Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

13 lipca 2020

NR 41 (Lipiec 2020)

W czym jeszcze możemy Ci służyć? - Urugwaj na rowerze

29

Na pocztówkach wychodzi z plażą na pierwszym planie. Na mapie: jako niewielki, nizinny ochłap ziemi wciśnięty między Argentynę a Brazylię. „Będzie łatwo” – myślę, nie podejrzewając, jak bardzo się mylę. W Urugwaju nie ma gór, ale fale nie kończą się wraz z morzem na modnych plażach Punta del Este. Cały kraj faluje we wzniesieniach i pagórkach, za którymi kryją się nieliczni, ale bardzo pomocni ludzie. To oni łagodzą zmęczenie podczas nieustającej sekwencji podjazdów.

Battle y Ordoñez to jedno z niewielkich miasteczek zagubionych pośród wzgórz na głębokiej prowincji. Mamy październik, a tegoroczna zima – bo jesteśmy na półkuli południowej – przedłuża się wyjątkowo: tak przynajmniej się mówi. I tak też się czuję, kiedy w kurtce i długich spodniach (w kurtce i długich spodniach wiosną, w strefie podzwrotnikowej?) siedzę na skraju rynku. Plecami do zimnego wiatru z południa, twarzą do budynku szkoły. 
Zza oszklonych drzwi wychodzi potężna kobieta. Na jej głowie sterczy wysoka, biała czapka kucharska, z szyi zwisa fartuch: taka kucharka przerysowana, karykaturalna, wyjęta wprost z dziecięcych komiksów. Wstaję, biorę w rękę termos i proszę o wrzątek na yerba mate. Odpowiada z szerokim uśmiechem, z radością i szeroko otwartymi oczami, po czym znika za drzwiami szkoły. Wraca z termosem, z torbą owoców, z pytaniem: masz swój talerz, swoją menażkę? Mam, przekazuję, a ona znów znika za drzwiami, wraca z obiadem i pyta: „W czym jeszcze możemy Ci służyć?”. Potem kontynuuje serię standardowych pytań, takich jak zawsze: skąd jesteś, dokąd jedziesz, jak cię traktują deszcze tej kapryśnej wiosny? Na to ja, że z Polski, że rowerem z Meksyku, ona: „Od dawna?” Sześć lat, mówię. „Sześć?” No, na to by wychodziło, od 2013 do 2019 r., sześć lat. „A w Urugwaju już długo?”. Nie tak bardzo, ze dwa tygodnie raptem. Na razie. 
Most z Colon w Argentynie do Paysandu w Urugwaju jest długi i unosi się wysoko nad najgłębszym biegiem rzeki, aby umożliwić bezproblemową żeglugę towarową. To taka zapowiedź: pierwszy podjazd w Urugwaju, pierwszy z setek, może tysięcy powtarzających się wzniesień. Także tam, na granicy w Paysandu dostaję zapowiedź istotnego ułatwienia, które będzie mi towarzyszyć przez większą część podróży po kraju. Miasteczka urugwajskiej prowincji zwykły dysponować albo gminnym kempingiem, albo parkiem za miastem, na którym bez problemu i bez opłat można rozbić namiot. Bezpieczeństwo? „Na prowincji nie ma kradzieży, bo nie ma kto kraść” – śmiał się Federico, Argentyńczyk, u którego zatrzymałem się w Durazno. W miejskich parkach mamy do dyspozycji wodę, stoliki i stanowiska do grillowania – w kraju wołowiny nie może ich zabraknąć – czasem dostęp do gniazdka, światło lub nawet gorący prysznic: tak jest właśnie w przypadku Paysandu. 
Nie ma kto kraść, bo urugwajska prowincja świeci pustkami. Stołeczne Montevideo skupia w swej aglomeracji około 60% populacji kraju. Gdy jadę drogą krajową numer 3 w kierunku stolicy, najbliższą miejscowość – Young – znajduję dopiero 60 kilometrów dalej. Po drodze spoglądają na mnie znudzone krowie łby, więcej nic. Tego typu wyludnienie znam z suchych, półpustynnych prowincji argentyńskich, takich jak San Juan czy Catamarca, gdzie warunki naturalne nie ułatwiają osiedlania się. W wilgotnym, zielonym Urugwaju, brak ludzi zaskakuje.
 

1. Wrak statku wyciągnięty na nabrzeże rzeki Urugwaj. Technicznie rzecz biorąc Urugwaj jest krajem bez nazwy własnej. Republica Oriental del Uruguay znaczy tyle co republika leżąca na wschód od rzeki Urugwaj. Jej mieszkańcy, częściej niż uruguayos mówią o sobie orientales, czyli: ludzie ze wschodu.

 

2. Nagrzewanie bębnów przed warsztatami z candombe, tradycyjnej muzyki Urugwaju (albo: tradycyjnej muzyki… wschodniej), 
Barra de Valizas. 

 

3. Jeden z recyklowanych domów w Barra de Valizas.


Na wskroś

Mapa drogowa Urugwaju to najlepsze świadectwo jego centralizacji. Wszystkie główne trasy prowadzą ze średniej wielkości miast przygranicznych – Paysandu, Rivery czy Melo – do Montevideo, z północy na południe kraju. Przecięcie Urugwaju z zachodu na wschód to swego rodzaju wyzwanie logistyczne. Na mapie istnieje co prawda tak zwana droga krajowa numer 14. W rzeczywistości jednak jest to zlepek dróg lokalnych, czasem asfaltowych, częściej nie, które biegną mniej więcej w kierunku równoleżnikowym. Spróbujemy.
Kilkadziesiąt kilometrów za Young odbijam w lewo. Droga zwęża się, traci wygodne, utwardzone pobocze, w zamian znika cały intensywny ruch samochodowy. Zostają pagórki, w górę, w dół, w górę, tak będzie przez cały czas, aż do wybrzeża. Lżej o tyle, że jadąc na wschód, nie muszę już zmagać się z patagońskim wiatrem z południa. Cały czas lekko kropi. Tak jak pofałdowany krajobraz, pogoda w Urugwaju też jest sinusoidalna. Kilka dni słońca, dzień pochmurny, dzień lub dwa z intensywniejszym deszczem, jeszcze jeden dzień za chmurami, a później znowu słońce. 
Gdy zbliżam się do Pueblo Grecco, nitka asfaltu czernieje w tunelu drzew. Znajomy z Montevideo śmiał się, jak to przyjaciele z zagranicy pytali go, jak tam się żyje w Urugwaju, czy mu małpy nie skaczą po głowie. Cóż, jeśli ktoś szuka dzikiej przyrody, lepiej zrobi, wybierając się do Puszczy Białowieskiej lub w Bieszczady. Urugwaj to przede wszystkim krowy na bezkresnych pastwiskach i zmechanizowane rolnictwo z soją i pszenicą w rolach głównych. Lasy, które napotykam w centrum kraju, to nie żadna tropikalna dżungla, tylko plantacje australijskich eukaliptusów zraszane obficie agrochemią, by zielonkawe pnie ekspresowo rosły i by można je było sprzedać do papierni. Korporacja UPM z siedzibą w Finlandii jakiś czas temu usytuowała się niedaleko ujścia La Platy i spuszcza ścieki do urugwajskich rzek. Kwestia projektu kolejnych papierni UPM wywoływała masowe protesty i okazała się istotnym argumentem, by w ostatnich wyborach parlamentarnych Urugwajczycy po raz pierwszy od 15 lat zagłosowali przeciwko Frente Amplio – partii, która rządziło krajem przez ostatnie trzy kadencje. 
Za Grecco asfalt urywa się na około 20 km, aż do Baygorria, zapory z niewielką elektrownią wodną. W pewnym sensie to urugwajska wersja Czarnobyla: nie chodzi mi o radioaktywność, a o garść opuszczonych budynków w środku lasu. Gdy kilkadziesiąt lat temu budowano zaporę, powstało całe osiedle robotnicze nad brzegiem Rio Negro. Dziś napis „Kino” nad niskim, zszarzałym barakiem wywołuje już tylko uśmiech nostalgii. Pada: już nie wiem, czy znów pada, czy dalej pada. Zwyczajowe dwa, trzy dni deszczu wydłużyły się do przeszło tygodnia; to podobno nietypowe w tej porze roku. Na drodze do Durazno, na najwyższych grzbietach urugwajskich pagórków, południowy wiatr kołysze mi rowerem na boki.
 

4. Hector zaprosił mnie do domu na nocleg

 

5. Przydomowa szklarnia w Barra de Valizas. Trudno uwierzyć, ale ta wyspa zieleni leży w samym środku piaszczystych wydm. 

 

6. Poranek na drodze między Sarandi del Yí i Battle y Ordoñez.


Mniej asfaltu, więcej spokoju

Asfalt kończy się na dobre za Sarandi del Yi. W Durazno zostaję u Federico, właściciela sklepu rowerowego. W Carmen rozbijam namiot w typowym urugwajskim parku za miastem. Wreszcie w Sarandi, na wyjeździe, dopada mnie na motorze dziennikarz lokalnego radia: wypytuje, doradza, wyjaśnia dalszą trasę i zawraca. Na odchodne rzuca: „Jeśli byś czegoś potrzebował, jestem w siedzibie radia”.
Zamieniam odgłosy silników na ciepły chrzęst opon na drobnych ziarnach szutru: to trasa na Battle y Ordoñez, część tej nieco wirtualnej drogi krajowej numer 14. W poprzednim tekście dla „bikeBoardu” pisałem, że w języku hiszpańskim łańcuch górski określa się mianem sierra, co oznacza tyle, co „piła”. W Urugwaju stosuje się określenie cuchilla, czyli „nóż”. „Cuchilla Grande”, czyli „Wielki Nóż” wżyna się w urugwajską nizinę właśnie na wysokości Battle y Ordoñez, i rzeczywiście: pagórki są tym razem wyjątkowo strome, a podjazdów jest więcej niż zjazdów. W tle: niczym niezmącona cisza prowincji, delikatny szelest wiatru w czuprynach traw.
Tylna opona zawsze zużywa się szybciej: to ona dźwiga w większej mierze ciężar rowerzysty i przeważającej części ekwipunku. Dlatego po jakimś czasie zamieniam oponę przednią z tylną. Tym razem czekałem zbyt długo i tylna opona, przełożona niedawno na przód, ale zajechana do płótna, pęka na ostrych kamieniach „drogi krajowej”. Opieram dobytek o ogrodzenie pastwiska i zabieram się do instalowania opony zapasowej, kiedy na horyzoncie pojawia się pokaźne stado krów prowadzone przez dwójkę jeźdźców. Kilkadziesiąt tęgich zwierząt sunie zwartą masą przez wąski tunel między drutami pastwisk po obu stronach drogi. Kowboje poganiają stukilogramowe cielska, byki wierzgają, zrywają się do krótkiego truchtu, po czym stają znowu w bezruchu. Brzmią grzechotki, na tyłach ujadają psy. Nie mam gdzie się ukryć, nie ma żadnego „na bok”, gdzie mógłbym odejść. Zgarniam narzędzia pod rower i czekam w nadziei, że stado będzie dla mnie łaskawe. 
Gdy kurz opada, jeden z kowbojów zawraca. Przeprasza, że nie zatrzymał się wcześniej: wie pan, my z tymi zwierzętami. Pyta o oponę, czy wszystko w porządku. A więc jeśli chodzi o oponę, narzędzia, niczego nie trzeba? – upewnia się. I dodaje: „W czymś...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy