Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

8 marca 2019

NR 22 (Lipiec 2018)

Pędzimy w Gruzji

0 136

Tuszetia i Swanetia to najbardziej niedostępne rejony Gruzji, gdzie dostać można się tylko kilka miesięcy w roku. Miejsca trudne do jazdy a jednocześnie najpiękniejsze fragmenty Wielkiego Kaukazu. Byłeś raz, będziesz chciał wracać. 
 

Gdzie lecicie?! – dopytywali nas zaskoczeni znajomi, gdy w 2014 roku wybieraliśmy się do Gruzji. Pierwszy w życiu wyjazd z sakwami do niewielkiego kraju rozdartego pomiędzy Europą i Azją, wysokie góry oraz częsty brak kontaktu ze światem zewnętrznym brzmiało jak nie lada wyzwanie. Wtedy o Gruzji mówiło się niewiele, jednak szukając przygody postanowiliśmy spróbować. Przekroczyliśmy kilka własnych granic, zdobyliśmy doświadczenie, ale ten kraj tak uzależnia, że zdecydowaliśmy się na rundę drugą – tym razem enduro. 

Koniec września, do Kutaisi przylatujemy przed świtem. Jesteśmy zmęczeni a dwa duże kartony czekają na rozpakowanie. Szybko przypominamy sobie o celu naszej wyprawy i pełni entuzjazmu, w asyście miejscowych psów, składamy sprzęt. Na Kaukazie podstawowym środkiem transportu są marszrutki, czyli busiki, które dowiozą nas niemal wszędzie. Łapiemy jedną z nich i gorączkowo spoglądamy na kierowców, wpychających nasze endurówki przez klapę bagażnika do starego wozu. Wszystko jest? Później już nie będzie sklepów, o serwisie rowerowym nie ma co marzyć. Jedziemy do Mestii, stolicy Swanetii. 

Swanetia to górski region położony w północno-zachodniej części kraju, graniczący z Rosją. Odrębna kultura Swanów powstawała na skutek wielowiekowej izolacji mieszkańców regionu od reszty Gruzinów. Ukryte między pięciotysięcznikami osady przez całe wieki skutecznie broniły swej niezależności. Drogę do Mestii wybudowano dopiero w 1937 r. Samo miasteczko to bogata w szlaki baza wypadowa w wyższe partie gór.

Tutaj czuć, że zima już blisko, temperatura szybko spada poniżej zera. 

Następnego dnia kupujemy jeszcze ciepły bochenek pachnącego chleba, duży kawał lokalnego sera i wyruszamy. Mamy do pokonania 60 km i 2500 m przewyższenia zanim dojedziemy do Ushguli. Choć udało nam się odchudzić bagaż o 10 kg względem poprzedniej wyprawy (wspominałam o zdobytym doświadczeniu), już na pierwszym podjeździe zastanawiamy się co jeszcze można wyrzucić. Wspinamy się na przełęcz i wszystko staje się jasne. Przed nami rozpościera się zapierająca dech panorama wsi Zhabeshi oraz imponująca, ośnieżona Tetnuldi o wysokości 
4 858 m n.p.m. Mijając idące na pastwisko krowy, zjeżdżamy malowniczym singlem do doliny. W Zhabeshi spotykamy chłopca, może 5-letniego, jadącego na rowerze, w którym pedały już dawno się zgubiły i wystawały same osie. Maluch jest nami żywo zainteresowany, jednak przez nieśmiałość prawie nie mówi. Udaje nam się namówić go na przejażdżkę moją Metą. Uśmiech dziecka sporo nas kosztował i ostatecznie wyjeżdżamy bez cennego w górach Snickersa. Chłopiec odprowadza nas do końca wsi i machając sobie na pożegnanie, ruszamy w swoją stronę.

Wraz z rozwojem regionu powstają tu nowe inwestycje. Budowa kompleksu narciarskiego zmieniła przebieg cieków wodnych w okolicy i niestety nasza mapa była zupełnie nieaktualna, a dalszy szlak okazał się być rzeką. Rower na plecy i wspinamy się do góry przez Barszcz Sosnowskiego. Całe szczęście, że o tej porze roku jest już zaschnięty. Szybki kęs sera i zjeżdżamy do Adishi. 7 km krętej i wąskiej ścieżki, płynna, czysta przyjemność z jazdy. Jesteśmy na wysokości 2040 m n.p.m i zza zakrętu wyłania się mini osada, licząca raptem kilka rodzin. Opuszczone domy są o krok od zawalenia. Jednak od początku pobytu w wiosce doświadczamy gruzińskiej gościnności. Po dziesięciu minutach pijemy wino ze szklanek pamiętających jeszcze Związek Radziecki, jemy chaczapuri, a o rowery ocierają się przechodzące uliczkami świnie i krowy. 

W drodze do Ushguli spotykamy jeszcze staruszka, który dopytuje czy mamy nóż na wypadek spotkania z niedźwiedziem. Rafał pokazał mu nasz scyzoryk, na co zareagował przyjaznym lecz niepokojącym śmiechem. W trakcie jazdy mimowolnie zaczynam się rozglądać za ewentualnymi opcjami ucieczki. 

Przeprawa przez góry Kaukazu to nie przelewki, jednak każdy przejechany metr jest wart wysiłku. Kilka zakrętów i zauważamy niepasującą do dzikiego krajobrazu lśniącą tablicę – „Witamy w najwyżej zamieszkałej osadzie w Europie. Ushguli – 2200 m n.p.m.”. Wioska słynie z wież, których baszty służyły góralom do obrony przed wrogami, ale też jako schronienie przed krwawą zemstą rodową. Dziś pełnią funkcję przydomowego magazynu. Znajdujemy nocleg, a goszczący nas Gruzin dumnie prezentuje miejsce, gdzie możemy schować rowery. To kamienna szopa, która należy do jego rodziny od XI wieku. Po całodniowym wysiłku głód zagląda nam w oczy. Nasi gospodarze chcąc ugościć rowerzystów najlepiej jak tylko potrafią, podają na stół specjały domu. Szybko zapominam jak dwa dni wcześniej zarzekałam się, że nie dotknę wątróbki. Mam przed sobą talerz pełen podrobów, którymi zajadam się bez opamiętania. Były pyszne! 

Budzi nas rześkie powietrze, w izbie jest może 8 stopni. Wyż z południa wyczyścił niebo i naszym oczom ukazuje się najwyższy szczyt Gruzji – Shkhara o wysokości 5193 m n.p.m. W jego towarzystwie udajemy się na przełęcz Zagari (2620 m n.p.m.), skąd do najbliższego miasteczka mamy 80 km 
zjazdu szutrową drogą. W Lentekhi, bo o nim mowa, poznajemy prawdziwą gruzińską kulturę. Mamy niecodzienne szczęście i zostajemy zaproszeni na suprę, czyli rodzinną biesiadę. 12-letni Georgi zaprasza nas do domu swojej babci, gdzie jak reklamował jest ciepła woda, której nie uświadczyliśmy od kilku dni. Chłopak wywiązuje się ze swojej obietnicy z nawiązką. Do stołu zostajemy przyjęci jak członkowie rodziny.

Rozsadzeni pomiędzy nestorem rodu a komendantem lokalnej policji jemy pieczonego świniaka i słuchamy tradycyjnych toastów.

Czas pożegnać się ze Swanetią i przed pierwszym śniegiem transportujemy się marszrutkami do Tbilisi. Hałaśliwe targowiska i korki to zdecydowanie nie nasz klimat. Spędzamy tu noc, dowiadujemy się, że brama do Tuszetii jest jeszcze przejezdna i następnego dnia jedziemy do Alvani.     

...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy