Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

30 kwietnia 2019

NR 26 (Listopad 2018)

Powiedz tak

0 126

 

Słodki smak porażki

Nie da się jechać. To znaczy – pewnie się da, ale ja nie jestem w stanie. Byłam z siebie taka dumna, że od półtorej godziny nie poddałam się ponad 500-metrowemu przewyższeniu, aż nadszedł przeciwnik, z którym nie miałam szans wygrać. Wiatr. Dmuchnął niespodziewanie, ze zwielokrotnioną siłą zza kolejnego zakrętu. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Łańcuch odmówił posłuszeństwa. A co gorsze – moja głowa odmówiła posłuszeństwa. Chwiejąc się i łykając łzy porażki, zsiadłam z roweru i zaczęłam go prowadzić, przeklinając w duchu moich towarzyszy, którzy dawno zniknęli w perspektywie niekończącego się podjazdu. Gęsty świerkowy las po obu stronach drogi dodawał całej sytuacji grozy. Miałam wrażenie, że mój rower waży już nie 70, ale 200 kilogramów, a ja słabnę z każdym krokiem. Cholerny Sjemiński Pierewał – przeklinałam w duszy. Cholerne góry, co za powalony pomysł, żeby jechać w Ałtaj w zimie! – krzyczałam wewnątrz siebie.

I wtedy na drodze pojawił się Mateusz – szedł zadowolony, cały sprężysty i wesoły. Nic dziwnego – szedł w dół, bez roweru i znajdował się na już osłonecznionej części drogi. Krzepki, wiecznie spokojny, cholernik jeden….

Iśka! Brawo, dotarłaś! – zamachał do mnie, a ja popatrzyłam na niego z niechęcią. Co on plecie? Nie widzi, że pcham rower, jak jakiś słabeusz?

Ta… – powiedziałam pod nosem, zatrzymując się i zapierając nogami, żeby nie stoczyć się ze stromej drogi razem z tym potwornie ciężkim rowerem. Mogę przysiąc, że na wysokości 1700 m n.p.m. mój rower ważył 500 kilogramów.

Naprawdę, to już! Dojechaliśmy!

Chyba WY dojechaliście. Ja ledwo pcham tego kolosa… – stwierdziłam.

Iśka, daj spokój. Pod koniec przełęczy zawsze wieje – powiedział Mateusz zza swojej zamarzniętej brody, odbierając ode mnie rower. Nawet nie usiłowałam skłamać, że dam sobie radę i wyprowadzę go na przełęcz sama.

Udało ci się!

Nic mi się nie udało. Wam się udało – powtórzyłam.

Mateusz westchnął, a na naszej drodze, radośnie podskakując, pojawiła się Ula.

Iśka, uśmiech, jesteś na miejscu! Zaraz coś zjemy! Jest gostinica, jest ciepłe jedzenie, dotarliśmy! – mówiła uradowana, poklepując mnie po plecach.

Miałam na twarzy gogle, kominiarkę, byłam cała zasłonięta. To bardzo wygodne, kiedy nie chcesz pokazać uczucia porażki i zawodu. Oni już dojechali, już się ogrzali w słońcu i chwale zwycięstwa wjazdu na jedną z najbardziej wymagających przełęczy na naszej trasie. Ja jak zawsze byłam z tyłu, jak zawsze trzeba było na mnie czekać i po mnie schodzić, jak zawsze...

Nie bądź dla siebie taka surowa – wyrwał mnie z samobiczowania Mati. Dałaś radę. Wjechałaś tu o własnych siłach. A ten wiatr na koniec wszystkim dał popalić. Udało ci się. Postawił mój rower pod gostinicą i zadowolony wszedł do środka. Stałam chwilę w słońcu, na otwartym wierzchołku Sjemińskiego Pierewału. Przewyższenie, którego bałam się jeszcze w Polsce, było za nami. Przełęcz, która poprzedniego dnia zmusiła nas do wcześniejszego noclegu, została zdobyta. Na Sjemiński Pierewał – jeden z niewielu punktów na naszej ponad 1000-kilometrowej trasie dokładnie oznaczonych i opisanych w mapach Google i w Wikipedii – wjechaliśmy zimą na rowerach. Zimą, kiedy to ciężarówki mają zakaz wjazdu na ten niezwykle stromy odcinek Czujskiego Traktu. Zimą, kiedy większość Rosjan nie wychodzi z domów nawet po to, żeby otworzyć hostel i zarobić kilkaset rubli na nocowaniu takich szaleńców jak nasza piątka. Oddychałam ciężko pod gostinicą na Sjemińskim Pierewale. I wciąż nie byłam z siebie dumna.

 

  1.  Strefa przygraniczna między Kosz Agacz a Taszantą to 50 km płaskiego asfaltu, który ciągnie się i mami rychłym dotarciem do celu. Był 23 grudnia, w planie mieliśmy wigilijny odpoczynek i prostą słoneczną drogę. Niestety, radość z banalnego odcinka szybko znikła, kiedy podczas naszych licznych przystanków na zdjęcia i przekąski zaczepili nas pogranicznicy. Najpierw straszyli, że jeszcze tego samego dnia musimy dojechać do Mongolii, co byłoby absolutnie niewykonalne, z uwagi na dodatkowe 30 km ziemi niczyjej i fakt, że granica zamyka się o godz. 18, w końcu eskortowali nas przez ponad 30 km do Taszanty i najbliższego hotelu. Mimo ogromnego zmęczenia i nerwów spowodowanych kontaktem z żołnierzami, Wigilię spędziliśmy śpiewająco i leniuchująco. Prawdziwe white Christmas choć w pokoju hotelowym, za drutem kolczastym...
  2. Z Rosji do Mongolii? Zimoj? Ojojojoj... wy zamarzliocje! – martwili się o nas Rosjanie. Na każdym kroku słyszeliśmy, że zamarzniemy i że przyjeżdżanie w Ałtaj zimą to głupota, a na rowerze to już w ogóle samobójstwo. Ku zaskoczeniu Rosjan, Mongołów i nas samych nie zamarzliśmy, a wręcz czasami było nam gorąco. Na przykład w hostelach, w których z braku pościeli spaliśmy w naszych himalajskich puchowych śpiworach, albo w saunach, do których kilka razy udało nam się trafić, albo w mieszkaniu Nomi w Ułan Bator, która przyjęła nas na kilka dni naprawdę świątecznie. Jednak przez większość czasu walczyliśmy z zimnem. Zimnem, które zobaczyłam dopiero na zdjęciach. Panowie niewątpliwie cierpieli bardziej – odklejanie kominiarki od przymarzniętej brody Mateusz wspomina do dziś jako jeden z najbardziej nieprzyjemnych elementów całej wyprawy...
  3. Jak miniecie daczę Putina, to potem już tylko wilki i bezdroża! – straszyli nas Ałtajczycy. Nic takiego się nie wydarzyło. Mimo zwątpienia właściwie każdego, z kim rozmawialiśmy na naszej 1200-kilometrowej trasie z Rosji do Monoglii, wielu ostrzeżeń, że zmarzniemy i że rowery nam się rozpadną, całą drogę przejechaliśmy bez większych problemów. Wiemy jednak, że mieliśmy szczęście. Na naszej drodze przez Czujski Trakt stały dwie potężne przełęcze – pierwszą z nich, Sjemiński Pierewał, pokonywaliśmy w pierwszej połowie grudnia i choć straszyły nas znaki drogowe mówiące o zagrożeniu, cel osiągnęliśmy bardzo sprawnie. Rok wcześniej znajomy rowerzysta nie dał rady przejechać tą drogą przez żadną z przełęczy. Już w listopadzie śnieg totalnie odgrodził miasta za Sjemińskim Pierewałem, a pługi śnieżne przez wiele tygodni mozolnie torowały kolejne kilometry Czujskiego Traktu.

 

Bike Jamboree – rowerami dookoła świata

Na Sjemińskim Pierewale nie znalazłam się do końca z własnego wyboru. Tak po prostu wyszło. Na Festiwalu Włóczykij zachwyciła mnie idea sztafety rowerowej dookoła świata Bike Jamboree. A że etap ósmy, z Rosji do Mongolii przez góry Ałtaj w grudniu (!) miała prowadzić Urszula Ziober, uznałam, że to etap dla mnie. Bo jeśli robić coś ponad siły, coś szalonego, to tylko z ludźmi, których lubisz i którym ufasz. Ula wzięła udział w poprzedniej sztafecie – Rowerowe Jamboree jechało z Polski do Japonii na międzynarodowy zlot skautów. Przejechała m.in. przez Pamir. Potem wspólnie z koleżanką objechały Polskę dookoła z projektem Rowerowy Dom Kultury. Kiedy odwiedziłam Ulę w jej artystycznym, ciepłym poznańskim mieszkaniu, wypełnionym po brzegi pamiątkami z podróży, obrazami, zapachem perfum i kwiatów, miłością i inspiracjami, wiedziałam, że trafiłam na odpowiednią osobę. Taką, która nie pozwoli mi się poddać, zanim postawię pierwszy krok.

Bike Jamboree nie jest historią wyczesanych podróżników. To historia zwykłych ludzi, którzy postanawiają zrobić coś innego. Łączy nas właściwie wyłącznie umiejętność jazdy na rowerze. I tak od maja 2017 roku przejechaliśmy już ponad 20 000 km przez 11 krajów i 12 rosyjskich republik. Przez Kaukaz w upale, przez Kazachstan – w pyle i śniegu, przez Rosję – w śnieżnych zaspach i roztopach. Aż zatrzymał nas ocean. Złośliwi pytali, czy do Ameryki przedostaniemy się rowerkami wodnymi. Mieliśmy inny pomysł – przez cały lipiec nakręcaliśmy pozytywnie kilometry w Polsce, czekając na start etapu 17. na Alasce. Przed nami ogromny kontynent amerykański i spotkanie ze skautami z całego świata w Wirginii latem 2019 roku. Nasza sztafeta wróci do Gdańska w grudniu 2019 roku. Będziemy myśleć o harcerzach, którzy stali się powodem rozpoczęcia całej akcji. O Kazimierzu Nowaku, niestrudzonym podróżniku i rowerzyście, który jest naszym patronem. O ludziach, którzy pomagali nam po drodze, i tych, z którymi każdy z nas pedałował dzień w dzień przez miesiąc, a czasem i dłużej.

 

  1. Prawdziwych przyjaciół poznaje się... po termosie. Pięć osób na rowerach to nie jest „zgrana grupa”. To raczej grupa indywidualności, które co jakiś czas się zgrywają w czasie. Na podjazdach często odległości między nami wzrastały, mieliśmy więc taki system, że jeśli najsłabszy – a byłam to przeważnie ja – zostawał bardzo z tyłu, reszta schodziła z rowerów i szła miarowym krokiem. Zatrzymanie groziło zmarznięciem. A z tym walczyliśmy nieustannie. Momentem wspólnym zawsze były posiłki. Zatrzymywaliśmy się i jeden batonik dzieliliśmy między siebie, każdy brał kęs. I na herbatę z imbirem i witaminą C w proszku – jedna osoba wyciągała termos i dolewała do kubeczka, czasem pomagając spragnionemu towarzyszowi, który nie mógł utrzymać kubka w zgrabiałych dłoniach. I na „lanczyk”, czyli kilka zupek chińskich w termosie. I znów – jedna osoba grzebała łyżką w termosie, karmiąc pozostałych, jak ptasia mama.
  2. Mobilny serwis rowerowy – tak nazywałyśmy Rafała z Mateuszem. Ta dwójka potrafiła pośrodku niczego wyczarować cuda z naszych przemarzniętych rowerów. To oni dbali o ich kondycję i naprawiali każdą usterkę. I to oni ściągali rękawice na -40-stopniowym mrozie, kiedy naprawa wymagała precyzji. Liczba złapanych gum – zaledwie trzy. Liczba single-speedów – dwa. To o dwa za dużo jak na taką wyprawę. Ostatnie 300 km po mongolskich bezdrożach Mateusz przejechał na przerzutkach 1:2, przebierając nogami jak chomiczek w kołowrotku...
  3. Co się psuje w ałtajskim mrozie? Wszystko. Rowery, sprzet, aparaty, my... Warto mieć w takich warunkach w ekipie dwóch zapaleńców, którzy na hasło „kuchenka nie działa” nie reagują histerią i wizją rychłej śmierci, ale zaciekawieniem. Mateusz z Rafałem mogą spokojnie otworzyć zakład naprawczy kuchenek turystycznych, po powrocie, wielokrotnie na odległość – przez telefon, internet i innymi sposobami – udzielali kolejnym uczestnikom sztafety porad, jak naprawić kapryśny sprzęt.

 

O czym ja będę myśleć? O Sjemińskim Pierewale. O wijącym się między ałtajskimi wzgórzami Czujskim Trakcie. O przerażającej cichej skalnej przełęczy Czike-Taman. O cieple kominka w domu naszego gospodarza w Górnoałtajsku. O jedzeniu zamarzającej owsianki w obozowisku nad rzeką Katuń, tuż za mieściną Ust-Sjema. O dziwacznym pałacu przed Aktasz. I o tym, że gdyby nie rower, nie miałabym pojęcia o istnieniu tych wszystkich miejsc. A tym bardziej o przyjaźni, która zawiązała się mocno i w zupełnie niesprzyjających warunkach dzięki sztafecie rowerowej Bike Jamboree.

...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy