Dołącz do czytelników
Brak wyników

Inspiracje

16 czerwca 2020

NR 40 (Czerwiec 2020)

Czary

W moim kolarstwie najlepszymi momentami nie były wcale te, które powinny nimi być. Zawsze jednak opierały się na scenariuszach, których nie dało się przewidzieć.

Żadne podium ani nawet zwycięstwo nie utkwiło mi w głowie tak, jak widok asfaltu usianego małymi żabkami, które próbowały przedostać się na drugą stronę ulicy. Inwazja: dziesiątki żabek z daleka wyglądających jak dziwne kwiaty zgubione przez przydrożne jesiony. Nigdy nie zauważyłabym tych żyjątek, gdyby deszcz nie zapędził mnie pod wiatę wiejskiego przystanku. Rower oparty o pleksiglasową ścianę, moje mokre buty, skarpety, które błagały o wykręcenie i żabki jak stworki z klocków Lego porozrzucane po asfalcie. Moja niedola i szczęście żabek wpadających w trawę po przebyciu „asfaltowego przestworu oceanu” – to był moment, dla którego warto było wyjść na rower. I zmoknąć. 
Albo chwila, kiedy to od pół godziny umykasz przed zmierzchem wąskim asfaltem w nieznanym lesie. Pachnie wilgocią i jakimiś leśnymi kwiatami, może czeremchą i nagle rower spada z niewielkiego uskoku i czujesz, że skończył się asfalt. Znasz krwisty, żelazisty, nieprzyjemny smak adrenaliny, gdy w połowie podjazdu, na którym wiesz, że nie pojedziesz już szybciej, dogania cię rywal? Tego dnia to on jest szybszy i nic na to nie poradzisz. Znasz? No więc adrenalina w prawie ciemnym lesie na szutrowej drodze i oponach 25 mm smakuje zupełnie inaczej. Ten smak wart jest „nieodbycia” treningu i utraty wszystkich podiów w sezonie. Słony karmel! Coś jak Snickers, tylko lepszy. 

Kolarstwo to znajomi: starzy, nowi, piątki przybijane na szlaku i podrzucanie sobie tras na Stravie. Latem ktoś wymyśla rundę i pisze do kilku przyjaciół. Tak to działa. Takie kolarstwo to zupełna oczywistość. Uczysz się, zdobywasz doświadczenie, słuchasz historii, poznajesz miejsca, więc gdy przychodzi jesień i wszy...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy