Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

20 września 2022

NR 63 (Wrzesień 2022)

Zdrowie w egzotycznej podróży

0 95

Czy przyszło mi chorować na którąś z tropikalnych przypadłości? Cytuję to pytanie, bo zazwyczaj w wątku zdrowia pada jako pierwsze. Tak, w Wenezueli zaraziłem się wirusem zika: męczyła mnie silna gorączka pospołu z czerwonawą wysypką. Czytelnik zadowolony? To teraz możemy przejść do pozostałych zagadnień.

W Panamie, Kolumbii, Wenezueli i jeszcze raz w Paragwaju dopadło mnie zapalenie ucha zewnętrznego. To zdecydowanie najczęstsza dolegliwość – obok zwykłej grypy – która przypadała mi w udziale podczas kilkuletniej już podróży. Ale również nie o tym traktował będzie ten tekst. Ostatecznie artykuł nazwałem: zdrowie (a nie choroba!) w egzotycznej podróży.

POLECAMY

Godziny pracy, godziny życia

Niecierpliwym zapowiadam, że do chorób jeszcze wrócimy. Chciałbym jednak odciąć się na dobry początek od powszechnego pojmowania zdrowia jako zagadnienia związanego z lekarzem, szpitalem czy tabletkami. Będzie to truizm, ale w zalewie reklam środków przeciwbólowych, maści i cudownych mieszanek witaminowych warto przypomnieć, że zdrowie zależy bardziej od naszego stylu życia niż od stanu magazynowego pobliskiej apteki.

Kiedy już to sobie uświadomimy, możemy bez owijania w bawełnę przejść do tytułowej kwestii zdrowia w podróży: otóż podróż nie jest zagrożeniem dla naszego zdrowia. Jest dla niego szansą. Zwłaszcza podróż rowerowa. I to wcale nie dlatego, że przy pedałowaniu rosną nam wzorowe łydki i mięsiste gule na kolanach. Rzecz raczej w tym, że w długiej podróży jesteśmy w stanie dać naszemu ciału dwa największe skarby: czas i uwagę.

Pozwolę sobie zacząć od własnej historii. Pamiętam, że w czasach, gdy mieszkałem w Krakowie, spałem niewiele. Znad biurka patrzyła na mnie srogim wzrokiem lista zadań na bieżący i kolejne dni. Ta lista nigdy się nie kończyła i miałem nieodparte wrażenie – dobrze to pamiętam! – że gdyby choćby jeden dzień wypadł z kalendarza, moje życie ległoby w gruzach. Wówczas już na pewno nie zdołałbym wypełnić wszystkich czekających na moją interwencję obowiązków.

A potem wsiadłem na rower, minął dzień, tydzień, minęło kilka lat i jak dotąd – przynajmniej z tego, co mi wiadomo – świat się nie zawalił. Wręcz przeciwnie: niebieski glob nawet nie zorientował się, że moja lista niekończących się zadań wylądowała w śmietniku.

Podczas godzin pedałowania miałem czas, by posłuchać, co mówi ciało. Bo ciało mówi, owszem. Weźmy sen: ile godzin powinien spać człowiek? Siedem, osiem? Być może, ale który człowiek i w którym momencie? Którego dnia? Miasto narzuca nam rytm życia wyznaczony harmonogramem pracy czy godzinami otwarcia urzędów, ignorując jednak zmienne potrzeby naszych organizmów. Iść spać wtedy, gdy czujemy senność i budzić się, gdy naturalnie otworzą nam się oczy, to jedna z tych cudownych terapii, które możemy sobie zafundować właśnie podczas podróży. I to zupełnie za darmo.

Podobnie w przypadku jedzenia. W codziennym pośpiechu zwykliśmy jeść, kiedy nam się pozwala. Wchłaniamy więc to, co da się najszybciej przygotować lub zakupić, spożywając składniki i potrawy z przyzwyczajenia, a nie z potrzeby. Są osoby, które dzień w dzień jedzą mięso, bo, cóż, tak już się przyjęło, natomiast w ich stylu życia trudno szukać podstaw dla potężnej dawki kalorii i białka, które sobie serwują.

W podróży zdałem sobie sprawę, że wsłuchując się w potrzeby własnego ciała, mogę bezbłędnie wskazać, czego danego dnia potrzebuję. Nie chodzi o zachcianki, tylko rzeczywiste potrzeby organizmu. Chwila introspekcji i już wiem, że dziś to będzie soczewica, ryż, ziemniaki, cebula i marchew. Przyrządzam gulasz. Pełnia, którą odczuwam po posiłku, potwierdza mi, że się nie pomyliłem. I to wszystko bez sztabu dietetyków i suplementów w proszku.

Zostało nam jeszcze zdrowie psychiczne, ale to może temat na osobny artykuł!

1. Paragwajskie śniadanie: mbeyú – placek ze skrobi z manioku i sera, i cocido quemado – herbatka z yerba mate i karmelizowanym cukrem. Zazwyczaj z mlekiem. Wszystko świeżo przygotowane i bez konserwantów. 
2. Banan, najlepszy przyjaciel rowerzysty. Przejeżdżając przez kolumbijską prowincję warto zakupić gałąź bananowca na przydrożnym straganie. 
3. Na jednej z wenezuelskich plaż.

Ziemniaki na śniadanie

Tyle o zdrowiu jako o szansie, którą daje nam podróż. Natomiast podróż niezwykła, egzotyczna oferuje nam szansę dodatkową: w krajach mniej uprzemysłowionych na stołach dominuje żywność nieprzetworzona. Pozwolę sobie przypomnieć anegdotę z tekstu dotyczącego jedzenia w egzotycznej podróży. Na drugi dzień po przylocie do Meksyku wyskoczyłem do miejscowego sklepu w poszukiwaniu czegoś na śniadanie. Pytałem, ma się rozumieć, o to, do czego byłem przyzwyczajony w Polsce: chleb na spulchniaczach, żółta bryła 15 zł/kg zwana serem (ale o dziwnym posmaku zdradzającym intymne kontakty z przemysłem chemicznym) i szynka wyprodukowana z 50 gramów mięsa na 100 gramów produktu gotowego, gdzie nikt nie wie, co składa się na pozostałe 50 gramów. Otóż w meksykańskich sklepach – tych zwykłych, osiedlowych – tego typu produktów albo w ogóle nie było, albo były, ale piekielnie drogie. Jednocześnie na chodnikowym straganie sympatyczna sąsiadka oferowała tortillę – placek z mielonych ziaren kukurydzy – nadziewaną świeżo posiekaną cebulą, świeżo posiekanym pomidorem, świeżo zmielonym i przygotowanym mięsem. Wszystko tam było świeże.

I chociaż jedzenie na śniadanie gotowanych ziemniaków (Boliwia) czy rosołu na kości (kolumbijskie Andy) to na pierwszy rzut oka dziwaczne pomysły, niewiele kosztowało mnie porzucenie na stałe wysoko przetworzonej żywności. Lata później, gdy dotarłem do Argentyny, ponowne codzienne spożycie chleba spowodowało we mnie uczucie ciężkości.

Do dziś został mi brak zainteresowania wielkopowierzchniowymi supermarketami. Bywa, że do nich wejdę. Popatrzę na te półki uginające się pod tysiącami puszek, plastikowych pudełek, kartoników i foliowych torebek, które kryją w sobie obietnicę pożywienia. Wzruszam ramionami, jakby nie rozumiejąc, po co to wszystko, przechodzę do działu z wytrawnym czerwonym winem – dobre na trawienie po wspomnianym gulaszu z soczewicy! – i wychodzę. Do zakupów spożywczych w zupełności wystarcza mi warzywniak i sklep dietetyczny (ten z soczewicą na wagę).

Choroby w egzotycznej podróży

A co, gdy mimo wszystko przyplącze się choroba? Może okazać się, że rozwiązanie problemu czeka tuż za rogiem: na stoisku lokalnego sprzedawcy emolientes, peruwiańskiego napoju z ziół leczniczych serwowanego w niskich masywnych szklaneczkach. Zwłaszcza w społecznościach andyjskich ziołolecznictwo nie dało się zepchnąć w cień przemysłowym tabletkom i syropom o naukowych nazwach....

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy