy szutrówkami, lekko zjeżdżając i lekko pnąc się w górę. Izerskie lasy są piękne, zwłaszcza oglądane z siodełka ulubionego roweru, który kocha połykać biegnące poziomicami szutrówki. Ależ to byłoby cudowne, gdyby nie ten skwar. Po pokonaniu fantastycznego, prawie nieodczuwalnego podjazdu, który pykam sobie leciutko jak emeryt, robi mi się niedobrze z wysiłku. Robię przerwę, siadam na drewnianym piknikowym stoliczku w cieniu i odbywam telekonferencję z domem, machając coraz mniej wesoło kolejnym mijającym mnie zawodnikom. W bidonie naprawdę ostatnie łyki.

 

 

Za Świeradowem zaczyna się najdłuższy, 12-kilometrowy podjazd: nie wiem, gdzie podział się mój AMG, teraz czuję się jak w małym fiacie z zamkniętymi oknami, plastikowa tapicerka parzy mnie w tyłek, a słońce wali prosto w twarz. Rozglądam się za wodą i myślę o tym, czy nasze wnuki będą wiedziały, na czym polega dobro górskich strumieni. Asfalt na chwilę zmienia się w trail i przybywa cienia, można znów usiąść, zjeść i dopić resztę wody. Znów ktoś mnie mija, a ja mam to gdzieś, macham niemrawe „cześć” i dojadam suchy baton. Za kilometr, może dwa, słyszę w końcu potok. Wchodzę do niego w butach, zlewam się cała cudownie chłodną wodą, myję twarz. Po kilku garściach wody wtartych w skórę w końcu przestaję czuć sól spływającą do ust – woda jest słodka, orzeźwiająca, aż chce się ją pić. Napełniam nią bidon i ruszam dalej. „Jeszcze nie trafiłam na podjazd, który nie miałby końca”, myślę i wykręcam usta w grymasie podobnym do uśmiechu – mózg myśli wtedy, że jest dobrze i znacznie lepiej zarządza nogami. Docieram w końcu pod Stóg Izerski i zjeżdżam asfaltową Katorgą, na której moje nowe klocki hamulcowe wydają dźwięki czegoś, co informuje o rychłej kapitulacji. Przez kolejne godziny moje hamulce będą przekrzykiwać się z jelitami – Świeradowianka prosto ze strumyka nie była najlepszym pomysłem!

 

 

 

2. Zbyszek i Maciek z teamu bikeBoard podpisują cyrografy. 
3. Ognisko zawsze zbliżało ludzi...

 

 

Wolimierz, wertepy i Zamek Czocha

Robi się płasko. Nie poznaję od razu Wolimierza, gdyż wpadamy do niego od strony, której nie znam, ale i tak rozpływam się nad tutejszą architekturą. Sudeckie domki z dwuspadowymi dachami, których szczyty wyłożone łupkiem przywodzą na myśl chaty z piernika, kwiaty przedzierające się z ogrodów na ulice, biały kościółek w centrum, sklepik z niebieskimi wrotami – ależ to jest piękna miejscowość. Na moim Garminie wciąż zaskakująca średnia prawie 16 km/h, na skórze kryształki soli, na niebie trochę więcej chmur, na termometrze 37˚C, jadę dalej, co tu będę tak sama… Od kiedy zniknęły góry, zrobiło się nudniej. Pomykamy polami i małymi zagajnikami, czasem jakaś wioska, zarośla i znów zagajnik. Zapora przy Zamku Czocha jest jakaś niefotogeniczna – za duża i nie mieści się w kadrze. Od kiedy jest płasko, znacznie bardziej się męczę – nie ma gdzie odpocząć, ciągłe pedałowanie i ciągła, coraz mocniejsza duchota. Widzę z daleka bramę zamku, ale track odbija w prawo, więc przez chwilę biję się z myślami, czy nie powinnam zawrócić po zdjęcie (hej, wygooglujcie Zamek Czocha, jeśli go nie znacie, jest wart odwiedzenia i paru fot, ja jadę dalej).

 

 

Słońce już tak nie praży, ale w powietrzu zbiera się wilgoć, to dopiero 114 km, a ja właśnie mam pierwszy kryzys. Za Zamkiem Czocha zaczyna się delikatny podjazd po gruzowatej szutrowej drodze między polami, w górach czuję się stanowczo lepiej, teraz droga robi się upierdliwa, przestaję chwilowo spotykać ludzi, myśli robią się nerwowe i chaotyczne, trudno złapać flow i dobry nastrój. Toczę się.

 

 

 

4. Wolimierz jest jak błąd Matrixa, jak kawałek innego kraju, który spadł komuś przypadkiem na Dolnym Śląsku.
5. Chatka czarnoksiężnika, czyli Schronisko Orle, parę kilometrów od Szklarskiej Poręby.
6. Dziura w ziemi, czyli Kopalnia Stanisław z widokiem na Góry Olbrzymie (zwane Karkonoszami).

 

 

Pierwszy pit stop – Gierczyn, Domek pod Orzechem

Nerwowo zerkam na Garmina i zaczynam podawać w wątpliwość najprostsze elementy rzeczywistości: czy pit stop będzie przy trasie, czy należy do niego gdzieś odbić? Mam już za sobą 139 kilometrów i grubą obawę, że minęłam gdzieś punkt przepaku, a na nim możliwość zatankowania i przede wszystkim moją torbę podsiodłową ze śpiworem i batonami. Track zdecydowanym zwrotem w miasteczku odbija gdzieś w stronę gór i ciemniejącego nieba, a Garmin melduje, że zaczynam kolejny, niekrótki podjazd. „Ból to ściema” – głosi wysprejowany na asfalcie żółty napis, ktoś robi mi zdjęcie, jak przepycham korby na 15-procentowym fragmencie szosy, słyszę gwar rozmów – jestem na miejscu. Wokół mnie sporo moich kilkuminutowych kompanów, z którymi machaliśmy sobie po drodze lub oddawaliśmy się konsumpcji kefiru, coli i soku pomidorowego pod spożywczakami.

 

 

Kładę rower na trawie, odnajduję mój niebieski worek na śmieci z numerem 11, który chowa mój noclegowy ekwipunek, i zamawiam kawę u pani gospodyni. Wkładam podsiodłówkę pod głowę i kładę się na ostrej skoszonej łące. Nikt się nie spieszy, chłopaki z Bikestacji przebierają się w czyste ciuchy, listując odzywające się kontuzje, gadamy o trasie, że jeszcze nie mamy nawet połowy, o strategiach na zbliżającą się noc, „bikeBoardzie”, oponach, trasach w Bielsku. Kawa smakuje najlepiej w życiu – jest gorzka, ciepła, pachnie papierowym kubkiem i daje energię. „Może powinnam już jechać?” – pytam sama siebie, gapiąc się w niebo. „Jak twoje strategie na noc, Anka?”. „Tak myślałam. Nie masz pojęcia!”. Nie mówię tego głośno, nawet nie artykułuję tego w myślach, ale zamierzam jechać tak długo, jak będzie się dało, aż nie zdecyduję, że właśnie teraz okoliczności każą się zatrzymać.

 

 

 

7. Kolorowe jeziorka w Rudawach Janowickich to wyrobiska po dawnych niemieckich kopalniach pirytu. Trudno zrobić im zdjęcie – za dużo ludzi! 
8. Pierwszy pit stop, czyli piknik na trawie. 
9. Zapora Leśniańska w pobliżu Zamku Czocha.

 

 

Zapora Pilchowicka, Dolina Bobru i deszcz w Jeleniej

Niebo ciemnieje, nie tylko z powodu wieczoru, chmury robią się coraz cięższe. Jeśli coś irytuje mnie w podjazdach na tym wyścigu, to fakt, że Garmin straszy mnie podjazdami, które są niestraszne, a zupełnie ignoruje te, na których czasem nie da się jechać, bo trawa sięga kolan, kamerdolce są totalnie niegravelowe albo nachylenie każe pchać rower prawie nad głową. Ani trawa, ani kamerdolce, ani nachylenie nie są w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. To łatwa trasa (stanowczo za szybka, żeby porywać się na nią na MTB). Denerwuje mnie tylko Garmin, więc z czasem coraz mniej na niego spoglądam. Za przepakiem wbijamy się w góry, jest coraz więcej lasów i coraz mniej światła. Właśnie tam mamy mnóstwo maleńkich podjazdów, o których mój Garmin zapomniał. Zrywam sobie maliny z krzaczka i zmieniam okulary na zupełnie przejrzyste. Teraz mam wrażenie, że ktoś pozwiązywał grupę kilku osób jakąś niewidzialną gumą: ktoś jadący z przodu zamarudzi, ktoś inny wystrzeliwuje wtedy do przodu, ktoś zostaje w tyle, ktoś inny dojeżdża, wyprzedza, zostaje, znów wyprzedza. Pewnie z góry wyglądamy jak małe stadko much latające nad jakimś przesuwającym się powoli do przodu cukierkiem. Ostatecznie zbijamy się w jedną grupę, która połyskuje z daleka latarkami na kierownicach. W ciemnościach tak jedzie się lepiej.

 

 

Od dobrych paru kilometrów trwa coś, co wzbudza moje przerażenie: suniemy w dół z prędkością powyżej 30 km/h niekończącymi się szerokimi asfaltami. Taki zjazd oznacza, że albo właśnie zjeżdżamy do piekła i już nigdy się stamtąd nie wydostaniemy, albo czeka nas tak samo długa wspinaczka z powrotem. Jest nas cała grupa. W środku nocy gravelowy peleton na 40-milimetrowych oponach wydaje potężny dźwięk. Co jakiś czas ktoś macha ręką na pożegnanie i odbija do swojego noclegu. Gdzieś w dali błyszczy Jelenia Góra, a nad nią rozbłyskuje i pomrukuje niebo. Wciąż jest ciepło, ale co jakiś czas z nieba zaczyna kropić deszcz, nie na tyle mocno, by trzeba było się chować, ale nieubłaganie przypomina o prognozach, które w ciągu dnia zmieniły się na jeszcze mniej korzystne, niż mieliśmy świadomość: lać ma od pierwszej w nocy do ósmej rano.

 

 

W końcu znów zaczyna się teren, w dodatku mocno górski: podjeżdżamy dość stromym kamienisto-korzennym duktem i zaskakuje mnie, jak dużo jeszcze mam sił i jak wzmogło się moje skupienie po zapadnięciu ciemności. Takiego flow nie miałam dawno, ale doskonale znam ten efekt, noc sprawia, że sami sobie nie odbieramy pewności siebie, wątpiąc w przejeżdżalność trasy – zwyczajnie nie widać tego, co mogłoby stanowić problem; kiedy w końcu to zauważasz, już dawno to przejechałeś. Proste!

 

 

Zapora w Pilchowicach jest cicha, pusta i ciemna, ale i tak robi wrażenie – to druga najwyższa zapora w Polsce i ma na karku już ponad sto lat. Asfalt, którym teraz będziemy jechać, jest bajeczny – wąski, trochę kręty, prowadzi delikatnymi falami przez lasy obok nieczynnej stacyjki w Pilchowicach, starego kolejowego mostu z odwróconym przęsłem, który wysadzić miał sam Tom Cruise w „Mission: Impossible”, aż do Elektrowni Wodnej Wrzeszczyn. Tam znów wpadamy w teren i jedziemy wąskim leśnym singlem, najpierw wzdłuż zalewu, potem wzdłuż rzeki Bóbr, przekraczając ją w Siedlęcinie małym stalowym mostkiem. Wiem, że moi towarzysze nocują w Jeleniej Górze i liczą już ostatnie kilometry do noclegu. Ja wiem, co czeka mnie za Jelenią – Góra Szybowcowa, 20 kilometrów trochę łatwiejszego terenu i Rudawy Janowickie, które będą ciemne, zalesione i bardzo strome, w dodatku w strugach deszczu! Jeszcze nie wiem, co zrobię, może to, co sugeruje grupa, będzie rozsądniejsze: przenocować w mieście i ruszyć nad ranem, gdy ustanie deszcz – ta trasa ma stanowczo lepszy smak, gdy widzi się okolicę. Czy ten wyścig będzie dla mnie do przełknięcia, jeśli nie potraktuję go jak wyścigu? Tego nie umiem przewidzieć.

 

 

Przy restauracji Perła Zachodu asfalt jest już zupełnie mokry, a miejsce aż wrzeszczy, że w nocy to możemy sobie jechać dalej, bo ono nie zamierza pokazywać nam swoich uroków – nie widać urody budynku, nie widać rzeki, nie widać schodów do pomostu, nie widać tarasu z widokiem na rzekę. Nic nie widać. Szkoda się zatrzymywać. Po drodze w paprociach świecą się oczy jakichś leśnych niskopodłogowych zwierzątek. W Jeleniej postanawiam, że nie walczę o tytuł mistrza galaktyki w jeździe z mokrym tyłkiem po ciemku ani o żaden inny zaszczyt i jeśli mogę przeczekać nocne burze w hotelu, to będzie milej niż pod jakimś krzakiem. Jest po północy, kiedy odkręcam wodę pod prysznicem, i mniej więcej w tej samej chwili przychodzi ulewa. Pada do ósmej rano, ale ja mam 205 kilometrów za sobą i mogę wyjechać nawet o 8:30, by mieć cały dzień na pozostałe do mety 135. To bardzo dobra perspektywa.

 

 

Rudawy, Kowary, Sosnówka

Wyjeżdżamy 9:09. Prawie jak na wakacjach. Te...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy