Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

22 listopada 2022

NR 64 (Listopad 2022)

Offroad Finnmark Jasna północ północy

0 112

30 lat temu, w studenckich czasach, gdy jeszcze byłem piękny i młody, wybrałem się z dwoma przyjaciółmi na wyprawę bikepackingową po Finlandii i Norwegii. Celem był najbardziej wysunięty na północ stały ląd – półwysep Nordkinn (popularny Nordkapp jest tak naprawdę wyspą, na którą wjeżdża się przez most), a punktem startowym i końcowym Helsinki. 3500 km, miesiąc na rowerze, deszcz i zimno, miliony much i komarów w Finlandii, za mała ilość prowiantu (wtedy, dla studenckiej kieszeni, skandynawskie ceny to był kosmos) – tak to wyglądało. Rowery, odzież i wyposażenie z innej epoki – gdy teraz patrzę na zdjęcia, zastanawiam się, jak to w ogóle było możliwe. Ale daliśmy radę, chociaż łatwo nie było. Bardzo zapadły mi w pamięć bezkresne przestrzenie północnej Norwegii – postanowiłem sobie, że kiedyś tam wrócę. Gdy dowiedziałem się o imprezie Offroad Finnmark, wiedziałem już, że to tylko kwestia czasu, a znów zaczerpnę tamtejszego chłodnego powietrza.

Na udział w tegorocznej edycji Offroad Finnmark zdecydowałem się na niecałe dwa miesiące przed imprezą, zaraz po odwołaniu tegorocznego IronBike – termin ten sam, od początku roku zarezerwowany w kalendarzu na event MTB. Szukałem nowego wyzwania, nowych doświadczeń, a Offroad Finnmark zapewniał to w stu procentach, gdyż nie jest typową etapówką. Niespotykana formuła łączy w sobie klasyczny wyścig etapowy z wyścigiem ultra non stop: nieoznakowana trasa, którą podąża się za trackiem GPS, stanowi pętlę o długości 150, 300 lub 700 km ze startem w Alta na północy Norwegii. Co kilkadziesiąt kilometrów, czyli co kilka godzin jazdy, organizatorzy, korzystając ze schronisk, szkół lub namiotów, zapewniają bufety z zimnymi i ciepłymi posiłkami, serwis techniczny, dostęp do miejsca do spania na materacach i do własnej torby każdego z uczestników, do której można przed startem wrzucić ubrania na zmianę, jedzenie i inne rzeczy. Zdecydowałem się na start na najdłuższym dystansie 700 km solo (na tym dystansie można startować też w teamach) – w końcu jak lecieć tyle godzin, to już na coś konkretnego. W przypadku mojej trasy pit stopów było dziesięć, na ośmiu z nich minimalny czas przybywania to 15 minut. Na dwóch pozostałych, po 260 i 530 km, postoje musiały być minimum dwugodzinne, a czas łączny przebywania w tych dwóch strefach powinien w sumie wynieść 9 godzin, czyli tak naprawdę wymuszał dłuższy odpoczynek i spanie.

 

Na krótszych dystansach jest ciaśniej, komary i meszki mają wybór kogo dopaść. 
Foto Anders Abrahamsen

Dziwne letnie wyposażenie

Planowanie zacząłem od wyposażenia. Patrząc na zdjęcia z poprzednich edycji (w tym roku już piętnasta), ciepła odzież i zabezpieczenie przed deszczem to podstawa. Spora lista wyposażenia obowiązkowego, niektóre rzeczy niespotykane na innych imprezach, na przykład zapasowe urządzenie GPS lub wydrukowane papierowe mapy. Z ciekawostek – kurtka puchowa… Nie ma za to oświetlenia, i to pomimo jazdy całą dobę – o tej porze roku w tej części Norwegii jest po prostu jasno. Zaraz po decyzji o starcie i zapisach zacząłem śledzić prognozy pogody: deszcz i deszcz, kilka mokrych tygodni. Tydzień przed zawodami prognozy nie były zbyt optymistyczne, trochę deszczu, ale czasem słońce całą dobę. Dosłownie. Silny wiatr gwarantowany, z różnych kierunków. Oby pomagał.

 

Rzadki widok, kibiców na trasie nie było wielu. Praktycznie tylko w okolicach pit stopów można było liczyć na doping. 
Foto: Jon Vidar Bull

Przejazdy przez głębokie kałuże były normalnością, chociaż w moim wykonaniu nie z takim impetem. 
Foto Anders Abrahamsen

W tym roku było wyjątkowo mokro. Kilka tygodni opadów przed wyścigiem zmieniło leniwe strumyki w rwące potoki.
Foto Anders Abrahamsen

Skandynawska gościnność

Lot do dwudziestotysięcznej Alty, z przesiadką w Oslo, to pięć godzin w samolocie. Dalej niż na Kanary. Małe kameralne lotnisko, kilkanaście lotów dziennie. Bardzo miłe powitanie zgotowane przez organizatorów na lotnisku i kilkuminutowy transfer do hotelu – już poczułem, że będzie fajnie. Przyleciałem tuż przed północą w niedzielę, start mojego dystansu był w poniedziałek o 18:00. Kilka godzin snu, potem oficjalne powitanie uczestników, briefing i przygotowania do startu. Każdy dystans startował innego dnia. Było już po rywalizacji na dystansie 150 km, a z kolei 300 km miało ruszyć w drugiej połowie tygodnia. Na 700 km zaledwie kilkanaście osób. Większość solo, ale też kilka par. Kilka kobiet, również solo. Towarzystwo głównie z Norwegii, po jednym uczestniku z Austrii i Danii. Na starcie, na głównym deptaku w Alcie, masa kibiców, i to pomimo padającego deszczu i kilkunastu stopni na plusie. Rozpoczęliśmy oficjalną prezentacją i krótkimi wywiadami z każdym z uczestników królewskiego dystansu.

Pierwsze kilometry

Ruszyliśmy. Na początek przygotowano dla nas 27-kilometrową pętlę po ścieżkach i ciekawych singlach w okolicach Alty i powrót na deptak na pierwszy pit stop. Przyjechałem w pierwszej trójce, spokojnie jadąc swoje. Odfajkowałem obowiązkowe 15 minut na pyszne ciepłe jedzenie i picie i uzupełniłem zapasy na kolejny etap – 76 km do Suolovuopmi. Na początek dostaliśmy asfalt z podjazdami, na których został Duńczyk Paw Norgaard, a z kolei zdecydowanie odskoczył mi Lukas Kaufmann, mocny Austriak, znajomy z innych etapówek. Wiedziałem, że jest w formie, tydzień wcześniej ukończył Salza 211 km w top 10, w nieco ponad 10 godzin. Postanowiłem jak zawsze jechać swoje, odpowiednio rozkładając siły na cały dystans. Na ile to wystarczy – nie wiedziałem. Zjechałem wreszcie z asfaltu w trudniejszy teren – ogromne otwarte przestrzenie, na których wiatr rozdawał karty. Nie pomagał. Po ponad pięciu godzinach, 27 minut po Lukasie dotarłem do Suolovuopmi, gdzie podczas kolejnych 15 minut uzupełniłem stracone kalorie, wrzucając w siebie ciepłe jedzenie, i wziąłem ze sobą zapasy na kolejny kilkugodzinny etap. Serwis techniczny organizatorów ogarnął rower, myjąc go z błota i smarując napęd. Na bufecie minąłem się z dwoma teamami męskimi, ale Duńczyka jeszcze nie było. Trasa z Suolovuopmi do Kautokeino została zmodyfikowana, około 65 km z prawie 85 planowanych mieliśmy jechać oznakowanym przejezdnym szutrem zamiast przeprawy przez góry, gdzie wyjątkowo mocne opady w poprzednich dniach mocno uszkodziły trasę, czyniąc ją praktycznie nieprzejezdną. Do pit stopu dotarłem bez powiększania straty do Lukasa, w 3 godziny 20 minut. 15 minut minęło nad wyraz szybko, po zjedzeniu ciepłej zupy, uzupełnieniu zapasów i zmianie części ubrań ruszyłem na pętlę długości 74 km.

 

 Typowy krajobraz – skaliste pustkowia, wrzosowiska, jeziora. Trasa wyścigu to dziesiątki kilometrów w takich okolicznościach przyrody.
Foto Anders Abrahamsen

Defekt

Po niespełna 25 km, na kamienistym podjeździe skończyło się rumakowanie: karbonowy fragment korby wraz z pedałem wisiał przy bucie, przy rowerze została zębatka na osi i kawałek ramienia korby. Czegoś takiego nigdy nie widziałem. Próbowałem przymocować ją jakoś zipami, ale byłem bez szans. Pozostało tylko wszystkimi sposobami poruszać się do przodu przez najbliższe prawie 50 km i liczyć na pomoc na końcu etapu. Schowałem urwany fragment mojego rumaka do plecaka i biegnąc lub idąc, na zjazdach korzystając z siły grawitacji, a tam, gdzie można, kręcąc jedną nogą, wolno pokonywałem kolejne kilometry. Byłem w dzikim interiorze, bez zasięgu. Jak tylko złapałem jedną, dwie kreski wysłałam fotki uszkodzeń do organizatorów z prośbą o pomoc na pit stopie w Kautokeino. Miałem nadzieję, że będą mieć jakąś korbę i będę mógł jechać – do mety było około 450 km. Zadzwoniłem też do Sonke Wegnera – przyjaciela z Niemiec, który był w Alcie i miał startować na 300 km w piątek, ale okazało się, że korba z jego roweru nie pasowała do mojego. Dostałem SMS-em info od organizatorów, że ogarniają temat i muszę tylko się dostać do Kautokeino. Cisnąłem więc, licząc na to, że uda się jechać dalej. W międzyczasie wyprzedziły mnie dwa teamy, traciłem sporo czasu, ale poruszałem się do przodu, będąc coraz bliżej pit stopu. W końcu dotarłem, ze świadomością dużej straty czasowej i jeszcze większej masy energii. Mięśnie lewej nogi, którą pedałowałem na płaskich i lekko pochyłych odcinkach, bolały strasznie. W Kautokeino czekał mnie przymusowy, minimum dwugodzinny postój, liczyłem więc na regenerację. Serwis techniczny był już świetnie przygotowany na moją wyjątkową sytuację. Zaproponowano mi do dalszej jazdy sprzęt należący do CEO imprezy, Kjetila. Miałem do wyboru gotowego do jazd...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy