Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda , Otwarty dostęp

5 marca 2021

NR 47 (Marzec 2021)

Co zabrać w egzotyczną podróż?

181

Pomyślałem: jadę w podróż, nie mam zamiaru siedzieć przy biurku. Odpocznę od technologii. Poza tym, ludzie na forach piszą, że w drodze można doskonale obejść się bez komputera. W razie potrzeby zawsze można odwiedzić kawiarenkę internetową.

W drogę wyjechałem na początku października. Pod koniec listopada kupowałem w Gwatemali pierwszego laptopa.

POLECAMY

Zmiana punktu widzenia

Moje dwa ostatnie teksty opublikowane na łamach „bikeBoardu” dotyczyły noclegów i jedzenia w egzotycznej podróży. W obu przypadkach starałem się Was przekonać, byście polegali na otoczeniu: jeść, co oferuje dany region i spać, gdzie lokalne warunki to umożliwiają. Ostatecznie zarówno miejsc na nocleg, jak i wyżywienia dostarcza nam świat zewnętrzny. Inaczej ma się sprawa ekwipunku, który wozimy ze sobą. Jasne, w pewnym stopniu zawartość sakw będzie zależała od kierunku wyprawy: do Nikaragui nie pojedziemy przecież w puchówkach. Jednak to, co zabierzemy, jest kwestią przede wszystkim osobistą. Każdy element wyposażenia to lustrzane odbicie naszych potrzeb i zainteresowań.

Potrzeby wspólne dla większości podróżników

W Limie kupiłem dwie nowe opony. Zdjąłem mocno zużyte gumy założone tysiące kilometrów wcześniej. Jedną z nich wyrzuciłem. Drugą dołączyłem do ekwipunku. W duszny, niedzielny poranek wyjechałem z 10-milionowej metropolii i spędziłem noc na złotych klifach Paracas. Gdy mijałem jedną z niewielkich nadmorskich wsi, coś strzeliło i natychmiast poczułem obręcz tylnego koła stukoczącą po asfalcie. Nie wiem, czy trafiłem na wyjątkowo wielki gwóźdź, w każdym razie opona była rozerwana i nie nadawała się do dalszej jazdy. Wytrzymała ze mną zaledwie 200 kilometrów. Na szczęście miałem ze sobą oponę zapasową.
Na przeszło czterdziestu tysiącach kilometrów podróży podobne sytuacje wydarzyły się zaledwie trzy razy. A jednak zawsze zachęcam, by zabierać ze sobą dodatkową oponę. Można objąć nią tylne sakwy, wówczas nie zajmuje dodatkowej przestrzeni. Podobnie wszyscy się zgodzimy, że w drogę warto zabrać namiot, kuchenkę czy aluminiowy garnek.
 


Szczegóły kuchennego zaopatrzenia to już kwestia osobista: ja wożę ze sobą kawiarkę, łyżkę, widelec, scyzoryk i małą grzałkę elektryczną. W worku z narzędziami mam niemal kompletny zestaw kluczy do rozebrania i ponownego złożenia całego roweru: może to przesada, chociaż wbrew pozorom nie zajmuje aż tak dużo miejsca. Opcja minimum to byłaby pompka, smar do łańcucha, łatki, klej, klucz 15 czy inny odpowiedni do ściągnięcia kół. Mimo taśmy antyprzebiciowej między dętką a oponą popularna guma to jednak najczęstszy problem techniczny na trasie (zwłaszcza w regionach pustynnych z dużą liczbą kaktusów!). Z części zapasowych warto mieć ze sobą także dodatkową dętkę, klocki i linki hamulcowe.
 


Ubrania? Tak. Jakie?

To znów kwestia gustu. Osobiście nigdy nie zaprzyjaźniłem się z rowerowymi ciuchami. I nie wiem, czy w długiej podróży są rzeczywiście przydatne. Po pierwsze, jeśli zabierasz ze sobą obcisłe spodenki rowerowe, musisz zabrać ze sobą także krótkie spodenki nierowerowe. Będą Ci przecież potrzebne do funkcjonowania w miastach i miasteczkach, gdy akurat nie będziesz w drodze. Jeśli natomiast pedałujesz w zwykłych spodenkach, oszczędzasz sobie zabieranie tych sportowych.
Po drugie, gdy ludzie widzą osobników na objuczonych sakwami rowerach i tak już mają nas za kosmitów. Sportowe ciuchy tylko zaostrzałyby dystans i obcość między podróżnikiem a miejscowym. Wolę, by ten dystans był jak najmniejszy, bo w drodze bardziej niż kilometry interesują mnie spotkania. I także dlatego wolę ubierać się zwyczajnie, a jeśli to możliwe: naśladować lokalną modę. Po północnej Kolumbii pedałowałem w trzewikach z podeszwą z opony samochodowej, po Panamie – w panamskim kapeluszu. W Argentynie kupiłem sobie gauchowskie spodnie typu bombacha, a w Wenezueli: bordową koszulkę reprezentacji narodowej (z długim rękawem: świetnie chroni ramiona przed tropikalnym słońcem!).
 


Laptopy, deski i sztalugi

Zbliżał się wieczór, kiedy docierałem do jednej z maleńkich wiosek rozrzuconych z rzadka po bezkresnej równinie południa Wenezueli. Przy zakurzonych uliczkach stało raptem ze trzydzieści domów. W środku osady, na zadaszonym, betonowym boisku, kończył się mecz 10-letnich piłkarzy. Jak wiecie z poprzednich tekstów, zadaszone boiska należą do moich ulubionych miejsc noclegowych. Oparłem rower o drewnianą trybunę, usiadłem ciężko, zmęczony międzyzwrotnikowym upałem. Poszukałem kranu z wodą. Na placu gry pozostała dwójka dzieciaków wymierzających sobie rzuty karne postrzępioną piłką.
Wyciągnąłem ukulele, zagrałem kilka melodii. Zbiegło się więcej dzieci. Potem starsi. Rozmawialiśmy. Ktoś przyniósł makaron z kurczakiem. Poznałem życzliwych ludzi. W Meridzie zamieniłem ukulele na cuatro llanero, wenezuelski instrument strunowy, który jeździ ze mną do dziś.
Muzyka towarzyszy mi od małego i nie mogłem wyruszyć w podróż bez choćby substytutu gitary. W drodze okazało się, że tak jak rower wzbudza ciekawość miejscowych, tak dźwięki ułatwiają kontakt, wzbudzają emocje: zwłaszcza jeśli nieznajomy na rowerze zagra znane wszystkim melodie.
Nie wszyscy są amatorami muzyki. Podobnie nie każdemu w podróży przyda się laptop: tak się składa, że lubię pisać, więc mnie jak najbardziej służy. Widziałem ludzi, którzy pedałowali wzdłuż peruwiańskiego i ekwadorskiego wybrzeża z przytroczonymi do roweru deskami surfingowymi. Inni wozili czekany i raki, i zdobywali po drodze wszystkie andyjskie szczyty. Cyrkowcy jeździli z pi...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy