Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat , Otwarty dostęp

13 października 2020

NR 44 (Październik 2020)

Cyclocross – magia zamarzniętego błota

17

Kolarstwo przełajowe jest ostatnio na fali. Jeszcze do niedawna spotkanie kolarza na przełajówce było rzadkością, a w zawodach startowała garstka zapaleńców. Niski prestiż, słaba frekwencja i obojętny stosunek ze strony Polskiego Związku Kolarskiego. Obecnie śmiało można powiedzieć, że stało się to modne – jazda na rowerze przełajowym nie musi oznaczać ścigania, w dużych miastach nietrudno zauważyć ludzi traktujących przełajówkę jako najlepszy środek codziennego transportu, prężne jest też środowisko amatorskich „ustawek”, a na samych zawodach częściej można zauważyć nazwiska na co dzień wybierające szosę czy MTB. 

Czym w ogóle jest kolarstwo przełajowe? Dlaczego oni jeżdżą na szosówce w lesie i to na dodatek zimą? Rower przełajowy na pierwszy rzut oka przypomina klasyczną szosówkę czy – jak niektórzy wolą – kolarzówkę. W szczegółach jednak można zauważyć różnicę, przede wszystkim ogumienie, terenowy bieżnik, który poradzi sobie z piaskiem, grząskim błotem czy śliską trawą, nie jest on jednak przeznaczony do jazdy po korzeniach czy kamieniach. Maksymalna szerokość opony dopuszczalna przez Międzynarodową Unię Kolarską (UCI) to 33 milimetry. Zmodyfikowana jest także rama, ma większe prześwity i delikatnie zmienioną geometrię. Kolarze przełajowi ścigają się bez koszyków na bidon, gdyż to pozwala na wrzucenie roweru na ramię przy wzniesieniach niemożliwych do podjechania. 

POLECAMY

Wyścigi przełajowe charakteryzują się niezwykłą dynamiką. Czas jazdy dopasowywany jest osobno pod każdą kategorię wiekową, dla elity mężczyzn jest to niewiele ponad godzina. Kolarze rywalizują na około trzykilometrowej rundzie naszpikowanej trudnościami: od naturalnych, jak sekcje piasku czy grząskiego błota, przez techniczne podjazdy i zjazdy, aż po sztuczne, takie jak drewniane przeszkody ustawione w poprzek trasy. Swoje trzy grosze dodaje także pogoda – sezon rozpoczyna się w połowie września i kończy wraz z początkiem lutego. Pierwszym wyścigom najczęściej towarzyszy niska wilgotność, kurz na trasie i uczucie przytkania układu oddechowego.

Październik i listopad to okres błotnistych zmagań, a wraz z początkiem roku rozpoczynają się wyścigi w mrozie, śniegu i lodzie. W takim razie – dlaczego nie można się ścigać latem? 

 

Historia tej dyscypliny sięga początków ubiegłego wieku, pierwsze mistrzostwa Francji zorganizowano w 1902 r. 48 lat później Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) zorganizowała pierwsze mistrzostwa świata. Pierwotnie miało to być rodzajem uzupełnienia treningu dla kolarzy szosowych – zwiększać motywację do regularnych treningów zimą, hartować organizm oraz szlifować technikę. Z czasem jednak stało się celem samym w sobie. Wbrew temu, co się mówi, nie zaczęło się to w krajach Beneluksu, a we Francji. To właśnie Paryż gościł pierwszy światowy czempionat, a wygrał go Jean Robic. Co więcej, Francuzi zdobyli tego dnia wszystkie trzy medale. Dominacja trwała przez pierwsze dziewięć edycji, przełamał ją Włoch Renato Longo w 1959 r. w Genewie. Następnie rzeczywiście nadeszła dominacja zawodników z krajów Beneluksu, z krótkimi przerwami na złote lata w wykonaniu Szwajcarów. 

Bracia De Vlaeminck

Pierwszą ikoną kolarstwa przełajowego był Eric De Vlaeminck, to on zapoczątkował belgijską dominację. Po pierwszy tytuł mistrza świata sięgnął w 1966 r. w Hiszpanii. Rok później tytułu nie zdołał obronić, ale kolejne sześć czempionatów padło już jego łupem. Nazwisko De Vlaeminck wróciło na szczyt jeszcze dwa lata później, wtedy to tęczową koszulkę zdobył również wybitny brat Erica – Roger, który umiejętnie łączył zmagania szosowe oraz przełajowe. Do dziś żaden zawodnik nie pokonał rekordu Erica – siedmiu tytułów mistrzowskich w zmaganiach elity. 

Sven Nys

Największą ikoną kolarskich przełajów jest jednak Sven Nys. Popularny „Kannibaal” pierwsze sukcesy zaczął odnosić pod koniec ubiegłego wieku. Na szczycie utrzymywał się ponad piętnaście lat, po drodze siedmiokrotnie wygrywając klasyfikację generalną Pucharu Świata, mając na koncie przeszło 50 pojedynczych triumfów. Łącznie doliczono się ponad 150 wygranych wyścigów z kalendarza Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI)! Przez wiele lat był niemalże definicją kolarstwa przełajowego na świecie. Karierę zakończył w 2016 r., skupiając się na trenowaniu syna – obecnego mistrza świata juniorów. 

Zdeněk Štybar

Ostatnim kolarzem, któremu udało się przełamać belgijsko-holenderską dominację był Czech – Zdeněk Štybar. Dziś głównie znany ze zmagań na szosie, lecz to na rowerze przełajowym osiągał pierwsze duże sukcesy: na początku były to dwa tytuły mistrza świata w kategorii do lat 23, a następnie bardzo płynnie przeszedł do elity. Na pierwszych dwóch czempionatach w seniorach zdobył srebrne medale, ale już w 2010 r., na własnej ziemi w Taborze, zdobył tęczową koszulkę, pokonując dwóch Belgów. Swoją dominację potwierdził rok później, zdobywając kolejne złoto, ponownie ucierając nosa Belgom. Po tym roku sięgnęła po niego WorldTourowa ekipa QuickStep Cycling Team. Štybar próbował łączyć szosę z przełajami, co przynosiło różne efekty. Po tytuł mistrza świata sięgnął jeszcze w 2014 r., pokonując w fenomenalnym stylu Nysa oraz Kevina Pauwelsa. Po tych mistrzostwach skupił się już tylko na szosie, lecz okazjonalnie wraca na rower przełajowy. 

O dwóch takich, co zmienili kolarstwo przełajowe

Współczesna historia pokazywała wielokrotnie, że bardzo trudno łączyć kolarstwo przełajowe z szosowym. Ta sztuka nie udała się Nysowi, Štybarowi, a także Larsowi Boomowi, który po zdobyciu tytułu mistrza świata w 2010 r. przerzucił się na szosę. Na trasy przełajowe próbował wrócić, ale z mizernym skutkiem. Rewolucję przeprowadziła dwójka młodych i gniewnych – Mathieu van der Poel oraz Wout van Aert. Najpierw zdominowali kategorie młodzieżowe, a następnie bardzo płynnie przeskoczyli do elity. Stara gwardia w postaci Svena Nysa, Nielsa Alberta czy Barta Wellensa została zdetronizowana. Sześć ostatnich mistrzostw świata wygrywała właśnie ta dwójka – trzykrotnie Wout, trzykrotnie Mathieu. 

Wyróżnia ich jeszcze jedno, umiejętnie łączą przełaje z szosą (a van der Poel dodatkowo z rewelacyjnymi wynikami również z MTB). Sezon 2019 należał do van der Poela – wygrane Amstel Gold Race, Dwaars voor Vlaanderen, etapy Tour of Britain oraz Arctic Race of Norway, do tego świetnie pojechana „Flandria”. W tym sezonie ma już na koncie wygraną etapową w Tirreno-Adriatico oraz miejsce tuż za podium mistrzostw Europy, a kampania klasyków dopiero przed nim. Van Aert natomiast ma już na koncie zwycięstwo w Mediolan-Sanremo, Strade Bianche, a także trzy etapy Tour de France. 

Dwójka ta wprowadziła nowy trend, przełaje pojawiły się na ustach całego kolarskiego świata. Zmieniło się także podejście do tej dyscypliny sportu – za nimi odważniej zmagania na szosie zaatakowali pozostali przełajowcy, natomiast większa liczba szosowców spróbowała swoich sił na przełajach. Także szkoleniowcy zrozumieli, jak duży wpływ na rozwój sportowy młodego kolarza ma ściganie zimą. 

Polskie podwórko

Przełaje w Polsce także mają długą historię, pierwsze mistrzostwa Polski rozegrano w 1928 r. w Warszawie. Natomiast od 1953 r. impreza odbywa się corocznie. Największą legendą krajowych zmagań był Grzegorz Jaroszewski, który w latach 1976–1987 dziesięciokrotnie zakładał koszulkę z orłem na piersi. Walczyliśmy także na arenie europejskiej, w czasach, gdy rozgrywano jeszcze osobne wyścigi dla kategorii amator – medal mistrzostw świata zdobył właśnie Jaroszewski oraz Andrzej Mąkowski. W 2002 r. w zmaganiach juniorów srebrny krążek zdobył Krzysztof Kuźniak. Trzy medale światowego czempionatu zdobyli kolarze do lat 23 – Dariusz Gil w 2004 r., Paweł Szczepaniak w 2009 r., a rok później Marek Konwa. 

Jak obecnie wygląda kondycja polskiego kolarstwa przełajowego? Trzeba spojrzeć na to z dwóch stron – w Europie jesteśmy tłem. Nie ma systemu szkolenia, który pozwoliłby zawodnikom na systematyczny rozwój. Kolarze rzadko mają okazję ścigania się za granicą. Bez odpowiedniej liczby startów w wyścigach najwyższej klasy nie ma możliwości walki z najlepszymi. Stąd wyniki w mistrzostwach Europy czy świata są mizerne. Z drugiej strony, przełaje stają się w kraju coraz bardziej popularne. Objawia się to zarówno w liczbie startujących w zawodach z kalendarza Polskiego Związku Kolarskiego, jak i rozwija się branża amatorska – na terenie całej Polski rozgrywane są zawody w formie „ustawek”, które także zrzeszają coraz większą liczbę sympatyków. W okresie od połowy września do końca stycznia zawody przełajowe rozgrywane są praktycznie w każdy weekend. Wzrasta także sprzedaż rowerów przełajowych, a producenci coraz śmielej wypuszczają na rynek nowe modele. 

Marek Konwa

Przełajowy prym w kraju wiedzie Marek Konwa (Krupiński Suszec), który od 2012 r. nieprzerwanie zdobywa tytuł mistrza Polski. Z powodzeniem radzi sobie także w Czechach, gdzie poziom przełaju jest dużo wyższy. W imprezach mistrzowskich oscyluje na poziomie trzeciej dziesiątki, jego najlepszym wynikiem w elicie była 25. pozycja zarówno w mistrzostwach świata, jak i Europy. Trzydziestolatek notował doskonałe wyniki w kategoriach młodzieżowych, już jako junior stawał na podium zawodów z cyklu Pucharu Świata. W kategorii do lat 23. oprócz medalu mistrzostw świata zanotował zwycięstwo w zawodach prestiżowego cyklu Superprestige. 

Bartek Mikler

Drugą przełajową siłą w Polsce jest Bartek Mikler (Victoria Jarocin Accent), kolarz znany z oryginalnego podejścia do życia, który w ostatnich latach jako jedyny nawiązał walkę z Konwą. Zaczął jednak inaczej, pierwsze kroki stawiał w dyscyplinach grawitacyjnych, a gdy przerzucił się na przełaje, nie był wyróżniającym się orlikiem. Przełamanie przyszło w orliku, a Mikler znany jako „Pan Tygrys” ma na koncie medale mistrzostw Polski oraz podium zawodów z prestiżowego cyklu Toi Toi Cup. 

Pozostali kolarze przełaje traktują raczej jako dodatek. Specjalizują się w kolarstwie górskim bądź szosowym, a zimą wybierają zmagania przełajowe. Brakuje nam większej liczby zawodników koncentrujących się na przełajach.

Dlaczego o to tak trudno? 

Brak obecności w programie igrzysk olimpijskich
Kolarstwo przełajowe cierpi na tym, że nie jest dyscypliną olimpijską. Nie jest, dlatego że trudno o spełnienie warunków organizacyjnych. W programie zimowych igrzysk znajdują się tylko imprezy rozgrywane na śniegu bądź lodzie, co wyklucza obecność przełajów. Trudno sobie też wyobrazić tę dyscyplinę sportu rozgrywaną w środku lata. Efektem tego jest to, że trudniej o dofinansowania ze strony związku oraz Ministerstwa Sportu i Turystyki. 

Kultura frytek i piwa

Warto pochylić się nad tym, co wyróżnia przełaje na tle innych sportów, dlaczego w krajach Beneluksu ich popularność jest porównywalna do piłki nożnej, a największe imprezy gromadzą po kilkanaście tysięcy widzów przy trasie oraz drugie tyle przed telewizorami. Zachodnie przełaje mają swój nieporównywalny klimat – dzień spędzony na wyścigu spełnia wszystkie weekendowe potrzeby przeciętnego Belga. To świetna okazja do spotkań ze znajomymi, możliwość zjedzenia legendarnych frytek z majonezem, popicia ich zimnym piwem oraz doświadczenia emocji sportowych. Do tego dochodzą imprezy towarzyszące, muzyka, jeszcze więcej frytek, piwa i zabawa, często trwająca do późnych godzin wieczornych. Wpływ na widowiskowość takich imprez ma także forma ścigania – wyścigi są krótkie, dynamiczne oraz przejrzyste, a z jednego miejsca widać dużą część trasy. 

Dlaczego warto spróbować? 

Kolarstwo przełajowe uczy przede wszystkim techniki. Jazda w zróżnicowanym terenie przy niesprzyjającej pogodzie pomaga w szlifowaniu wielu aspektów technicznych. Umiejętność sprawnego poruszania się w piasku, błocie czy szybkiego pokonywania ciasnych zakrętów na wąskich oponach, w dużym stopniu ułatwia jazdę na rowerze szosowym oraz górskim. Dodatkowo przełaje kształtują organizm, kształtują ogólnorozwojowo. Niska temperatura, wysoka intensywność oraz częstość startów powodują, że trenerzy w przypadku młodych adeptów kolarstwa szybko są w stanie oddzielić ziarna od plew. Od przełajów swoje przygody z kolarstwem zaczynały takie nazwiska, jak Peter Sagan, Julian Alaphilippe czy będący ostatnio na fali Marc Hirschi. 

Z drugiej strony, przełaje pomagają lepiej poznać własne ciało, odciągają od zimowych pokus, niekoniecznie związanych ze sportem, dają poczucie wolności, ale jednocześnie możliwość podjęcia współzawodnictwa. Przełaje to coś, czego warto spróbować. Oczywiście nie każdy odnajdzie się w takiej formie jazdy na rowerze, ale z pewnością warto tego doświadczyć. Po kilku zakrętach na wąskiej oponie, podbiegu na podprogowym tętnie, naprawdę łatwo jest złapać „przełajowego bakcyla”. 

 

Zapytaliśmy czterech doświadczonych zawodników (nie tylko przełajowych), co znaczy dla nich cyclocross, jak zaczynali, jak widzą przyszłość tego sportu, czy coś się zmieniło od czasów, gdy oni uczyli się sprawnie zeskakiwać z roweru, oraz jakie widzą alternatywy dla wyścigów z licencją. 

Rozmawiała: Anna Tkocz

Mirosław Bieniasz
Jeden z najbardziej utytułowanych obecnie mastersów w kraju. Startował i wciąż startuje w przełajach, XC i maratonach. Zajmuje się młodzieżą i organizuje zawody. W szkoleniu dużo uwagi poświęca doskonaleniu techniki młodych kolarzy. 

Zacząłem z grubej rury od Mistrzostw Polski w 1994 r. Jechałem na rowerze szosowym, miałem jedynie opony z delikatnym bieżnikiem i noski przy pedałach. Dostałem chyba dwa duble od Marka Galińskiego (wtedy nie ściągano z trasy), ale można powiedzieć, że tak się zaczęła moja przygoda z cyclocrossem. Potem startowałem w kratkę, bo brakowało mi rowerów, a – jak wiadomo – zawodnik z jednym rowerem w przełajach niczego nie ugra, gdy warunki robią się trudne. W tej chwili mam wrażenie, że przełaje przejmują rolę cross-country. Dzieje się tak z wielu powodów, ale głównie dlatego, że cross-country w Polsce się „poddało”. Nie ma kadry, nie ma trenera, zawodów jest niewiele, jeśli są, poziom jest bardzo nierówny i amator czuje się bardzo zdeprymowany, a trenujący zawodnik odczuwa niedosyt. Dużo zawodników z cross-country startuje w maratonach, bo one są atrakcyjniejsze, łatwiej też wybrać coś rozgrywanego pod domem. W przypadku przełajów jest inaczej: zawody Pucharu Polski i wyścigi kategorii A i B rozgrywane są co weekend, w sobotę i w niedzielę w miejscowościach w niewielkiej odległości od siebie. Wiadomo, że udział w wyścigu w miejscowości X nie oznacza, że właśnie omija Cię równie ważny wyścig w miejscowości Y. Na przełajach jest się zawsze w centrum wydarzeń. Walczy się zawsze z najlepszymi i zawodnicy, i trenerzy czują przewagę takiej sytuacji. 

Kiedy patrzę na przekrój startujących w przełajach, to rzuca się w oczy to, że w przypadku kategorii Masters i Amator 80% startujących to ludzie z MTB. Jeśli chodzi o kategorie młodzieżowe i Elitę, to zwykle zawodnicy, którzy na co dzień trenują na szosie lub na torze. Po co to robią? Głównie dlatego, że to doskonały trening w okresie zimowym, poza tym w dyscyplinach, w których technika jest traktowana po macoszemu, start i doświadczenie przełajowe daje zawodnikom niezwykłą przewagę nad rywalami, którzy tego treningu nie podejmują. Czołowi zawodnicy szosowi prawie zawsze mogą się pochwalić przełajową historią: Zdeněk Štybar, Peter Sagan czy Mathieu van der Poel to zawodnicy, którzy stosunkowo rzadko ulegają kraksom. A to rasowi przełajowcy. Na szosie od razu widać, kto „potrafi jeździć”. Tego nie da się przecenić!

 

Maksymilian Bieniasz
Młodszy brat Mirka, z doświadczeniem w prawie każdej dyscyplinie. Wielokrotnie na podium pucharu i mistrzostw Polski w przełajach i cross-country. Dużo ściga się poza granicami kraju, dużo komentuje, wnikliwy obserwator polskiego i zagranicznego podwórka.

Mój pierwszy wyścig przełajowy przejechałem w 1993 r. i myślę, że będę jeździł do końca życia. Poza wyścigami ważne jest dla mnie, żeby pokazywać innym, że można się na rowerze świetnie bawić i przekazywać tę pasję innym. Żal mi trochę, że w Polsce ciągle przełaje (mimo świadomości wszystkich, jak dużo dają zawodnikowi) są tak mało rozpowszechnione. Podczas gdy na czeskich wyścigach na starcie w kategorii „żakini” (czyli dziewczynek w wieku 11–12 lat) staje 60 zawodniczek, w Polsce trudno naliczyć tyle we wszystkich kategoriach młodzieżowych. Na naszym podwórku mamy kilka klubów/stowarzyszeń, w których dzieciaki mają szansę na starty w p...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy