Dołącz do czytelników
Brak wyników

9 września 2022

NR 62 (Sierpień 2022)

W poszukiwaniu planinskiego pupka, czyli rowerami po Słowenii z pomocą kampervana

0 280

Jest grudniowy wieczór, gdy w trójkę (Maciek M., Zbyszek M. i ja) na teamsie, „palcem po mapie” omawiamy pomysły na rowerowy czerwcowy bikepacking. Dużo wskazuje na to, że będzie to gravelowa pętla po zachodniej Słowenii, ale ostatecznie, po realnym teście na lokalnym podwórku, rezygnujemy z bikepackingu na rzecz bike-kamper-vaningu. Nie rezygnujemy ze Słowenii – tamtejsze góry, piękna przyroda, krasowy charakter Alp, o którym każdy słyszał, oraz profil terenu, jaki czytamy z map, wskazują, że na pewno będzie ciekawie.

Decydujemy się na 8-dniowy wyjazd zbyszkowym kamperem w 4-osobowym składzie, gdyż werbujemy jeszcze Szymona, mojego 13-letniego syna. Piątego czerwca z pięcioma rowerami na pokładzie – cztery MTB + jeden e-MTB – bogato wyposażeni w jedzenie, namiot, karimaty, a nawet stół i krzesełka turystyczne – wyjeżdżamy z Krakowa. Po drodze śpimy na parkingu w Austrii, a rano dojeżdżamy do wschodniego krańca jeziora Wörth pod Klagenfurtem i ruszamy na pierwsze zaplanowane trasy. Dzielimy się na dwie grupy – Zbyszek z Maćkiem jadą na rowerach przez góry (przełęcz Loibl 1367 m n.p.m.) do Słowenii w okolice miasta Bled (70 km z 1700 m przewyższeniem). Ja z synem robię malowniczą pętlę (58 km/1580 m w pionie) znalezioną na Garmin Connect. Jak się później okazuje, aplikacja Garmin Connect > Trening > Kursy oraz filtrowanie po żądanym dystansie i wielkości przewyższenia z uwzględnieniem lokalizacji startu i mety trasy – to nasze główne źródło inspiracji i baza do semi-spontanicznego planowania codziennych wycieczek MTB.

Nasza pętla wokół jeziora od samego początku powoduje uśmiechy na naszych buziach. Piękne miasteczka, zadbane trawniki, wszystko cudownie ukwiecone plus niesamowicie turkusowe wody jeziora. Im bardziej pniemy się w górę, tym piękniejsze są widoki. Co chwilę robimy zdjęcia, tu i tam odpoczywamy, ba! nawet kąpiemy się w małym jeziorku Fort – w końcu jesteśmy na wakacjach. Po chwili znowu pedałujemy, a jak tylko pojawia się mocniejsze wzniesienie, staram się popychać syna lub wpinam go do kommita – rozwijanej spod mojego siodełka „smyczy” służącej do wspomagania i holowania trochę słabszych kolarzy.
Wieczorem umawiamy się wszyscy „gdzieś” w Bled, dokąd to z Klagenfurtu, po zaliczeniu naszej pętli, dojeżdżamy kamperem przez tę samą przełęcz, co chłopaki jechały na rowerach. Maciek – najlepiej z nas wszystkich operujący wszechogarniającą nas elektroniką – ustawia nam udostępnianie lokalizacji na mapach Google, po czym nie musimy bez przerwy słać zapytań „gdzie jesteście i za ile będziecie”, bo każdy na bieżąco widzi położenie pozostałych uczestników.
 

1. Perełka i wizytówka Słoweni polodowcowe jezioro Bled ze słynną wyspą Blejski Itok, w tle Alpy Julijskie.


Na obrzeżach Bled znajdujemy ciekawie pomyślany camper stop, co w Słowenii jest dość popularne – niedrogi parking z przeznaczeniem dla kamperów, z dostępem do wody i prądu, często położony w bliskim sąsiedztwie sklepów. Organizujemy szybki prysznic pod chmurką, drobne zakupy, gotujemy i jemy wspólną kolację, jednocześnie spontanicznie planując dzień drugi z podziałem na te same podgrupy. Znajduję dla Maćka i Zbyszka – który wykazuje wyczuwalny niedosyt jazdy – ciekawie wyglądający kurs – Bled MTB Maraton 2018. Trasa wygląda ciekawie – 63 km i 1900 m przewyższenia – i spotyka się z ich akceptacją.
Ja z synem planuję skromniejszą pętlę „Lago di Bled” z jednym konkretnym wzniesieniem, również znalezioną w publicznych kursach Garmina, o parametrach 43 km długości i 1172 m w pionie. Jutro weźmiemy e-MTB, aby sprawdzić baterię, przetestować rower i zobaczyć, jak się nam w ten sposób jeździ.
 

2. Urocze miasteczko Radovlijca.

 

3. Zbyszek z Maćkiem podziwiają poranne mgły i krystalicznie czystą wodę jeziora Bohinj.

 

4. Malowniczy wąwóz Vintgar na rzece Radovna.


Lago di Bled

Z Bled jedziemy na północ przez pola, łąki i sielankowe okolice, mijamy wioskę Zasip, za którą zaczyna się malowniczy szeroki szlak pieszo-rowerowy z licznymi bramkami w 12-voltowych elektrycznych pastuchach, którymi turyści, w przeciwieństwie do owiec i krów, mogą swobodnie się przeprawić. Blisko 25-kilogramowy elektryk ma w tej materii rączość zbliżoną do rozpłodowego byka i kolejna taka przeprawa zaczyna być irytująca.

Po kilku kilometrach dojeżdżamy do nieplanowanego postoju – wąwozu Vintgar na rzece Radovna, jak się okazuje jednej z największych atrakcji turystycznych Słowenii. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ściany i miejsce wydawałoby się niemożliwe do poprowadzenia jakikolwiek ścieżki, ale Słoweńcy, którzy mają wyjątkową smykałkę do komercjalizacji swojego dziedzictwa przy równoczesnym dbaniu o środowisko naturalne, uczynili z wąwozu prawdziwą perełkę. Leży on około 4 km na północny zachód od Bledu, czyli niemal w samym sercu Alp Julijskich, i koniecznie trzeba go zobaczyć. Wstęp to kilka euro, a trasa przez sam wąwóz jest jednokierunkowa w dół rzeki, z koniecznością powrotu pętlą o długości około 2 km. Różnorodność odcieni i koloru wody, szum wodospadów, drewniane schodki i balustrady oraz tarasowy charakter trasy sprawiają, że miejsce to mocno zapada w pamięć.

Wracamy do rowerów i kierujemy się na wschód, przecinając autostradę A2 w kierunku Smokuški Vrh (1122 m n.p.m.), który jest naszym celem. Po drodze krótka dwudziestoprocentowa wspinaczka asfaltem, potem malownicze jeziorka oraz długi, ale niewymagający szutrowy podjazd. Na szczycie odpoczywamy, podziwiamy okolice doliny rzeki Sawy i majaczące w chmurach szczyty. W dół trasa prowadzi świetnym singlem biegnącym dnem wąwozu, po jakimś czasie znów wracamy na asfalt i przecinamy kolejne sielankowe wioski. I nagle czeka nas odkrycie i wielkie zaskoczenie – ryneczek w miasteczku Radovlijca. Trasa na kursie Garmina wydaje się prowadzić strasznymi zygzakami, ale po chwili już wiemy, dlaczego właśnie tak ktoś to poprowadził. Czas tutaj się zatrzymał, na magicznym rynku tylko kilka osób, z otwartych okien muzeum pszczelarstwa płynie jazzowa muzyka, gdzieś w kącie stoi regał z książkami do wypożyczenia za 1 euro, dalej mała lodziarnia, obok cukiernia i kawiarnia, ukwiecone surfiniami balkony – wow! co za klimat!

Przemieszczamy się dalej w dół przez dwa mosty na Sawie i docieramy do miasteczka Bled nad magiczne jeziorko o tej samej nazwie – swoisty symbol Słowenii. Niby pięknie, bo jest pięknie, kolor wody niebywały, na środku kościółek na wyspie, ale tu już zdecydowany powiew masowej turystyki, która niespecjalnie przypada nam do gustu. Wracamy do kampera i spotykamy się z chłopakami, którzy wydają się rozczarowani trasą, którą im przygotowałem. Oboje są zgodni, że to oldschoolowy maraton z mnóstwem szutrów w lesie, pozbawiony jakichkolwiek urozmaiceń. Jury w składzie Maciek i Zbyszek postanowili nie przyznawać mu żadnych punktów w kategorii „epic”.
 

5. Kapliczka na Planina Uskovnica, w tle masyw Triglavu.

 

6. i 7. Malownicze jezioro Bohinj z perspektywy kajaka.

 

8. Początek podjazdu znad jeziora Bohinj, od prawej Zigi, Szymi i Łuki.


MTB Triglav National Park

Zbiera się na deszcz, więc szybko podejmujemy decyzję, by przenieść się kamperem jakieś 30 km na zachód nad Bohinjsko Jezero do miejscowości Ukanc. Świetna miejscówka – kemping Bohinj z bardzo dobrą infrastrukturą, w otoczeniu magicznej prawie przyrody. Płacimy jakieś 45 euro za 1 noc za 4 osoby i auto, rozkładamy cały nasz majdan wraz z namiocikiem dla Maćka i kempingujemy na maksa. Dzisiaj „nowe” menu, czyli tak jak wczoraj miska makaronu z warzywami i sosem, ale tym razem z dodatkiem kukurydzy. Taki jadłospis może zadowoliłby wychudzonego kuracjusza, ale my po niespełna godzinie jesteśmy znów głodni, idziemy więc do kampingowej knajpki na pizzę i pyszne espresso, by omówić plan na następny dzień.

Alpy Julijskie mogły podpowiedzieć nam wiele możliwości, ale jedna z nich brzmiała wyjątkowo kusząco: kurs o nazwie MTB Triglav National Park o długości 62 km i 1650 m przewyższenia wydawał się idealny na kolejną wycieczkę. Załadowaliśmy tę trasę do smartfonów, potem na nasze „edzie” czy inne tam „feniksy”, aby od rana mogły wieść nasze rumaki po wyznaczonym kursie.

Alarmy w naszych zegarkach odezwały się jak zwykle o 7:00, zjedliśmy muesli, przygotowaliśmy rowery, spakowaliśmy batony i banany na drogę i przed 9:00 byliśmy gotowi ruszać. Tym razem wszyscy razem we czterech, bo młodszy uczestnik wycieczki dosiadał dziś e-mtb i powinien dać radę nawet mocarnemu Zbigowi. Na początek zrobiliśmy pętlę wokół jeziorka Bohinj. Poranne mgły spowijają okolicę, tworząc niepowtarzalny klimat, zero wiatru, wszystko odbijało się w lustrze krystalicznie czystej wody. Nie mogliśmy wyjść z zachwytu nad otaczającą nas przyrodą.

Trasa na początku jest dość kamienista i wyboista, miejscami trzeba podprowadzić rower, ale po 2–3 km już pokonujemy ją w siodle. Na mocnym podjeździe prowadzącym szutrowymi serpentynami szybko robimy 500 m wysokości. Zigi ciśnie jak szalony, ale przy malowniczo położonej kapliczce na Planina Uskovnica czeka na nas, leżąc na ławce. Widok stamtąd jest rewelacyjny – otwiera się cały łuk Triglavskiego Parku Narodowego z dominującymi nad okolicą szczytami: od Śkrlaticy 2740 m n.p.m. z naszej prawej strony, przez Triglav 2864 m, Krn 2244 aż do masywu Vogel – Sija, dokąd z Ukanc kursuje kolejka wywożąca zimą narciarzy do ośrodka narciarskiego Vogel.

Tablica informacyjna dotycząca miejscowej fauny i flory mocno nas rozśmiesza, bo oto lokalna traszka górska nazywa się „planinski pupek” i staje się przedmiotem częstych żartów podczas reszty naszych wycieczek. Dalej szutrowo-kamienistymi ścieżkami docieramy na wysokość ponad 1400 m do ośrodka narciarstwa biegowego Rudno Polje. Piękne zielone boisko, równiutka pętla nartorolkowa, bogate zaplecze sportowo-rekreacyjne, wydzielone pola do strzelania dla biathlonistów, wszystko zadbane, poukładane i przemyślane. Czemu tak nie może być u nas? Wiem, że nie wszyscy na to zwracają uwagę, ale mnie – zapaleńca biegówek – takie miejsca wciąż ekscytują.

Nasza trasa biegnie teraz w dół przez doskonale utrzymane szutry, więc kilometry uciekają. Po drodze robimy krótki odpoczynek, tu widzimy fajne zdjęcie na tablicy – domki pasterskie i boska panorama gór, ale nie mamy czasu kombinować, jak tam dojechać. Po 20 minutach, ku naszemu zaskoczeniu, jesteśmy dokładnie w tym miejscu. Widoki znów zostawiają nas w szoku. Siadamy na ławce i delektujemy się powalającym krajobrazem, ciszą i przestrzenią gór.

Z hali ostro i technicznie prujemy w dół, więc rozdzielamy się na dwa zespoły, aby za dużo na siebie nie czekać. Po drodze mijamy cerkwie, kolejne sielankowe wioski, odbijamy na krótko do punktu widokowego, a stamtąd już tylko w dół nad jezioro do miasteczka Ribćev Laz. Robimy postój na kilka fotek, a tu niespodziewanie Zbyszek z Maćkiem oferują lody i pływanie kajakiem. Chwila namysłu i po porządnej dawce cukru zmieniamy dyscyplinę z nożnej na ręczną. Wypożyczamy kajaki i płyniemy na drugą stronę jeziorka. Jest pięknie, pogoda niesamowita, robimy sobie zdjęcia i cieszymy się chwilą.

Po godzinnym wiosłowaniu (10 euro od osoby), ponownie wracamy do naszej koronnej dyscypliny. Przed nami ostatnie 5 km trasy do kempingu i fantastyczny techniczny singiel poprzecinany kilkoma trudnymi kładkami, które przejeżdżamy z obawą, czy aby opony nie wpadną między dwie deski każdego z tych mostków. Jak dobrze, że wczoraj się upierałem, aby nie wracać asfaltem wzdłuż jeziorka, tylko spróbować pojechać tą przerywaną na mapie linią. Zigi mknie szybko do przodu, Maciek jak zwykle technicznie wymiata, ja próbuję gonić, ale gdzieś przypadkowo zaliczam niegroźną glebę, zahaczając pedałem o niewidoczny kamień, a Szymon? Dla niego to za trudne wyzwanie, więc jedzie prosto na kemping przygotować wszystkim jedzonko, tym razem dla urozmaicenia… makaron, ale z kiszonymi ogórkami. Siadamy, zajadamy i emocjonujemy się naszą przepiękną wycieczką z kapitalnym końcowym akcentem w postaci tajnego singla.
 

9. Zwierzątko, którego szukaliśmy.

 

10. Niebiesko zielone wody rzeki Radovna w wąwozie Vintgar.

 

11. Przystawka obiadowa – makaron z kukurydzą i ogórkiem kiszonym na kempingu w Ukanc.

 

12. Domki pasterskie na jednej z wielu spotkanych hal, w tle masyw Alp Julijskich.


Słoweńskie podziemia

Po posiłku idziemy na kawkę i planujemy kolejny dzień. Prognoza nie jest ciekawa, więc Zbyszek rzuca pomysł odwiedzenia Škocjanskich Jam. Wszyscy jesteśmy na tak, bo to idealny odpoczynek dla naszych nóg w środku intensywnego wyjazdu. Rano jeszcze odwiedzamy pobliski, ponad 70-metrowy wodospad Savica wpadający do jeziora Bohinj – uznawany za jeden z najpiękniejszych w Słowenii. Prognozowany deszcz jakoś nie nadchodzi, a chwilami przebłyskuje słońce, dodając kolorytu temu pocztówkowemu wręcz krajobrazowi.

Trzymamy się planu i z Ukanc jedziemy dwie godziny na połu...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy