Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

10 lipca 2020

NR 41 (Lipiec 2020)

Przepraszam, czy tędy w kosmos?

36

Ben Hildred zrobił to inaczej! Podczas gdy Everesting nie jest wyzwaniem dla „bab i maruderów”, to co zrobił Ben, jest rękawicą rzuconą nie tyle nogom i głowie, ale przede wszystkim zwykłemu ludzkiemu lenistwu. Od pół roku – kiedy to w głowie mojej i mojej przyjaciółki zaświtała myśl, by w okolicy letniego przesilenia wyjechać skoro świt w góry i „natłuc” 8848 metrów w górę – ciągle tkwimy w fazie planów i przekomarzania się, czy w ogóle damy radę. Podczas gdy większość śmiałków wybiera szosowe podjazdy o optymalnym nachyleniu 6–7% (to nachylenie, które wciąż jedzie się z czystego obrotu korbą, bez przepychania i dla większości wyjeżdżonych amatorów takie nachylenie to ciągle przyjemność), Ben w 2018 r. trzasnął Everesting na góralu, podjeżdżając technicznym trailem o nazwie Skyline w bike parku Queenstown, w Nowej Zelandii. Zrobił to w 19 godzin, co doskonale obrazuje, jak trudny i wymagający jest to podjazd. 
Nie to jednak jest wyzwaniem, o którym myślę, gdyż Everesting w obecnych czasach robią „wszyscy”. Nie dlatego, że to łatwe, ale dlatego, że jest wykonalne! Nie wymaga niezwykłej szybkości, nadludzkiej siły czy niesamowitego sprzętu. Everesting da się zrobić. To trudne wyzwanie. Jak trudne? Powiem Wam, kiedy go zrobię, gdyż im więcej o tym myślę, tym większego nabieram respektu do wszystkich, którym się chciało i którzy nie odpuścili. Dziś tłuką mi się w głowie jakieś wspomnienia z podjazdów, na których wyję ze zmęczenia, mając w nogach tylko 3,8 tysiąca metrów w górę. To wciąż o 5048 m za mało, by ukończyć wyzwanie. Gdyby moje pośladki miały wyobraźnię, zabroniłyby mi tego. Moje dłonie, kark i uda powiedziałyby to samo. To wyzwanie kończy głowa, zwłaszcza że metry „wyczłapane” w górę, trzeba jeszcze zjechać – 8848 metrów w dół wymaga potężnego skupienia!
 

 

Pracujecie? Chodzicie do szkoły? O której wstajecie? O siódmej, szóstej, piątej? 

Ben Hildred zwykle wstawał pewnie o 7:00. Miał wtedy czas na prysznic, kawę i śniadanie, gdyż o 7:45 otwierał warsztat, by zacząć regularny dzień pracy wśród śrubek, amorów, opon i dętek. Ubiegłej zimy, a właściwie lata, gdyż grudzień w Nowej Zelandii to taki nasz czerwiec, Ben jeszcze raz postanowił wspiąć się wyżej niż na najwyższą górę świata. Dużo wyżej, gdyż 55 tysięcy metrów to granica kosmosu – tam sięga zewnętrzna powłoka stratosfery, poza nią nie ma nic. Przeznaczył na to miesiąc, a to oznaczało codzienną wspinaczkę przynajmniej 1834 metrów w pionie, by pod koniec roku móc „wystawić głowę” w przestrzeń kosmiczną i pomachać gwiazdom i kometom. Czy to dużo? Pierwszy maraton w Istebnej miał 65 km długości i 1300 metrów przewyższenia. Tak, to sporo! Zwłaszcza przed pracą!
 

 

W ciągu 30 dni Ben, mechanik rowerowy i Brytyjczyk z pochodzenia,...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy