Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

21 marca 2022

NR 57 (Marzec 2022)

Silk Road Mountain Race. Najtrudniejszy wyścig świata

0 156

Od pięciu godzin walczę w ciemnościach, usiłując przedrzeć się przez ostatni trudny odcinek. Ścieżka wiodąca wzdłuż potoku jest absurdalnie stroma jak na końcówkę wyścigu, a jednocześnie naszpikowana kamieniami i zdecydowanie nie nadaje się do jazdy. Mijając dwa namioty rozstawione nad jeziorem, z trudem opieram się pokusie, by się zatrzymać i odpocząć, ciągle wierząc, że się uda – że jestem w stanie dojechać tej nocy do mety.

Wtedy jeszcze się oszukiwałem. Próbowałem sobie wmówić, że nie takie rzeczy robiłem, że niejeden raz już wygrałem ze zmęczeniem, bólem i zimnem, ale rzeczywistość czasem jest po prostu rzeczywistością. Wyścig ukończyłem dopiero następnego dnia.

POLECAMY

Niech żyje ultra

Ale od początku… Gdy w czasie pandemii zabroniono amatorom trenowania, a wjazd do lasu był utożsamiany z przestępstwem, wróciłem akurat z Maroka, gdzie po raz pierwszy wystartowałem w międzynarodowym ultramaratonie. Nie wiem, czy taka jest naturalna kolej rzeczy, ale wpadłem wtedy na pomysł, by wystartować w wyścigu ultra na każdym z kontynentów. Ot, tak z rozpędu. Afrykę i Europę miałem już za sobą. Siedząc za biurkiem, odizolowany od społeczeństwa przez obowiązek kwarantanny, uzbrojony w mapę, wyszukiwarkę internetową i media społecznościowe, spędzałem wieczory, analizując dane i wybierając kolejny kierunek. Mogłem wybierać spośród wielu wyścigów, z których każdy był na poziomie wow, ale wybrałem Silk Road Mountain Race w Kirgistanie – wow przez chyba największe „Ł” na świecie!
 


Oderwałem się od biurka i codziennej rutyny. Perspektywa wyścigu w Kirgistanie na kolejny rok zdominowała moją codzienność. Przez ten czas przejechałem ponad 10 tysięcy kilometrów, odwiedzając przy tej okazji setki nowych miejsc. Mimo zmęczenia i wątpliwości w sens całego przedsięwzięcia udało mi się konsekwentnie realizować moje założenia, a starty w polskich ultramaratonach potwierdzały coraz lepszą formę. Pojechałem więc do Kirgistanu pewny siebie i swoich możliwości, zmotywowany do walki z arcytrudną trasą, a także najlepszymi zawodnikami ultra, bo właśnie takich rok do roku wabi ten wyścig.

Wszystkie oblicza Kirgizji

Kirgistan przyciąga nie tylko kolarzy – przyciąga wszystkich. Dociera tam coraz więcej obcokrajowców, a on niemal na wszystkich rzuca czar. Zachwyca surowy klimat, ośnieżone szczyty kontrastujące z soczystą zielenią na zboczach, na których pasą się zwierzęta. Ujmują gościnni mieszkańcy wiodący życie w symbiozie z naturą i widok pasterskich jurt, swoistej wizytówki kraju. Z drugiej strony Kirgistan to też Biszkek – stolica i jego mieszkańcy. Zgiełk dużego, choć zaniedbanego miasta, Lexusy i Toyoty na ulicach. W górach pasterz na widok rowerzysty dosiada konia i gna, by przywitać przybysza, zapytać, skąd jedzie i w którym kierunku, a nawet zaprosić na czaj i skromny posiłek. Takie spotkanie to dla gościa i gospodarza rozrywka, jaka nie zdarza się często, szczególnie w wysokich partiach gór Tien Shan, nadal niezbyt często odwiedzanych przez turystów. Kirgizi są nadzwyczaj pogodni, otwarci i przyjaźnie nastawieni do obcych, bez względu na to, czy mieszkają w mieście, czy gdzieś w górach w niedawno rozstawionej jurcie. Kraj ten uzyskał niepodległość w 1991 roku po rozpadzie ZSRR. W spadku, poza pomnikami przywódców komunistycznego reżimu, odziedziczył wiele problemów. Jest słabo rozwinięty gospodarczo i obok Afganistanu, Nepalu czy Pakistanu należy do grona najuboższych w Azji.
 

 


3, 2, 1… Start

Wolne dni przed startem spędziłem w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od Biszkeku Parku Narodowym Ale-Archa, zachwycając się urokami prostego życia w wysokich górach. Znalazłem też czas na aklimatyzację, ostatnie przygotowania i testy sprzętu.
Odprawa zorganizowana była w Biszkeku, natomiast start 300 km dalej w miasteczku Talas i to tego samego dnia. To nie mogło się udać i oczywiście się nie udało! Start miał być nietypowy, bo późnym wieczorem, punkt 22:00. Na miejsce dojechaliśmy jednak po 23:00, a nasze rowery zapakowane do ciężarówek około 3:00 rano. Napięcie rosło mimo zmęczenia i dopiero chwilę po 4:00 rano byliśmy gotowi, by rozpocząć przygodę. 1860 km rowerem bez wsparcia, w towarzystwie własnych myśli, powoli zmieniającego się krajobrazu, po drogach rozsianych wśród niebiańskich gór Kirgistanu, od jednej zapomnianej wioski do drugiej, od jednej przełęczy do kolejnej. Wśród miejsc, do których cywilizacja jeszcze nie dopadła i nie zniszczyła, a także przeciwnie – przez tereny zrujnowane przez kopalnie, drogi naszpikowane drutem kolczastym, wśród unoszącego się w powietrzu pyłu czy poprzez wyschnięte koryta rzek. Ukończenie Silk Road Mountain Race jest marzeniem niejednego kolarza ultra czy bikepackera, mimo że wyścig ten spowity jest legendą brutalnego, wyniszczającego i niebezpiecznego.
 


Wyścig, który jest podróżą

Początkowe kilometry mijają na rozpoznaniu terenu, ocenie możliwości i szlifowaniu strategii. To także mój pierwszy kontakt z ludnością mieszkającą daleko od stolicy. Po drodze jest okazja przyjrzeć się, jak żyją mieszkańcy małych wiosek, przybić parę razy piątkę z dziećmi stojącymi przy drodze, czy też przyzwyczaić się do psów pasterskich, które raczej nie przepadają za obcymi. Granica pomiędzy wyścigiem a podróżą zaczęła zacierać się chwilę po starcie. O wyścigu przypominała liczba przejechanych kilometrów i pośpiech, natomiast cała reszta to typowa rowerowa wyprawa, powoli zmieniający się krajobraz, pozdrowienia i uśmiech przypadkowych ludzi. Wyścig zaczął się 50-kilometrowym podjazdem na przełęcz Terek Pass (3376 m n.p.m), a dalej było tylko trudniej: do zdobycia kilkanaście przełęczy na wysokości ponad 3000 metrów oraz kilka dochodzących do 4000 m n.p.m.
Po 20 godzinach od startu i ponad 200 km na rowerze, około północy, w dolinie nad rzeką decyduję się zatrzymać na nocleg. W pobliżu śpi wiele osób, o czym świadczą światełka czołówek rozsiane w okolicy. Kolejny dzień to przeprawa przez obszar opisany jako najtrudniejszy w całym wyścigu pod kątem warunków atmosferycznych i liczby przewyższeń na kilometr. Zakres temperatur był faktycznie zabójczy – od 0 do 37 stopni, przewyższeń też było sporo. Tego dnia nie było po drodze żadnej spektakularnej przełęczy, ale i tak miałem wrażenie, że większość dnia jadę pod górę, a ponieważ to nadal początek wyścigu, dość często spotykałem innych zawodników. Mimo że do końca było jeszcze niemiłosiernie daleko, obok uśmiechów, na ich twarzach już malowało się zmęczenie. Drugi „dzień” kończę o 2:00 w nocy w miejscu, w którym przestaje padać deszcz, który towarzyszył mi przez ostatnie pięć godzin spędzonych na wspinaczce. Przejechałem kolejne 200 km i 4200 m przewyższeń. W nocy padał śnieg z deszczem, zrobiło się bardzo zimno i moje bivi nabrało wody, więc o regeneracji i spokojnym śnie mowy być nie mogło. Po kiepskiej nocy humor poprawia mi towarzystwo ośnieżonych szczytów. Kiedy kładłem się spać, nie byłem świadomy, jak piękny widok rozpościera się z miejsca, w którym się zatrzymałem!
 


Pierwszy punkt kontrolny

Nocne opady poza przemoczonym sprzętem biwakowym sprawiły, że droga na pobliską przełęcz znajdującą się na wysokości ponad 3000 m n.p.m. z powodu błota, zalegającego śniegu i temperatury ok. 0 stopni była jeszcze trudniejsza. Mimo tego na przełęcz wspiąłem się dość szybko, a następnych kilka godziny cieszyłem się jazdą w dół. Droga wiodła wzdłuż rzeki przez prawie 90 km 
i z uśmiechem na twarzy dojechałem do pierwszego punktu kontrolnego w miasteczku Kochkor.
Zameldowałem się na 12 miejscu i odliczając pierwszą dwójkę, różnice czasowe były niewielkie. Było wczesne popołudnie, więc po załatwieniu formalności, uzupełnieniu zapasów oraz pierwszym ciepłym posiłku od startu, ruszyłem w dalszą drogę. Kolejny dzień i kolejne 200 km, tym razem bez morderczych podjazdów, jeśli nie liczyć prawie stukilometrowej, łagodnej wspinaczki o średnim nachyleniu 1–2%, która rozpoczęła się zaraz za CP1.
Kolejna noc na dziko w górach zapowiadała się dobrze, niebo było pięknie wygwieżdżone, było też całkiem ciepło jak na wysokość, na jakiej się zatrzymałem. Nie dbając więc o zabezpieczenie mojego ekwipunku, wskoczyłem w śpiwór i bivi i szybko zasnąłem. W nocy jednak się rozpadało i rano wszystko było mokre, a część moich rzeczy po prostu zamarzła, w tym buty i rękawiczki! Nie był to przyjemny poranek.

Góry nic Ci nie obiecają

Od rana jadę lekko pod górę, udaje mi się więc dość szybko rozgrzać i już po godzinie przestaję telepać się z zimna. Czucie w dłoniach wraca i powoli zapominam o porannych problemach. Przy okazji przerwy na posiłek suszę mokry ekwipunek. Mój obiad to puszka sardynek i kirgiski chleb, a na deser czekolada. Posiłek niezbyt wyszukany, ale kaloryczny, a przez kilka godzin jazdy w słońcu zdążył się rozmrozić. Tego dnia wspinam się na kolejną wysoką przełęcz – Arabel Pass (3839 m n.p.m.). Początek wspinaczki jest bardzo przyjemny, droga wije się wzdłuż rzeki, lekko unosząc się w stronę ośnieżonych szczytów, w dolinach pasą się konie, owce, a czasem też krowy. Istna sielanka. Co chwilę mam ochotę się zatrzymać, by podziwiać widoki. To właśnie dla takich chwil i takich widoków jeżdżę rowerem po świecie. Raz na jakiś czas słychać gwizdy świstaków uciekających w popłochu na mój widok. Zabawny widok, śmieszy mnie, choć wiem, że dla tych zwierząt to stresująca sytuacja. Ostatnie metry wspinaczki na przełęcz są na tyle strome, że kolejny już raz pcham rower.

Na płaskowyż, rozpościerający się na przełęczy, docieram już po zmroku. Na tej wysokości po zachodzie słońca momentalnie robi się bardzo chłodno. Ręce mam skostniałe z zimna, podobnie stopy. Staram się więc czym prędzej dostać na drogę Kumtor Mining Road, prowadzącą w kierunku południowego wybrzeża największego jeziora Kirgistanu – Issyk-Kul, znajdującego się na wysokości około 1600 m n.p.m. Issyk-Kul to również drugie co do wielkości górskie jezioro świata. Kilka nitek Jedwabnego Szlaku przecinających Kirgistan przechodziło właśnie wzdłuż jeziora Issyk-Kul, gdzie karawany zwykle odpoczywały przed dalszą podróżą przez Azję Środkową. Nad jeziorem jest zdecydowanie cieplej, a zmiana wysokości dodała mi sił i poprawiła humor.

Jedź, gdy możesz. Śpij, gdy jesteś zmęczony lub czekasz na otwarcie sklepu

W pierwszym mijanym miasteczku nie udało mi się trafić na żaden otwarty sklep. Jadę więc do kolejnego 10 km dalej. Droga (wyjątkowo) jest asfaltowa, co daje okazję chwilę odpocząć, spojrzeć na telefon i odpisać na wiadomości – wszystko podczas jazdy, nie tracąc niepotrzebnie czasu. W Tosor też już wszystko jest pozamykane, a ja w międzyczasie uświadomiłem sobie, że następny sklep jest ponad 200 km dalej, co w tych warunkach oznacza mniej więcej 18 godzin czystej jazdy, zakładając, że wszystko pójdzie gładko. Pomimo że mam ochotę na dalszą podróż, jestem zmuszony zawrócić i poczekać, aż otworzą sklep, bo prawdopodobnie brakłoby mi jedzenia, a na tym etapie nie mam zamiaru niepotrzebnie ryzykować. Śpię w opuszczonym domu ponad 6 godzin, a rano się okazuje, że ulokowałem się naprzeciwko cmentarza.

Dobra passa

Tego dnia od rana w głowie przewijały mi się słowa najlepszych zawodników ultra: „nie wygrasz wyścigu, jak będziesz spał”, więc tym razem nastawiam się na jazdę do oporu. Do CP2 jest około 360 km i nieco ponad 6000 m przewyższeń do pokonania, wliczając w to Tosor Pass – przełęcz na wysokości 3893 m n.p.m. Droga na przełęcz jest relatywnie łatwa, przejezdna dla samochodów terenowych, aczkolwiek ze względu na spore nachylenie i duże kamienie pojawiają się momenty, kiedy rower muszę pchać. Będąc już na przełęczy, zapominam o całym wysiłku. Przede mną 150 km jazdy w dół, a później wspinaczka do CP2. Po drodze mijam samochód techniczny, kilku zawodników, a nawet trzy bądź cztery osoby jadące w przeciwną stronę, jest to bowiem fragment trasy, który należy pokonać dwa razy: raz w jedną, raz w drugą stronę. W Naryn – kolejnym mieście na trasie, jestem po północy. Jest Internet, rzucam okiem na mapę i widzę, że większość zawodników jadących przede mną zdecydowała się zatrzymać na noc w hotelu. Dostrzegam w tym swoją szansę na przesunięcie się w klasyfikacji, szczególnie że nadal czuję się dobrze. Zatrzymuję się więc tylko na chwilę w okolicy dworca autobusowego, przy sklepie. Co ciekawe, jest to jedyne miejsce na całej trasie, a może w całym Kirgistanie, gdzie trafiłem na sklep czynny 24/7. Po paru minutach odpoczynku pakuję jedzenie i ruszam dalej. Noc na rowerze minęła szybko, fragment trasy, który pokonałem, nie należał do najtrudniejszych. Kolejny dzień to walka, by jak najszybciej dotrzeć do CP2, najpierw kilkadziesiąt kilometrów jazdy pod wiatr, po lekko unoszącej się ku górze drodze, a na dobicie solidny podjazd na wysokość około 3600 m kończący się w strefie przygranicznej z Chinami, gdzie trzeba przejść kontrolę paszportową. Od strażnika słyszę „You are strong, third place”. Takie słowa to doskonała motywacja, mimo że do mety jeszcze kawał drogi. Kontrola paszportowa zajęła dobre 20 minut, ale z uśmiechem na twarzy, zszokowany aktualną sytuacją, czekałem cierpliwie na załatwienie formalności. Kolejne kilometry mijają przyjemniej. Wiatr już nie wieje prosto w twarz, w dodatku droga jest niezłej jakości i w końcu lekko w dół, a CP2, znajdujący się w obozie nad jeziorem Kel-Suu w jednej z jurt, jest coraz bliżej. Dosłownie na chwilę zapominam o trudach wyścigu i cieszę się z jazdy.

Nie pij wody z kałuży

Kolejny podjazd był jednym z tych, które zapamiętam na długo. Kompletnie opadłem z sił, doszły do tego problemy żołądkowe, a w dodatku głowa zaczęła płatać mi figle i pomyliłem trasę. Dogania mnie Axel – ostatecznie drugi na mecie, który uświadamia mi, że do CP2 jest dużo dalej, niż początkowo sądziłem, i nie będzie to łatwy kawałek trasy. Po chwili mi odjeżdża, mimo że starałem się, by do tego nie doszło. Na CP2 wyglądam koszmarnie i podobnie się czuję. Wynajmuję łóżko w jurcie, początkowo myśląc, że 3–4 godziny snu załatwią sprawę. Zostaję tam jednak ponad 16 godzin, co kompletnie rujnuje moje marzenia o dobrym wyniku. Garść leków pomogła pozbyć się gorączki, ale byłem osłabiony już do końca wyścigu. Wydaje mi się, że mogłem zatruć się wodą, którą piłem bezpośrednio ze strumieni wysoko w górach, a później również z rzeki. Chcąc oszczędzić kilka chwil, odpuściłem sobie filtrowanie i uzdatnianie wody. Jak już udało mi się pozbierać, okazało się, że cała czołówka już dawno odjechała, ale i tak od tej pory nie był to mój największy problem. W dalszą drogę ruszyłem bardzo powoli, chętnie zostałbym w jurcie i spał dalej. Czekała mnie ciężka przeprawa przez Old Soviet Road, z krótkim odcinkiem o nachyleniu w okolicach 25–30% i drutem kolczastym czekającym tylko na to, by przebić opony nieostrożnym zawodnikom. Następnie kilkadziesiąt kilometrów szutrową drogą wzdłuż granicy z Chinami, by na koniec, na dobicie, zmierzyć się z Tash Rabat Pass 3964 m n.p.m. – najwyższym punktem wyścigu, przełęczą, której końcówka jest kompletnie nieprzejezdna w obu kierunkach, a w dodatku jest niesamowicie stroma, a ja trafiłem tam już po zmroku. Czołówka ustawiona na pełną moc pozwoliła mi w miarę bezpiecznie przeprowadzić rower przez przełęcz, następnie usiane kamieniami koryto rzeki, aż do drogi, mimo że miałem wrażenie, że nigdy się to nie skończy.

Prosto do mety?

Tego dnia nic nie zjadłem poza odrobiną kirgiskiego chleba i wypiłem może jeden bidon wody. Bilans dnia to około 150 kilometrów, bardzo daleko od początkowych założeń. Idąc spać gdzieś przy drodze, lekko podłamany problemami zdrowotnymi, gdy leżałem i próbowałem zasnąć, przypominała mi się rozmowa z Alanem sprzed dwóch dni, który stwierdził, że przecież teraz wystarczy przejechać dziennie 70 km, żeby ukończyć wyścig w limicie czasu, a ja jestem już przecież jakieś 400 km od tej rozmowy. Mając taką perspektywę, a nie walkę o dobre miejsce, jestem w całkiem niezłej sytuacji. Do mety raptem 480 km, jedna mordercza przełęcz i kilka mniejszych do pokonania, jeden punkt kontrolny, a potem prosto do mety… Tej nocy zasypiałem wyjątkowo uspokojony.
Kolejnego dnia udało mi się dojechać do CP3, znajdującego się nad jeziorem Son-Kul. Punkt kontrolny był ulokowany również w obozie, w jednej z wielu jurt stojących na brzegu jeziora. Po całym dniu z własnymi myślami była okazja porozmawiać chwilę z wolontariuszami, którzy otoczyli mnie opieką i nakarmili. W jurcie spędziłem godzinę, a o 22:00, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wsiadłem na rower i ruszyłem dalej, by przy świetle czołówki walczyć z trasą. Jechałem jeszcze 3, może 4 godziny i udało mi się przejechać nieco ponad 30 km. Na nocleg zatrzymałem się gdzieś pomiędzy jednym podjazdem a drugim, zaraz przy trasie, niedaleko pasących się koni.

Defekty

Z samego rana pokonałem kilkunastokilometrowy malowniczy podjazd i w perspektywie została już tylko jedna wysoka przełęcz – Kegeti Pass (3780 m n.p.m.). Zanim tam dotarłem, sporo się działo: miałem okazję spotkać rodaków podróżujących motocyklami po Kirgistanie, następnie pod sklepem pogadałem z Kirgizem, który był kiedyś w Warszawie, na chwilę zasnąłem pod ścianą opuszczonego budynku, czekając, aż przejdzie burza, a na koniec jadąc spokojnie szybkim kamienistym zjazdem, trafiłem tylną oponą w kamień i ją przebiłem. Dziura była na tyle duża, że nie było mowy, by płyn uszczelniający sobie poradził. Naprawę zacząłem więc od wepchnięcia w dziurę kołka do opon, po czym pełen nadziei skorzystałem z pianki uszczelniającej, którą wziąłem właśnie na wypadek takiej sytuacji. Cała naprawa nie zajęła szczególnie długo, niestety, po przejechaniu kilometra powietrze z koła uciekło, więc całą zabawę z kołem musiałem powtórzyć. Problem jednak nie zniknął, bo powietrze uchodziło. Nie chciało mi się kolejny raz tego rozgrzebywać, w dodatku zbliżała się noc, a ja byłem niedaleko przełęczy. Doszedłem do wniosku, że będę pchać rower na górę, natomiast naprawą zajmę się już po drugiej stronie. To była dobra decyzja. Ostatni fragment szlaku na Kegeti Pass był wyjątkowo wredny, naprawdę wymagający i czasochłonny. Wyglądało to mniej więcej tak: rower wpychałem do góry, wciskałem hamulce, robiłem dwa kroki i cały proces powtarzałem w nieskończoność. Na szczęście ostatnie kilkaset metrów było nieco łatwiejsze, rower dało się pchać po wąskiej ścieżce. Niestety, zanim dotarłem d...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy