Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rajdy dla Frajdy 2018

Artykuł | 30 kwietnia 2019 | NR 26
137

Po blisko pięciu miesiącach zabawy, na początku września dobiegła końca tegoroczna edycja zyskującego popularność cyklu imprez z serii „GRAND PRIX AMATORÓW NA SZOSIE – Rowerem przez Polskę”. Ponieważ magazyn „bikeBoard” był patronem medialnym tego wydarzenia – a także aktywnie w nim uczestniczył – czas na krótkie podsumowanie.

 

Po blisko pięciu miesiącach zabawy, na początku września dobiegła końca tegoroczna edycja zyskującego popularność cyklu imprez z serii „GRAND PRIX AMATORÓW NA SZOSIE – Rowerem przez Polskę”. Ponieważ magazyn „bikeBoard” był patronem medialnym tego wydarzenia – a także aktywnie w nim uczestniczył – czas na krótkie podsumowanie.

„GRAND PRIX AMATORÓW NA SZOSIE – Rowerem przez Polskę” (znane również jako „Rajdy dla Frajdy”) ma ciekawą i niespotykaną dotąd formułę. Rozgrywane w formie rajdów, w rzeczywistości pozwala przemierzyć cały kraj, składa się bowiem z 16 niezależnych etapów, z których każdy organizowany jest w innym województwie. Uczestnicy mogą wystartować dowolną liczbę razy (od 1 do 16), choć dla tych najbardziej zaangażowanych na bieżąco tworzona jest klasyfikacja generalna. Jak pokazuje dotychczasowa historia, aby na zakończenie stanąć na podium, wcale nie trzeba ścigać się tak na poważnie, bardziej liczy się regularne i konsekwentne uczestnictwo.

Impreza przeznaczona jest w pierwszej kolejności dla miłośników jazdy na rowerze, szczególnie kolarstwa szosowego w pięknych okolicznościach przyrody. Malowniczo poprowadzone trasy zazwyczaj przebiegają przez mniej znane lub jeszcze nieodkryte zakątki Polski, czym wzbudzają również zainteresowanie amatorów krajoznawczej turystyki rowerowej. W miarę możliwości poprowadzone dobrymi lub zupełnie nowymi asfaltami, stwarzają oczywiście przestrzeń do sportowej rywalizacji, choć nie ona jest tu najważniejsza. Najważniejsza jest frajda z jazdy, ze wspólnego przemierzania kilometrów, a także możliwość poznania naładowanych niezwykle pozytywną energią ludzi i przeżycia małej przygody (albo nawet całkiem dużej, jeśli ktoś decyduje się na kilka czy kilkanaście startów).

Czasu na to, by się rozejrzeć czy pożartować, nie brakuje, dystanse wynoszą bowiem niemało – zazwyczaj 100 km z małym ogonkiem. Jedni podchodzą do tego bardziej rekreacyjnie i rozkładają sobie trasę na cztery, pięć godzin. Inni korzystają z dobrodziejstw jazdy w grupie i wznosząc się na wyżyny swoich możliwości, śmigają poniżej trzech godzin, niejednokrotnie śrubując osobiste dokonania czy nawet ustanawiając rekordy na stravie. Najliczniejszą grupę przeważnie stanowią jednak „zapaleni frajdowcy”, którym szybka jazda nie jest obca, ale ponad wyścigowy pęd przedkładają kolarstwo nieco bardziej romantyczne i wcale im nie tak spieszno kończyć zawody.

W odróżnieniu od większości wyścigów organizowanych dla amatorów rajdy te zazwyczaj mają również inny przebieg. Szukając analogii w zawodowym peletonie – bliższy jest on wyścigom tygodniowym czy wielkim tourom. Zamiast więc gnać od początku, pierwsze kilometry upływają dość spokojnie, a szybkość rośnie z czasem. Na zlokalizowany mniej więcej w połowie dystansu obowiązkowy bufet zjeżdżają grupy już lekko przerzedzone, ale wyższe tempo narzucane jest przeważnie w drugiej części trasy.

Edycja z 2018 roku była dopiero drugą w historii. Łącznie zgromadziła przeszło tysiąc startujących, a najliczniejsze grono zawitało do Małopolski i Wielkopolski. Całkowity dystans „przez Polskę” wyniósł 1826 km, co sprawia, że jest to jedna z najdłuższych obecnie rozgrywanych „etapówek”. Stopień trudności nie był przesadnie wygórowany, choć część etapów zyskała miano wymagających – niekiedy ze względu na pofałdowany profil, a czasem ze względu na uporczywy wiatr, tropikalne temperatury czy… wczesną porę w sezonowym kalendarzu.

 

Co ciekawe, harmonogram startów idealnie zgrał się z jednym wielkim oknem pogodowym – przez cały sezon nie spadła kropla deszczu, nawet chmur było jak na lekarstwo. Ciepło bywało rzadko, raczej gorąco, stąd szczególnym sentymentem cieszyły się odcinki zacienione, a zwłaszcza poprowadzone w przyjemnie chłodnej gęstwinie. Gdy jednak zaczynało brakować dających schronienie drzew, trudy pedałowania wynagradzały doznania wzrokowe, ponieważ trasy każdorazowo przebiegały przez okolice atrakcyjne widokowo, w tym tereny parków krajobrazowych. Obiektem regularnego pożądania stawały się więc barwne galerie zdjęć, w których nieodłącznym towarzyszem uśmiechniętych przez pot i łzy kolarzy była fantastyczna przyroda.

Choć powszechnie uważa się, że Polska jest krajem płaskim (i dużo w tym racji), to naprawdę „gładkich” etapów wcale nie było wiele – spośród wszystkich może cztery. Zdecydowanie najmniej pracy wysokościomierze miały na Opolszczyźnie – ok. 250 m przewyższenia na 125 km. Płasko było również na Podlasiu, na ziemi łódzkiej i w Wielkopolsce. Nie znaczy to jednak, że były to etapy mało ciekawe. Leżący tuż za Opolem Stobrawski Park Krajobrazowy może poszczycić się pięknymi odcinkami przez tak gęste lasy, że promienie mocno operującego sierpniowego słońca zatrzymują się wysoko w koronach drzew, a przy drodze panuje lekki półmrok. Obrzeża parku toną w złocistych łanach zbóż, które największe wrażenie robią późną wiosną. Z kolei przeprawa przez Biebrzański Park Narodowy – skryty cichutko gdzieś między Łomżą, Grajewem a Białymstokiem –
ponownie okazała się jednym z ulubionych etapów wielu uczestników. Choć nie do końca wiadomo, czy to bardziej zasługa urokliwie położonej bazy w Goniądzu, czy liczącej sobie ponad 30 imponujących kilometrów Carskiej Drogi, czy może zapewniającej stały masaż wściekłej kostki w Tykocinie, ale faktem jest, że ten stosunkowo wciąż mało znany obszar potrafi zapewnić miłe wspomnienia.

Na ziemi łódzkiej motywem przewodnim było międzyrzecze Warty i Widawki, po którym kolarze kręcili na trzech podstępnie ułożonych rundach. Miasto startu i mety, niewielką Widawę, przecinali bowiem trzykrotnie – i za każdym razem udawali się w innym kierunku. Choć w pobliżu miasteczka rundy krótkim odcinkami się pokrywały, większych szans na zaskakujące mijanki, niestety, nie było – pozostało jedynie małe zdezorientowanie i poczucie lekkiego déjà vu. Przecinanie Warty następowało oczywiście także w Wielkopolsce, a szczególnie malownicza była przeprawa w pobliżu będącej gospodarzem rajdu Mosiny. Stamtąd trasa wiodła wzdłuż Dębów Rogalińskich prosto do Kórnika, a dalej na przestronny obszar agrarny, ale tak ciekawy, że aż utworzono na nim park krajobrazowy!

 

Kolejny rajd „z Wartą w tle” początek i koniec miał w Ośnie Lubuskim, położonym nad zachęcającym do wypoczynku jeziorem Reczynek. Pobliskie wzgórza morenowe dostarczyły już kilku łagodnych podjazdów, ale główna atrakcja była wysunięta na północ. Mowa o ujściu Warty, którego poznawanie z perspektywy rowerowego siodełka jest zajęciem niezwykle przyjemnym. Wspaniałe rozlewisko – w większości oglądane z wysokości dobrze wyasfaltowanego wału – jest nie tylko atrakcyjne samo w sobie, ale także stanowi naturalne środowisko dla wszelkiej maści ptactwa i zwierzyny ochoczo zamieszkującej tereny podmokłe czy torfowiska. Oczywiście największe wrażenie robi, gdy stan wód jest wysoki, o co w tym roku było trudno. Podobna niespodzianka czekała na Mazowszu, gdzie trasa rajdu ułożona była w malowniczym rejonie zazwyczaj wesoło meandrującej rzeczki Świder. Ba, wiosną ma ona w zwyczaju występować z płytkiego miejscami koryta i ślicznie zalewać okoliczne łąki. Tym razem oczom startujących ukazał się ład i porządek, ogólne wysuszenie – a w dole cienka strużka… W tej sytuacji większość uwagi ściągnęło na siebie kilka zupełnie niespodziewanych w tej okolicy podjazdów (w zgodnej opinii zasługujących na miano „zmarszczek”).

Pozostałym rajdom pewnych trudności wynikających z ukształtowania terenu już nie brakowało. Fakt ten może wydawać się nieco zaskakujący w województwach północnych, ale okazuje się, że nie tylko na wydmy trzeba się tam wdrapywać. Relatywnie „najspokojniej” przedstawiała się trasa kujawsko-pomorska, ze startem i z metą w Tucholi. Rzeczywiście – kończąca zmagania ścieżka pośród Borów Tucholskich była nie tylko gładka, ale w przeważającej większości mocno wypłaszczona (podobnie jak długi fragment rozpoczynający). Jednak w środkowej fazie czekała wizyta na terenie Wdeckiego Parku Krajobrazowego, który ma dość figlarne usposobienie (zabawne były zwłaszcza nagłe spadki i wzniosy w pobliżu kanałów Wdy oraz przy granicy parku, na odcinku Tleń–Zdroje). Podobnie przedstawiał się profil rajdu na Mazurach – choć tu już ze znacznie wyraźniejszymi akcentami, a nawet oficjalnie oznaczonymi wzniesieniami. Stanowiące arenę tegorocznych Mistrzostw Polski pagórki w rejonie Ostródy, ale przede wszystkim Wzgórza Dylewskie, można było bowiem śmiało rozpatrywać w kategorii „podjazdy”. Dla mniej zaprawionych w takich zabawach wyraźną ulgą było to, że drogi wyjazdowe i powrotne wokół stanowiącego bazę Olsztynka mają łagodny charakter.

Bardziej regularne były trasy na Pomorzu Zachodnim, na którego zwiedzanie zawodnicy wybierali się z niewinnie położonego między jeziorami Drawna. I choć na mapie regionu próżno szukać pagórków wystających ponad 200 m n.p.m., to zarówno wzdłuż ściany drawskiego poligonu, jak i po przeciwległej stronie jeziora Lubie (od Złocieńca do Kalisza Pomorskiego) droga niemal bezustannie to wznosi się, to opada – krótko, ale dynamicznie. Prawdziwy trening interwałowy na świeżym powietrzu! Jednak najbardziej wymagającym ze wszystkich północnych rajdów był pomorski, rozgrywany na wciąż tajemniczych i kryjących wiele niespodzianek Kaszubach. Większość tamtejszych podjazdów – szczególnie w pobliżu Kartuz, choć palma pierwszeństwa należy do kultowej Wieżycy – jest powszechnie znana i mimo niekiedy pewnej brutalności (zdarzają się dwucyfrowe kąty natarcia) często nie stanowi większej trudności w drodze do celu. Gdy jednak przyszło ułożyć z tych pagórków konkretną rundę, okazało się to sporym wyzwaniem – na szczęście sowicie wynagradzanym roztaczającymi się wokół widokami (podobno nigdzie w Polsce jeziora nie mają takiego poblasku i odcienia).

 

O tym, czy istnieje przepis na przygotowanie trasy spełniającej różne oczekiwania, mogli się przekonać ci, którzy wzięli udział w rajdach na Dolnym Śląsku i Lubelszczyźnie, ale także w Górach Świętokrzyskich i śląskiej części Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Zapewne złotego środka znaleźć się nie udało, ale próby pogodzenia kilku żywiołów wypadły obiecująco. Wyprawa...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy