Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

11 września 2019

NR 34 (Wrzesień 2019)

Transalp

0 113

Jak większość naszych ekscytujących rowerowych eskapad, ta rozpoczyna się w klimatyzowanym biurze. Kiedy mija siódma godzina pracy, a mój zbyt dobrze odżywiony, niedotrenowany organizm krzyczy: „Na rower!”, do mojej skrzynki wpada e-mail od Tasmana, kolegi z teamu: „Czy jest ktoś chętny na BIKE Transalp?”. Zerkam na stronę wyścigu i odpisuję: „Jasne, chętnie, relacja będzie super” w imieniu swoim i Pauliny, jeszcze zanim podzielę 18 000 metrów przewyższeń i 560 kilometrów na siedem dni wyścigu.

 

 

Gdy już uspokoi mi się tętno po obejrzeniu zupełnie wybijających z rytmu zdjęć, na których uśmiechnięci rowerzyści mkną po alpejskich singlach, dotrą do mnie dwa podstawowe fakty.

MTB Transalp to wyścig siedmiodniowy. Do przejechania jest 18 000 metrów przewyższeń i 560 kilometrów. Średnio około 2600 metrów w górę, 80 kilometrów dziennie. Jeżdżąc po Lasku Wolskim po pracy… zwykle tyle nie robię. Jeśli kiedyś tyle zrobiłem, to przez kolejnych sześć dni raczej robiłem coś innego. Paulina też. 


Wyścig przemieszcza się z miejsca na miejsce. Z południowej Austrii na południe Włoch. Zostajesz bez samochodu, z ogromną torbą i rowerem. Jeżeli chciałbyś się wycofać, to i tak najłatwiej jest jednak dojechać do mety i wrócić ze wszystkimi.
 

 

 

Trening


Z pierwszym problemem sami sobie damy radę – w końcu gdy się rejestrujemy, jest luty, a wyścig jest w lipcu. Prawie pół roku na treningi, które na pewno będziemy odtąd regularnie wykonywać, po każdym będziemy sumiennie się rozciągać, a raz w tygodniu zadbamy o mięśnie głębokie. Już w lutym trochę w to wątpimy. Prędko okazuje się, że nie da się co weekend wyjechać w góry, w tygodniu praca nie bardzo pozwala, więc jedynym wyjściem jest Lasek Wolski, po którym można zrobić maksymalnie 30 kilometrów i 900 metrów w górę. Chyba że ktoś lubi jeździć po pętlach, ja nie akceptuję takich rozwiązań, tak jak liczników rowerowych.


Trochę mało tych kilometrów w poziomie i pionie, ale na początek może być. Tylko że przy takim treningu zostaliśmy już do końca. W porządne góry udało nam się wyjechać raz, nie licząc co najwyżej kilkuset kilometrów po Górach Świętokrzyskich.

W czerwcu intensywniej studiujemy profile przewyższeń. Okazuje się, że w wypadku Pauliny pierwszy etap będzie dziewiczy również pod względem wysokości. Przez cały okres przygotowawczy nie przejechała za jednym zamachem więcej niż 2000 metrów w górę, a o setce na rowerze górskim to już w ogóle nie warto wspominać. Kiedy ja jestem w miarę spokojny, ona rozważa scenariusz, jak się wycofać w trakcie wyścigu i jak wrócić z Folgarii do Tux z rowerem.

 

Transalp - filozofia imprezy

Charakter wyścigu wymusza na uczestnikach nocowanie codziennie w innym miejscu. Organizator transportuje rzeczy, o ile tylko są w stanie zmieścić się w dostarczoną torbę. Jeśli chodzi o nocleg, możliwości są trzy:

  • nocowanie na własną rękę,
  • hotelowy pakiet noclegowy – organizator zapewnia rezerwację hoteli dla uczestników oraz codzienne odbieranie i dostarczanie ich toreb,
  • Transalp Camp – zawodnicy śpią w halach gimnastycznych, szkołach i innych budynkach użytku publicznego.

 

Zatyczki do uszu?

Szybki rzut oka na ceny pakietów sprawia, że stajemy się zwolennikami wariantu Transalp Camp. Sprawdzamy jeszcze AirBnB i Booking w nadziei, że może nas coś ocali od siedmiu noclegów wspólnych z chrapiącymi i niechrapiącymi, spoconymi i umytymi (w tym umytymi cnotliwymi – ubranymi i umytymi bezwstydnymi – nagimi; Paulinę szczególnie wzruszy ta druga kategoria) niemieckojęzycznymi rywalami. Nie, nie ocali nas nic, chyba że przez pół roku Polska w końcu wstanie z kolan, a pensje rodzime dogonią pensję zachodnich braci w Unii. Do listy rzeczy niezbędnych dopisujemy zatyczki do uszu.
 

 

 

 

Bitte ein Bit


Szczęśliwie dla nas, w ramach Transalp Camp zapewnione jest codzienne wyżywienie. Obejmuje to śniadanie (które zapewniają miejscowe gminy) oraz wspólną dla wszystkich uczestników Transalpu, codzienną sesję Meet&Eat. W ramach opłaty startowej jesteśmy też uprawnieni do standardowych na etapówkach usług: obsługi dziennego supełka (daybag service), podstawowego serwisu roweru, dostępu do myjki, a także unikatowej dla Transalp usługi napojenia się piwem bezalkoholowym na mecie. Na jaką aprobatę zasługuje ta ostatnia, ten wie tylko, kto po 115 kilometrach w Alpach wypił zimnego bitburgera 0%.

 

 

Początek


Wyścig rozpoczyna się w niedzielę w austriackiej miejscowości Tux, do której z Krakowa jedzie się około 10 godzin. Na podróż poświęcamy cały piątek, tak żeby w sobotę, ze spokojem właściwym bliskości Wysokich Taurów, zarejestrować się w biurze zawodów. Odbieramy torby, które nie wydają się ogromne, ale pomieszczą bez problemu nasz codzienny dobytek – nie wyłączając pompowanego materaca, dwóch śpiworów, skrzynki narzędziowej i dwóch ręczników, z których oba zgubimy.

 

 

Tubeless - Heedless - Headless 

 

Samochód zostawiamy na parkingu zapewnionym przez organizatora. Testując rowery na parkingu, zauważam rzecz niepokojącą jak na dzień przed wyścigiem: Pauliny nowo zrobione tubeless zdaje się puszczać ciśnienie i dałbym głowę, że gdy pompowałem opony przed wyjazdem, ciśnienie było wyższe niż teraz, gdy Paulina kręci kółka wokół samochodu. Pomiar uzasadnia moje obawy – plusowe opony puszczają bary szybciej, niż powinny – w tym tempie trzeba będzie stawać po trasie i pompować. Przeklinam własną ufność w bezdętkowe innowacje i dokręcam kombinerkami wentyle, które wydają mi się szczególnie podejrzane. Na chwilę wypieram z głowy to, jak odkręcić taki wentyl na trasie, palcami, bez użycia kombinerek.
 

 

 

 

Bitte naleśniki?


Miasteczko jest przepełnione rowerzystami. Wszyscy w pełnym ekwipunku testują swój sprzęt i jakby na pokaz prężą łydy na podjazdach. Zmotywowani tym pospolitym ruszeniem, wkładamy ciuchy rowerowe i też jedziemy na przejażdżkę.


Urokliwie ulokowane, tyrolskie Tux słynie z najwyżej położonych w Europie mineralnych wód termalnych i unikatowej, zagrożonej wyginięciem lokalnej rasy bydła domowego. Jako mało świadomi turyści nie zwracamy na to uwagi i pewnie tylko dlatego nasze najbarwniejsze wspomnienie z Tux dotyczy naleśników z sobotniej sesji Meet&Eat, podanych z sosami borówkowym i jabłkowym, posypanych cukrem pudrem i serwowanych w klimatyzowanym centrum konferencyjnym przez uśmiechnięte austriackie kelnerki w strojach ludowych. Tak nas jeszcze nikt nigdy na wyścigu nie nakarmił – zdezorientowani, rozglądaliśmy się wokół za rozgotowanym makaronem w plastikowych miskach.

 

 

Start


W niedzielę pogoda jest niemalże wymarzona. Przed pierwszym etapem jest nieco chłodno, ewidentnie pochmurnie, ale bez deszczu w prognozach. Ustawiamy się w odległym sektorze startowym i spoglądamy nerwowo to na bezdętki, to na profil trasy. Liczący 105 kilometrów etap rozpoczyna się długim, przeważnie szutrowym podjazdem pod Tuxer Joch. Startujemy z poziomu około 1280 metrów, by po ponad godzinie jazdy znaleźć się na wysokości blisko 2300 metrów. Trasa prowadzi najpierw dobrym asfaltem (krócej), później szutrem (dłużej) – na tyle dobrym, że przy niskim ciśnieniu udaje się wstawać na korby bez uciążliwych uślizgów koła. Wysokość zdobywam o wiele szybciej niż w lepiej mi znanych warunkach „beskidzkich szutrów” o decymetrowej granulacji. Tak czy inaczej, podjazd daje w kość. Po godzinie myślę już o nadchodzących zjazdach, licząc na chwilę odpoczynku.
 

 

 


Zjazd prowadzi krętym singletrackiem, zataczającym serpentyny na stromym zboczu góry. Jesteśmy na tyle wysoko, że początkowo zjeżdżamy odsłoniętym zboczem, pozwalającym rzucić okiem na panoramę doliny – jeśli tylko akurat nie skręcamy. Skręcanie po ciasnych agrafkach okazuje się trudnym zadaniem dla mnie, nieprzyzwyczajonego do zawracania długawym 29”. Miejscami wypinam się i podpieram, by chwilę później nadganiać na prostych. Rzetelnie odpoczywam dopiero kawałek dalej w dolinie, z której pojedziemy długim, szutrowo-asfaltowym odcinkiem, bardziej nabijającym kilometry niż dostarczającym wyzwań.

 

 

Bomba

 

Blisko 30 kilometrów dalej, po pokonaniu „pagórka” Padalin (mniej więcej 400 metrów w górę) miniemy przełęcz Brenner, za którą przyłączę się do grupy kolarzy o silnych łydkach jadących w szosowym tempie. Najgorszy będzie dla mnie ostatni podjazd etapu, pod kątem przewyższenia – lustrzane odbicie podjazdu pod Tuxer Joch. Na leśnej końcówce opadnę z sił na tyle, że przełożenie 22–36 okaże się zbyt twarde, moje mięśnie zbyt miękkie, a zasoby glikogenu zbyt szczupłe. Pierwszy raz na wyścigu schodzę z roweru i siadam na trawie, nie mając siły nawet prowadzić. Na chwilę porzucam pośpiech i napawam się oszałamiającym pięknem okolicy. W końcu zbieram się do mozolnego podejścia, wątpiąc we własną zdolność do rozkładania sił na tak długich etapach. Na metę docieram czterdziesty drugi z sześćdziesięciu ośmiu startujących po sześciu godzinach i dwudziestu trzech minutach jazdy. Paulinie cały etap zajmuje 7:41.

Popołudnie spędzamy na Transalp Campie, który tego dnia jest ulokowany w dużej sali gimnastycznej. Zanim napompujemy materac, idę przejść się po budynku, szukając lepszego miejsca niż sama hala. Znajduję nieco zagracony pokoik (wuefistów?), w którym może jest masa kurzu, ale kurz przynajmniej nie chrapie. Tej nocy śpimy spokojnie.
 

 

 

 

Etap drugi


Drugi etap jest łatwy i szybki, przynajmniej jak na standardy tego wyścigu. Cała trasa ma 55 kilometrów i 2400 metrów przewyższeń, których większość – 1600 metrów – zyskuje się na pierwszym, niebotycznym podjeździe pod Kreuztal, tradycyjnie już szutrowo-asfaltowym. Na szczyt wdrapuję się wprawdzie w dobrym zdrowiu, ale po bity...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy