Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

17 sierpnia 2021

NR 52 (Sierpień 2021)

Słodko-gorzka Alta Via

0 64

Prolog typowy dla włoskiego podejścia do życia: spóźnia się lekarz. Ma testować towarzystwo na COVID-19. O 17:00, gdy ma już startować czasówka, organizator stwierdza, że przebadają 80 uczestników w godzinę. Przed 18:00 idę do organizatora (10 osób z 80 jest już po testach), przemilczając swój „nieludzki” charakter, przedstawiam się jako lekarz, i próbuję uświadomić ekipę, że mamy mało czasu, aby się to udało. Ciemniało już powoli w górach, a przecież około połowy ludzi ma ważne testy z macierzystych krajów, resztę mogą przetestować po. Przemilczałem prośbę ze strony Vanessy, abym pobierał wymazy – a jak pomylę dziurkę? Po chwili narady z lekarzem przyklaśnięto mojej propozycji i grupę puszczono na trasę.

Trasa początkowo łatwa, później przechodzi w wąski singiel. Trzysta metrów przed metą Zbyszek postanawia zagrać w rosyjską ruletkę. Chce stanąć w krzakach, a trafia w próżnię. Lot w nieznane sprawia, że nie gra już więcej, choć los ma dla niego jeszcze wiele niespodzianek, o czym wciąż nie wie. Ale nie uprzedzajmy faktów. Ponieważ nie ma jak wrócić na kurs i ścieżkę, forsuje lokalny busz, sprawdzając, czy są tam kleszcze. Nie było. 

POLECAMY

Słodko-gorzka Alta Via 2021, czyli relacja pisana lekką ręką

Etap 1. 
Rozpoczął się od powtórzenia trzech pierwszych kilometrów trasy prologu. Organizatorzy przekazali nam porachowaną jak kości spadochroniarza bez spadochronu angielszczyzną, że pierwsze kilometry nie są po tracku, a ten startuje przed szkołą. No więc wariantów było trochę i wyglądało to tak, że peleton przejechał niemal po całej miejscowości po różnych ulicach w odmiennych konfiguracjach. Osobiście wybrałem o jeden most za daleko. Ale trafiłem, bo kombinowałem, jak dojechać do szkoły, w której spaliśmy, na azymut. Policia munincipal w postaci jednej policjantki dostawała oczopląsu, próbując zabezpieczyć trasę. Ostatecznie żadna simka czy piaggio nie zostały poszkodowane. Natomiast jedno muszę przyznać: takich singli nie widziałem nigdzie indziej – znaczy w górach na trasie, bo single miejskie we Włoszech były mi już znane. Single: szczytówką lub trawersem, 25–30 cm szerokości ścieżki na trawersie o szerokości kierownicy. Jeden błąd i lądujesz kto wie gdzie. Jazda nad skalną przepaścią to codzienność. Etap pierwszy był podzielony na dwa odcinki specjalne: o ile pierwszy szedł mi raźno, o tyle po jego zakończeniu nie potrafiłem się zmusić do drugiego. Dobrze, że piwa na bufecie nie dawali, bo bym został tam do dziś. Zbyszka przygód ciąg dalszy: przerwę wykorzystał na ładowanie Garmina u cronometristy.

Etap 2.
Przepiękna miejscówka pomiędzy 1. a 2. etapem: w górach na wysokości ok. 800 m n.p.m. bez zasięgu GSM, z widokiem na połoniny okolicznych gór. Niska trawa usiana wielokolorowymi kwiatami, zieleń soczysta, niespalona jeszcze włoskim słońcem. Świetny hotel, smaczne jedzenie, dobre warunki, ciepła woda, ale śpimy w namiotach ze wszystkimi tego następstwami. W moim plecaku powstało mrowisko pod nieskończenie dużym (dla mrówek) źródłem cukru. Chyba postanowiły wyjechać z moją torbą poza namiot, bo kombinowały coś przy kółku. Ten napad przypłaciły zbiorową eksmisją. No cóż, wziąłem bogaty bufet, którym nie chciałem się z nimi dzielić. Za to chłopcy z teamu do dziś dziękują, bo okupujemy pierwszą dziesiątkę. To znaczy, okupowalibyśmy wszyscy, tylko po tym koksie mają tyle pary, że łamią ramy i mają po trzy spinki na łańcuchu (Zbyszek), wyłamują pedały (ja i Łukasz), rwą klamry w butach czy dokręcają wahacze (Maciek) i gotują hamulce (wszyscy). Zbyszek wykupił cały zapas spinek u mechanika, który szukał potem zaopatrzenia, a że po małych wioskach się obracaliśmy, więc miał problem. Pozostali pechowcy przyjeżdżają trochę później niż na prologu… Trasa drugiego etapu piękna widokowo: zachwycające połoniny, lasy bukowe i mieszane, single nie straciły nic ze swego uroku. Ten etap rozpoczął się od dokładnych objaśnień, jak jechać początkową pętelkę, po angielsku, ale poziom tego języka jest jak nieudana operacja na wspomnianym spadochroniarzu. Więc jechaliśmy na czuja, omijając wycinki lasu i dybiących na nas drwali, którym nie w smak było czekać, aż towarzystwo przejedzie, w dodatku żadnego startu wspólnego, a jazda pojedynczo jak do czasówki. Tracka wyznaczała przejezdność terenu, a nie droga czy ścieżka. Ostatecznie wyjechaliśmy, gdzie mieliśmy wyjechać i potem poszło gładko… Hm… Najpopularniejszym słowem na Alta Via jest portage. Portage wyznacza poziom butowania na trasie. Otóż połoniny i podejścia na szczyty nie są gładkie. Bardzo mi się podobało stwierdzenie, które padło na odprawie przed…
 


Etap 3.
…trzecim etapem: „portage wyniesie 200–300 m przed szczytem”. Pod szczyt podchodziliśmy jakieś 3–4 km. Zasadniczo ten etap zaskoczył i nas, i chyba trochę też organizatorów. „Będzie to łatwy technicznie etap, krótki portage po pierwszym podjeździe, a potem już spoko. Uważajcie na siebie na zjazdach”. No więc to był etap killer (dosłownie i w przenośni), jak z najlepszych czasów MTB Trophy. Moja Strava go nie strawiła i do teraz go nie widzę. Oprócz chodzenia w naprawdę dużej dawce trafił się też ponadpucharowy zjazd do mety. Dla większości nie do zjechania: schodzenie 8 km wąskimi schodami lub po głazowiskach trudnych do przejścia bez roweru. Nierówne śliskie szlaki, w pełnym południowym słońcu (startujemy o 8:00, więc kończymy, gdy słońce jest w zenicie), poprzedzone skakaniem po skałach łupkowych, które odłamując się, sprawiają, że chodzisz, a właściwie płyniesz na fali lawiny, którą powodujesz. Wychodzi, że dłużej chodziliśmy niż jeździliśmy. Killer zebrał żniwo: akcja helikopterem ratowniczym i wcześniejsza meta na górze dla części zawodników. Zastanawiam się, czy Vanessa zna G&G (G&G Promotion Grzegorz Golonko – organizator między innymi Beskidy MTB Trophy) – przyszło mi na myśl, że maczał w tym palce. Dodatkowo doszedł czynnik nawigacyjny: w ciasnych kotlinach w lesie, w dolinach rzek GPS nie działał. Zbyszek błądził (?!), ja nieco mniej, ale tylko przez szczęście. Otóż „szlak” dla Włochów ma dość luźne znaczenie (jak punktualność, zasady ruchu drogowego i wiele innych). No więc bez szlaku/ścieżki, bez GPS i po nieprzejezdnych kamieniach połączonych z korzeniami i gęstym zalesieniem: mnogość wariantów i sposobów dojścia do bufetu była nieograniczona. Każdy trafił. 
 
Etap 4.
No, wreszcie pojeździłem! Po asfalcie… Choć nie mogę narzekać, bo single w końcu były płynne, bez przepaści gwarantujących przejście przez niebieski most. Szybkie 53 km były poprzedzone 20-kilometrowym dojazdem na start. Dojazd to 1000 m różnicy wysokości do pokonania, a start wyznaczono o całe 30 minut później. No więc pobudka o 5:30, mimo że odprawa trwała do 22:30. Asfalty ujawniły moje szosowe treningi – dojechałem szósty, tracąc do pierwszego 13 minut. Single, jak na poprzednich etapach, piękne, techniczne, ale myśl, że mam rodzinę, każe schodzić z roweru lub jechać ostrożnie, co przekłada się na straty 2–3 miejsc. Mamy tournament ze Zbyszkiem: po drugim etapie (trzecim dniu) różnica między nami wynosi – UWAGA! – jedną sekundę. Zbyszek, tu trzeba wyjaśnić, jedzie dalej, na złamanej ramie (naprawił ją za pomocą: taśmy do bezdętek, klucza imbusowego nr 6, klucza 8/10 oraz pięciu trytytek). Oprócz tego jedzie bez trzech najniższych przełożeń, bo mu łańcuch spada z korby, więc najmiększe przełożenie, jakie posiada, to 34×36 przy nachyleniach dochodzących do 20%. Ach, ponieważ Włosi nie umieją polskiego, to Zbyszek zasłużył, jak zwykle, na najlepszą ksywkę: „Zigi”. On zawsze jest rozpoznawalny: my czasem się tylko podgrzejemy w jego sławie i żółtej jak słońce koszulce bB. 

Etap 5.
No więc operację na spadochroniarzu ktoś poprawił, kości są prostsze i odprawa była zrozumiała. Szutrowo-szosowy, długi, piękny widokowo etap. 89 km i ok. 3000 m podjazdów. Bieganie i chodzenie po szczytach oraz szczytówkach w drugiej części przebiegu wyznaczyło wysoki stopień portage’u rowerów. Być może wzmocniony espresso, a może udanym wieczorem z Oleną (należy Wam się wyjaśnienie: Olena, nie tylko według nas, to atrakcyjna zawodniczka, w której towarzystwie zjedliśmy wczorajszą kolację), wystartowałem jak natchniony. Na podjazdach zostawiałem dotychczasowych swych towarzyszy niedoli, dochodząc nowych i zawierając nowe znajomości. Gdy na podjeździe na ok. 58 km jechałem równo z Gossem – liderem, zastanawiałem się, co ze mną, co w tej kawie mi Łukasz podał. W końcu lider mi odjechał, uznałem więc, że wszystko w normie. Ale potem dopadłem i dołożyłem Joanowi, a na ostatnim podjeździe doszedłem vicelidera – Juula, co dało mi do myślenia… Niestety zjazd, a właściwie portage w dół, sprowadziły mnie nieco na ziemię. Vice odjechał – może to jakiś majak był – pomyślałem, bo pot zalewał oczy, a sól je wyżerała. Ostatni zjazd: sekcja po kamieniach, po których zbiegam. Mija mnie Joan. OK – myślę – oby tylko on. Zabrakło mi może 500 m, aby być na pudle: gdybym Joanowi dołożył o parę minut więcej na podjeździe, to po sekcji kamienistej już by mnie nie dopadł, bo reszta zjazdu, wbrew temu, co mówiła Vanessa, była gruntowa, szeroka i szybka. Dojechałem czwarty ze stratą 14 minut do pierwszego. Sportowo superwynik, ale potem przyszedł...
 

 


Etap 6.
...i jakby mi skrzydła podcięło. A i seria drobnych na pozór zdarzeń swoje zrobiła. Po pierwsze, musiałem wyrzucić buty, w których jechałem, bo urwałem klamrę. Pozostały mi bardzo twarde Lake’i. W tych butach muszę mieć ciut wyżej siodło – podniosłem, ale jak się potem okazało, przesadziłem. Kolejna rzecz to źle rozłożone bufety, w dodatku tylko dwa: na pierwszym byłem pełen, na drugi doczołgałem się suchy. I pomyłka w nawigacji, bo mój Edzio 810 bywa już nieco zbyt wolny. No więc na około 25. kilometrze w końcu obniżyłem siodło o tyle, ile przesadziłem. Nieco pomogło. W butach dalej niewygodnie. Tempo nieco mi wzrosło, ale nie na długo, bo zaczęło brakować płynów, więc i żele musiałem ograniczyć. Na drugim bufecie na ok. 50. kilometrze mieli tylko gazowaną wodę, więc jedziesz z balonem pod górę i nie wiesz, czy ci się odbije, czy coś więcej… A potem nagle skończył się etap. Tętno ledwie dobijało do 135 uderzeń na minutę. Dzień wcześniej pora była ogarnąć oponę: przeciąłem ją trzy razy na różnych etapach, mleko dawało radę,...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy