Dołącz do czytelników
Brak wyników

Aktualności 2021

15 lutego 2021

NR 46 (Styczeń 2021)

Wybór redakcji – sezon 2020

118

W ubiegłym roku nieśmiało ujawniliśmy osobiste preferencje redaktorów „bikeBoardu” i ponieważ spotkało się to z ciepłym odzewem Czytelników, powtarzamy akcję. Obiektywizm niezbędny podczas testowania rowerów to sztuka kompromisów. Ale my też mamy swoje opinie i jedne rzeczy lubimy bardziej, inne mniej, dlatego także w tym roku omawiamy produkty i wydarzenia, które w 2020 r. zrobiły na nas największe wrażenie. Nie ustaliliśmy listy, nie omawialiśmy za i przeciw w trakcie kolegiów redakcyjnych, po prostu każdy z nas mógł wybrać trzy, a wybory uzasadnić. Jesteśmy ciekawi, co na Was zrobiło w tym roku największe wrażenie, co uważacie za produkt/wydarzenie roku, bo mieliście okazję sprawdzić to na własnej skórze, albo co spośród ubiegłorocznych premier wydaje się Wam kamieniem milowym rozwoju kolarstwa i roweru? 

 

Miłosz Kędracki

Muszę zmienić moją stopkę w internecie, bo piesze szlaki pokonywane „góralem” przestały mnie cieszyć. Coraz większą przyjemność w covidowym sezonie odnajdowałem w przypominaniu sobie podkrakowskich wycieczek MTB, ale z pokładu gravelówki. Szutrowe i asfaltowe dojazdówki przestały być nudną koniecznością, stanowiły o przyjemności z pokonanego dystansu, a jurajskie downhille, których w latach 90. ubiegłego wieku poszukiwaliśmy na freefidówkach o skoku 100 mm, okazały się na gravelu bardzo ekscytujące. Ograniczoną liczbę wyjazdów enduro zrekompensowały mi w tym roku poprawione Wilcze Ścieżki w Wilkowicach i całkiem nowe rychlebskie odcinki – z jazdą po wielkich kamieniach. Rąbanka w starym stylu, ale okraszona dodatkiem flow pozwala mi lepiej docenić postęp w budowie rowerów. 

POLECAMY

Trek Slash

Miałem okazję jeździć na Geometronie oraz nowym Antidocie i zauważyłem, że te rowery niesamowicie ułatwiają życie na zjazdach, zwłaszcza w trakcie pokonywania dużych przeszkód czy skakania. Przy jeździe po łatwiejszych i bardziej płaskich trasach wymagają jednak ogromnej pracy dla uzyskania zamierzonej linii. Trek w radykalizacji geometrii stoi o pół kroku za rewolucjonistami i mnie, rowerowemu „normalsowi”, pozwala zachować prędkość i panować nad jazdą i zakrętami bez przesadnych ruchów ciałem. Trek Slash jest jeżdżącym dowodem na to, że w geometrii rowerów enduro nie trzeba obawiać się już ogromnego rozstawu osi i długiego tylnego wahacza. Nie mam wątpliwości, że tak wkrótce będzie we wszystkich rowerach tego gatunku, ale jest też spora szansa, że pozostałe dziedziny kolarstwa górskiego będą korzystać z tych doświadczeń. Slash ma duży reach, ale nawet w rozmiarze L nie przekracza wartości pół metra, którą reprezentują wspomniane bardziej radykalne pod tym względem rowery. 
Dotychczas wydawało mi się, że skracanie ogona dla łatwiejszego wychodzenia z zakrętów pozwala osiągnąć odpowiedni kompromis. Ale w takim układzie większość akcji na zjazdach odbywa się z tyłu roweru. Geometria Slasha przekonała mnie, że kluczowy jest dystans pozostawiony między osiami i pozwalający optymalnie regulować docisk obu kół do podłoża. Wywołana rozstawem osi i kątem główki stabilność Slasha otworzyła mi oczy na to, co jest możliwe na rowerze, zmniejszyła wrażliwość bezpieczników prędkości i lotu. W połączeniu z jakością pracy zawieszenia mogę sobie pozwolić na wygłupy w miejscach, w których na innych sprzętach walczyłem o życie. Owszem, tym rowerem trudniej jest jeździć w ciasnych pasażach, ale kompromis, jaki przygotował Trek, stanowi o jednym: na tę chwilę Slash jest dla mnie rowerem sezonu 2020/21.
 


Specialized Angie

Czujnik przeciążeń współpracujący ze smartfonową (już darmową) aplikacją, pozwalający na detekcję groźnego upadku i zdalne poinformowanie najbliższych o rejonie wypadku, testowałem na sucho i już w czerwcu 2019 r. wydawał się na tyle obiecujący, że w teście przyznałem mu 5,7 pkt. Po ponad roku użytkowania wiem, że stwierdzenie, że wzywa pomoc, jest dalece przesadzone. Ale właśnie sprawdziłem, jak działa Angie w prawdziwym wypadku i dlatego umieszczam go w tegorocznym wyborze redaktorów. W przypadku utraty przytomności na dłużej podczas solowej jazdy każdy wypadek może skończyć się śmiertelnie poważnie. Wystarczyło, żeby upadek oszołomił mnie na tyle, że nie widziałem, co dalej ze sobą zrobić. Na szczęście komunikat o upadku poszybował w eter i odzew bliskiej mi osoby pozwolił lepiej się zorientować w sytuacji. Koniec końców wszystko skończyło się w miarę szczęśliwie, a rehabilitacja powoli się kończy. Mam jednak uwagi co do stosowania Angie. Koniecznie trzeba wyłączać baterię (folijką) na czas przejazdu samochodem, ponieważ wzbudzona cały czas zużywa prąd bez względu na to, czy masz czujnik na głowie, czy w bagażniku trzęsącego się samochodu. Tak jak w detektorze lawinowym polecam też wymienić baterię przed każdym wyjazdem. Ponadto kiedy już do ciebie oddzwonią i odbierzesz, nie udawaj, że wszystko jest OK i daj sobie pomóc. Dlatego w zestawie z aplikacją Specialized Ride warto mieć aplikację Ratunek i z niej skorzystać. 
 


XCC w Nové Město

Ten format wyścigów od zarania był bękartem. Wymyślili go na złość elicie zawodowców, bo coś trzeba było robić w piątek. Jednocześnie pomysłodawcy uznali, że lepiej tego ludziom nie pokazywać (kiedyś na wyścigach pojawiali się piesi kibice, ale oni trafiali na trasy dopiero w soboty i niedziele, a relacji telewizyjnej z XCC nie zrobiłby nikt o pełnym zestawie klepek w głowie), więc rzucano ochłapy punktów UCI na pożarcie młodzieży i luzerów, żeby się bili i ryzykowali życiem dla potencjalnych sponsorów. Liderzy rankingów przyglądali się temu z niesmakiem. No ale przyszedł zły COVID. Okazało się, że w XCC trzeba nie tylko wziąć udział, ale i wygrać, bo decyduje o pozycji na starcie wyścigu głównego XCO, a szeroka rozpędówka w NMNM jest krótka i startując ze środka stawki, może nie wystarczyć czasu, żeby przebić się na czoło wyścigu. Co więcej, jak są tylko dwie edycje Pucharu Świata, to gdzieś te fotki z piąchą uniesioną w geście tryumfu trzeba zrobić. No i XCC stało się maszynką do ludzkiego mięsa. Na żywo wygląda jeszcze lepiej niż fenomenalny przekaz z RedBull.tv Ja bym nawet powiedział, że w tym roku XCC był ciekawszy niż wyścig główny i nie mogę się doczekać przyszłorocznego ścigania, żeby znów zobaczyć te bitwy gladiatorów, ale popracowałbym jeszcze nad trasami. Potrzeba jeszcze więcej skakania, szerszych pasaży i następujących po nich zwężeń, więcej rozgałęzień linii z różnymi opcjami, przeszkód, żeby zamiast kręcić się w kółko pokazać skrzyżowanie runmageddonu z Takeshi Castle na rowerach MTB.
 

 

 


Maciek Machowski

Po metryce MAMIL, rozmiar XL. Amator techniki, elektroniki i nowości. Czas na TCR Advanced z Di2 i mocomierzem przeplata świnieniem się na chińskim facie i ścieżkowaniem na Epicu FSR. Kręci się po podkrakowskich drogach i lasach, nieregularnie wyścigowo. Zimą zachodzi w virtual. W sezonach bez kontuzji do 7000 km.

Shimano GRX

Formalnie premiera trzech nowych grup tego osprzętu przeznaczonego do rowerów CX i gravelu odbyła się jeszcze w 2019 r., ale w praktyce do sklepów trafił na początku 2020 r., co daje mi teraz okazję do podkreślenia wagi tej premiery. GRX-em Shimano uzupełniło lukę w ofercie – przez kilka kluczowych lat gwałtownego wzrostu popularności kolarstwa szosowo-wszechnawierzchniowego, zapożyczone z MTB napędy 1x z kasetami o dużym zasięgu – można było kupić tylko od SRAM. Shimano miało tylko prowizoryczną łatkę w postaci przerzutek tylnych Ultegra RX ze stabilizującym łańcuch sprzęgłem. GRX oprócz usprzęglonych przerzutek na trzech poziomach cenowych wprowadził też uniwersalne korby, do których można założyć jedną lub dwie zębatki. Bardzo dobrze dobrano ich wielkości (46/30, 48/31). Kasety mogą mieć oficjalnie nawet 34 zęby, a nieoficjalnie nie ma problemu ze znacznie większymi. Szczególnie ważne są klamki – szczególnie udany nowy kształt opracowano dla wersji GRX 815 Di2. Napęd i hamulce działają doskonale od ekonomicznej wersji 400 – odpowiednika Tiagry, po 810 – odpowiednika Ultegry. Dłuższe i nieco bardziej kanciaste niż w Ultegrze i Dura-Ace nowe klamki spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem i uniwersalnie są nazwane najwygodniejszym kokpitem w branży. To podobno efekt badań nad ergonomią długotrwałej jazdy w górnym chwycie. Spodziewany w 2021 r., na stulecie Shimano, Dura-Ace 9200 będzie naszym zdaniem miał bardzo podobne.
 

 

Zwift la France

2020 to rok spektakularnego wzrostu popularności wirtualnego ścigania – oczywiście na skutek izolacji. Tour de France zaliczył w 2020 r. dwa miesiące opóźnienia ze względu na pandemię. W tradycyjnym terminie na początku lipca ruszył tylko wyścig wirtualny na platformie Zwift. To oczywiście nie był pierwszy wyścig wirtualny, nawet nie pierwszy etapowy. Uwagę chciałem zwrócić na nowe trasy i dynamiczny, choć bolesny rozwój rowerowego e-sportu. Już wcześniej Zwift replikował prawdziwe trasy wyścigów w wirtualu – zaczęło się od trasy Tri po Londynie, potem była trasa Mistrzostw Świata w Richmond, Innsbrucku… Zwiftowe wirtualne światy „Francja” i „Paris” składają się z 10. odcinków, 8. we Francji, 2. w Paryżu. Najbardziej spektakularne to Ven-Top – monstrualny podjazd na replikę Mt. Ventoux – prawie 1500 m w pionie na ok. 20. kilometrach, oraz ikoniczny Champs-Élysées z brukiem, Łukiem Tryumfalnym itd. Pozostałe urozmaicone trasy, przy dodaniu odrobiny wyobraźni pozwalają wejść w atmosferę francuskiej prowincji i odetchnąć od najbardziej objeżdżonego kawałka świata – Watopii.
 



Notio Konect

Do tegorocznego dodatku specjalnego do „bB” – „Triathlon” testowałem nowe urządzenie Notio Konect – aerometr, którego celem jest mierzenie zmian oporu aero w terenie, np. na trasie wyścigu TT lub Tri. Dzięki wbudowanej baterii sensorów i układom obliczeniowym daje unikalną możliwość śledzenia CdA na bieżąco na ekranie komputerka rowerowego i ulepszania lub pilnowania pozycji. Po zakończonej jeździe można do woli analizować dane na komputerze w bardzo rozbudowanej aplikacji treningowej. Małe, mocowane pod kierownicą pudełko właściwie zastępuje tunel aerodynamiczny i pod tym względem to przełomowe dokonanie inżynierów Argona. Na razie Konect ma wiele wymagań (mocomierz, sensor prędkości, komputerek koniecznie Garmina, iPhone). Żeby skorzystać z danych, trzeba się też mocno dokształcić z metodyki badań, statystyki i fizyki. Myślę, że niedługo na bazie takiego urządzenia będą dostępne bardziej przystępne rozwiązania oferujące konkretne porady, jak być szybszym. Będzie wtedy można spojrzeć w przeszłość i powiedzieć, że to wszystko zaczęło się od Konectu.
 

 

 

 

Anna Tkocz

Wiecznie niezdeklarowana – obojętne na czym, byle jeździć. Posiadaczka starej Madone poniżej 6,8 kg, złotego Crocketta, który myśli, że jest gravelem oraz Stumpjumpera z 2019 r., na którego wydała swoje ostatnie pieniądze po dwóch dniach testowania go na zakazanych ścieżkach Małej Fatry. Zakorzeniona na Śląsku, miłośniczka czeskich szos oraz beskidzkich dzikich singli. Mimo przysiąg porzucenia ścigania wciąż to robi, w ostatnim roku głównie w gravelowych ultra. 

 

Knog PWR Road 600L 

Można powiedzieć, że ta lampa kilkukrotnie uratowała mi w tym sezonie skórę. Kupiona została specjalnie na wyścig Poland Gravel Race, z myślą jednak o kolejnych planowanych w tym roku wyścigach ultra i ewentualnej jeździe po ciemku. Brała również udział w pieszych wędrówkach, jeździła w damskiej torebce pociągami i tramwajami, nocowała w śpiworze gdzieś na skraju bieszczadzkiego lasu, ładując niejedno urządzenie i przede wszystkim oświetlając drogę przez długie godziny nocnych jazd od lipca do pierwszego śniegu. W ciągu pięciu miesięcy osiągnęła już wygląd świadczący o przygodach i tarapatach, w jakie niejednokrotnie wpadała, zachowując jednak niezłomnie swoje ponadprzeciętne umiejętności w zakresie: świecenia oraz ładowania innych urządzeń. Oczywiście szczypałam się jak diabli, bo intuicja podpowiadała mi, że lampa ta bez dodatkowego akumulatora wciąż pozostanie pospolitą, acz solidną latarką. Zakup lampy i zapasowego akumulatora o pojemności 5000 mAh wciąż pozostaje jednym z moich najgrubszych finansowych poświęceń tego roku, gdyż to wydatek 400 + 270 złotych. Wykonana z aluminium lampka Knog PWR Road 600L mocowana jest do obejmy na kierownicy poprzez prowadnicę w latarce i utwierdzona poprzez dokręcany zacisk. Początkowo wydawało mi się to niezgrabne, gdyż pokrętło zacisku jest niewielkie, ale nawet zmarzniętymi rękami da się tę latarkę zamontować i zdemontować. Wymienialny zewnętrzny akumulator ma wejście USB, dzięki czemu może służyć jako powerbank do ładowania innych urządzeń, co w moim przypadku wiele razy się przydało. Lampa ma kilka trybów świecenia i możliwość indywidualnego programowania ich po podpięciu lampki do komputera dołączonego do zestawu kablem (konieczna jest aplikacja Mode-Maker App). Wielokrotnie używana w terenie podczas gravelowej jazdy lasem i po bezdrożach, na średnim trybie jasności, pozwalała na przemieszczanie się przez minimum cztery godziny po zapadnięciu ciemności (na dłuższą jazdę nikt zwykle nie miał już ochoty). Lampie do tej pory nie zaszkodził ani deszcz, ani jazda w torbie wraz z ekwipunkiem i narzędziami. 600 lumenów to jasność wystarczająca do jazdy w zalesionym, trudniejszym terenie, więc nada się również do MTB. 
 



Great Lakes Gravel

To był mój czwarty gravelowy wyścig w tym roku i drugi w formule ultra. W sumie zamiast słów „w tym roku”, mogłabym użyć sformułowania „w życiu”, bo taka jest prawda. Zostałam ofiarą plagi gravelowych wyścigów 2020 r. Najwięcej odnajduję tu analogii do maratonu MTB, choć poza umiejętnością jeżdżenia po piachu i gruzie, technika jazdy odgrywa tu znikomą rolę. Takie wyścigi polegają przede wszystkim na jechaniu przed siebie i czerpaniu radości z samego przemieszczania się. Dlaczego GLG dostaje ode mnie gwiazdkę? Gdyż wszystko na tym wyścigu było hołdem dla jazdy przed siebie: cudowne fale krajobrazu Warmii, Suwalszczyzny i Mazur, szybkie przejezdne szutrówki pod kołami, trasa bez niespodzianek, znikomy ruch samochodów i świadomość, że na mecie czeka piwo i posiłek, na który stanowczo po 470 kilometrach się zasłużyło. Jeśli ktoś z Was ma ochotę na start w 2021 r., a nie zarejestrował się na liście startujących 11 listopada o 11:11, musi obejść się smakiem – 400 miejsc rozeszło się w niespełna godzinę. Nie wiem, jak organizatorzy to robią, ale robią to dobrze!
 

 

Effetto Mariposa Végétalex

A co, jeśli ja nie chcę lać w opony czegoś, co po paru miesiącach stanie się okropną, szkodzącą środowisku gumą o wątpliwym czasie rozkładu? No bardzo proszę: oto wegańskie mleczko do opon od szwajcarskiego producenta znanego Caffélatex (który zresztą ma nazwę, która bije na głowę wszystkie inne). Drobinki uszczelniające Végétalex są pochodzenia roślinnego, gdyż to zmielone pestki oliwek oraz naturalne włókna celulozy, a samo mleko jest w pełni biodegradowalne i nie zawiera plastiku. Spoiwem jest tu guma ksantanowa, którą otrzymuje się z prostych cukrów. Wychodzi wprawdzie trochę cięższe niż standardowe Caffélatex, gdyż do opony należy go nalać o 20% więcej niż standardowego, ale za to przy odpowiedniej szczelności samej opony wytrzyma cały sezon. Najlepszą cechą Végétalex jest to, że zmywa się go gąbką przy użyciu wody z mydłem, więc walka nawet z bardzo złośliwą oponą nie stanowi zagrożenia dla czystości otoczenia. 
 

 

 


Rafał Czarkowski

W branży od ładnych kilku lat, konstruktor i tester. Prywatnie ujeżdżający Antidote Carbonjack 27,5 oraz znane z legend koło 26” w rowerze XC. 
W kolekcji ma też szosę z napędem 1x11, bo gardzi przednią przerzutką.

Shimano Deore

Grupy XT i SLX były powrotem Shimano do wysokiej formy i choć firma zaliczyła wpadkę z bębenkami MicroSpline, a w zasadzie z ich ograniczoną dostepnością, tak teraz można przebierać w opcjach. Co mają począć użytkownicy starszych rowerów, którzy nie chcą i nie mogą wydać kasy na kompletną grupę albo nie mają możliwości założyć 12 biegów?
Grupa Deore to dla mnie zaskoczenie. Jako że siedzę trochę w tematyce pisania specyfikacji rowerów, to wiem, że tak szeroka oferta daje niesamowite pole do popisu product managerom oraz zwykłym zjadaczom chleba.
Mamy tu 1x12, 1x11, 2x11, 1x10 i 2x10. Tani napęd 1x, proszę bardzo, tańsze części zamienne do grup SLX i XT też są. Kompatybilność ze starszymi grupami, no jasne. 
11- i 10-rzędowe kasety pasują na zwykłe bębenki i choć trzeba dobrać do nich przerzutkę, to i tak zwiększają liczbę opcji. Wkurzają Cię Twoje stare pozbawione hamulca przerzutki, proszę, jest i coś dla Ciebie. Wiadomo, wygląd to kwestia gustu, ale Deore wygląda dużo lepiej niż stara wersja. Mam tylko nadzieję, że prostsza budowa da też trochę więcej trwałości, z której wyższe grupy nie słyną. Taka l...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy