Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

29 kwietnia 2019

NR 27 (Styczeń 2019)

Nowy Targ Road Challenge

0 155

 

Etap pierwszy – walka nie tylko z czasem

Etap pierwszy to była czasówka przeprowadzona w piątkowe popołudnie. Ogólnie lubię tego typu prologi, jadę dobrze wypoczęty po tygodniu regeneracyjnym, a to pierwsze starcie traktuję jako wprowadzenie do dalszego ścigania się. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię jakoś być zbyt świeży na wyścigu ze startu wspólnego. Wykazuję wtedy tendencję do jechania, nazwijmy to, nierozważnie, czyli szarpania, bezsensownego atakowania na piątym kilometrze lub próby odjazdu przy 40 km/h, gdy za mną jedzie ze 20 silniejszych gości i gada o tym, co jadło na śniadanie. Jak jestem trochę podmęczony, to wszystkie te pokusy wydają się mniej atrakcyjne i nie szastam tak kilodżulami na lewo i prawo. Czasówka jednak do łatwych nie należała. Na niespełna dwunastokilometrową trasę składały się dwa podjazdy rozdzielone zjazdem. Linia startowa usytuowana została u podnóża pierwszego podjazdu, w Knurowie, skąd od razu zaczynało się wspinaczkę na Przełęcz Knurowską. Ten podjazd według mnie należy do tych idealnych: 5 km równego nachylenia o 5,5%. Można było jechać z metronomem. Jedyne, o czym musiałem pamiętać, to żeby nie spalić na początku i zostawić sobie rezerwę na drugi podjazd.

Niby jadąc z miernikiem, powinno być to banalne, ale adrenalina robi swoje i można się przeliczyć. Tym razem jednak udaje mi się pojechać równiutko od początku do końca. Lekko ponad 12 minut ze średnią 360 W, jak na mnie i moje 70 kg całkiem dobrze. Zjazd przez Ochotnicę pojechałem nieco asekuracyjnie, w większości z puszczonymi korbami, zysk paru sekund przy prędkości 50 km/h kosztuje zbyt dużo, lepiej zostawić coś na końcówkę. A końcówka? Cóż, jakkolwiek było – gwóźdź programu. Podjazd pod osiedle Studzionki 1,75 km ze średnim 14%, jednak z sekcjami powyżej 20%, na których jechałem już z tego, co zostało, byle nie zejść z roweru. Według naszego teamowego zawodnika Macieja sam podjazd jest trudniejszy od sławnego Gliczarowa, z czym w pełni się zgadzam. Tam mamy sztywne, ale równe nachylenie i dobrą nawierzchnię, wchodzimy we własny rytm i się toczymy. Na Studzionkach podjazd jest szarpany, z miejscami o gorszym asfalcie i naniesionym żwirkiem, więc dochodzi walka o trakcję. Jadąc z kadencją 50 spojrzałem na Garmina, a tam niecałe 8 km/h i 400 W. Więcej już nie popatrzyłem, wiedziałem, że jak tylko jadę, to jadę mocno. Moje najlżejsze przełożenie to 36 x 28 i na ten podjazd szczerze nie polecam twardszego. Na metę wjeżdżam tak jak wszyscy zmasakrowany i szukam tylko wolnego kawałka trawy, by na niego paść. Całą czasówkę pokonałem w czasie 27:57, co dało mi 12. lokatę open.

 

Etap drugi – wysoko, stromo, ale szybko

Drugi etap to już było konkretne ściganie się. Górska selektywna trasa. Ponad 100 km i 2000 m podjazdów. Po czasówce miałem dobre nastawienie. Start w Dursztynie, pierwsze kilometry to zjazd do Nowej Białej, niby z pilotem i honorowo, ale i tak było całkiem szybko, do tego niepewne zachowania niektórych zawodników. Trzeba było uważać. Później trochę płaskiego pod wiatr. Zaczęło się szarpanie, z przodu utworzył się wachlarz. Ja zostałem na rancie za paroma zawodnikami, szybko stwierdziłem, że trzeba działać, i przeskoczyłem do przodu, chcąc utworzyć drugi wachlarz, jednak niewiele osób zrozumiało, o co chodzi. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz, ot, amatorka. Na szczęście dojeżdżaliśmy już do skrzyżowania na Trybsz, tempo spadło i wszyscy się zjechali. Następne kilka kilometrów to spokojna jazda w peletonie, aż do pierwszego decydującego podjazdu prowadzącego do Dursztyna. Nowy, gładziutki asfalt, piękne okoliczności przyrody, wysokie procenty i zapiek w nogach – wszystko, co lubi kolarz. Czołówka zaczęła się rozkręcać, tutaj nastąpiła pierwsza poważna selekcja. Na usytuowaną na szczycie premię górską wjeżdżam w pierwszej grupce, na zjeździe trochę gonitwy. Słabo zjeżdżam, więc uważam, by nie zrobić czegoś głupiego. Na dole formuje się z powrotem dość pokaźna grupa. Kolejne kilometry to jazda w peletonie, który na zjeździe do Łapsz to dzielił się, to łączył. W Łapszach ostre odbicie w prawo i zaczęła się wspinaczka do Łapszanki. Początkowo jadąc w grupie, można było odnieść wrażenie, że jedzie się po płaskim, jednak z każdym kilometrem nachylenie rosło. Pod koniec podjazdu na najstromszym fragmencie nastąpiły ataki. Niestety, trochę zaspałem i zanim przebiłem się przez grono zawodników puszczających koło, było za późno, by dojść czołówkę. Zostałem w kameralnej, pięcioosobowej grupce zawieszonej gdzieś między grupą uciekająca a grupą główną. Współpraca układała się jako tako. Jechałem mocno.

Wiedziałem, że i tak nie dogonimy czołówki, ale nie chciałem, by duża grupa jadąca za nami nas wchłonęła. Przejechaliśmy tak jakieś 30 km, zaliczając po kolei zjazd przez Rzepiska, podjazd pod Czarną Górę i ponownie do Dursztyna, tym razem od strony północnej. Właściwie byłem już przekonany, że status quo zostanie utrzymany i w takim składzie dojedziemy do mety. Jednak po zjeździe z Dursztyna nie wiadomo skąd zza naszych pleców wyłoniła się grupa goniąca. Trochę zawiedziony i zmęczony długą ucieczką, odpuściłem. Musiałem się trochę zregenerować, by mocno pojechać końcówkę. Powiozłem się trochę w peletonie, aż do podjazdu do Łapszanki, gdzie jakąś godzinę wcześniej oderwała się czołówka. Po nabraniu sił stwierdziłem, że jak już i tak nie walczę o czołową lokatę, to się pobawię. Zrobiłem dwa skoki, którymi zachęciłem do podkręcenia tempa. Dzięki temu do szczytu podjazdu grupa zdecydowanie zmalała, tym razem już na dobre. Zjechaliśmy do Rzepisk i skierowaliśmy się ponownie ku Czarnej Górze, gdzie dodatkową atrakcję zafundowała pogoda. Zaczęło lać jak z cebra. Zjazd do Trybsza w tych warunkach był bardzo niebezpieczny, ale obyło się bez kraks. Do końca trasy został już tylko lekko opadający odcinek przez Nową Białą i podjazd do mety. Sił na szczęście wystarcza i podjeżdżam w miarę sprawnie. Na mecie melduję się na 23. pozycji. Moja moc znormalizowana z ponad trzech godzin ścigania się przekroczyła 4 W/kg, a...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy