Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

22 marca 2022

NR 57 (Marzec 2022)

Nawigacja w egzotycznej podróży

0 256

Zdarzyło się to niedawno, a więc miałem za sobą grubo ponad czterdzieści tysięcy kilometrów i ładnych kilka lat podróży. Był późny wieczór. Siedziałem na murku przy głównej alei jednego z tych niewielkich, przez nikogo nieodwiedzanych miasteczek pośrodku argentyńskiego stepu. Jadłem słodkie bułki, kiedy podeszło do mnie dwóch dziesięciolatków. Jeden z nich zapytał, dokąd chcę dotrzeć. Zaniemówiłem.

Tak dokładnie chłopiec użył sformułowania: ¿A dónde quieres llegar? zamiast słyszanego zazwyczaj: ¿A dónde vas? To drugie wyraża dosłownie pytanie „dokąd jedziesz?” i używając prostego czasownika ir (iść, jechać), nie pobudza wyobraźni do poszukiwania dodatkowych znaczeń. Inaczej jest w pierwszym przypadku. Llegar to przybyć, dotrzeć, ale używane często z innymi czasownikami lub w innych pytaniach (llegar a ser albo ¿a qué quieres llegar? itd.) kojarzy się automatycznie ze spełnieniem jakiegoś celu lub pragnienia. Nie wiem, czy dziesięciolatek z Comallo rzeczywiście miał coś takiego na myśli. Ale w tamtym momencie – to znaczy zmęczony całodziennym upałem, pijany podjazdami i znarkotyzowany pyłem gruntowych fragmentów drogi – usłyszałem pytanie: „Co tak właściwie chcesz w tej podróży osiągnąć?”.

POLECAMY

Powody

A to wcale nie jest takie oczywiste. Możemy wyobrazić sobie bez trudu dwie osoby, które na pytanie: ¿A dónde vas?, czyli „dokąd jedziesz?”, odpowiedzą tak samo, na przykład: do Ushuai. A jednak ich podróże mogą być zupełnie do siebie niepodobne.
Któregoś razu widziałem w bardzo poczytnym polskim dzienniku wywiad z dwoma rowerzystami, którzy w rekordowym czasie przejechali Rosję z zachodu na wschód. Dziennikarz zapytał między innymi o to, co najbardziej zwróciło ich uwagę, co ciekawego widzieli po drodze. Jeden z mężczyzn odpowiedział, że bardzo się spieszyli i nie mieli czasu na nic patrzeć. Oni przejechali Rosję, żeby przemieścić się w możliwie krótkim czasie z punktu A do punktu B przy pomocy roweru. To jest pewien konkretny powód.
Cztery dziewczyny z Ekwadoru jeździły po Ameryce Południowej, zbierając historie osobiste kobiet. W nagraniach i tekstach umieszczanych na stronie projektu Warmifonias pojawiały się opowieści o aktywistkach, artystkach ludowych, wolontariuszkach, nauczycielkach i badaczkach, które swoim życiem inspirują. Taki był cel: inspirować do działania kobiety na kontynencie zdominowanym przez mężczyzn.
Gdy poznałem Carlosa – Kolumbijczyka z Kolumbii, jak mi się przedstawił – od trzech lat mieszkał w niewielkiej paragwajskiej wiosce nieopodal Paraguarí. Miał wtedy blisko sześćdziesiąt lat i podróżował od co najmniej czterdziestu. Tam, w Paragwaju, również był w podróży. Tak mi powiedział. Rok później przepedałował tysiąc kilometrów i od początku pandemii siedzi – podróżuje – gdzieś na urugwajskim wybrzeżu. „Wydaje mi się, że podróż to doskonały sposób na spędzenie życia” – odpowiedział na moje pytanie o powody, na to: ¿A dónde quieres llegar? Na jego twarzy jaśniał spokój.
 

1. Mapa papierowa: niezawodna towarzyszka podróży. I idealny pretekst, by przysiąść pod drzewem i napić się mate.

Środek do celu

Kiedy już ustalisz, co tak właściwie chcesz osiągnąć w swojej podróży, możesz zająć się techniczną stroną nawigacji. Jeśli chodzi o mnie, lubię papierowe mapy. Uwielbiam otwierać po tysiąckroć tę samą mapę i przebiegać wzrokiem po czerwonych nitkach dróg, dostrzegać, gdzie się urywają i zamieniają w czarne, przerywane linie gruntowych ścieżek. Śnię na mapie. To z długiego wpatrywania się w blaknące z czasem karty map, w zielone, żółte i brunatne barwy ukształtowania terenu, powstaje zarys trasy, rodzą się marzenia.
Papierowa mapa ma tę banalną zaletę, że działa bez baterii i bez dostępu do internetu, a ponadto jest duża. Właśnie, duża. Swoim rozmiarem pozwala poczuć choćby cień rzeczywistych rozmiarów terytorium, w jakie masz  zamiar się zagłębić. To coś, czego nie można w żadnym razie powiedzieć o miniaturowym ekranie telefonu czy nawet laptopa. I chociaż zakup lokalnej mapy bywa czasem nie lada wyzwaniem – w Wenezueli, Boliwii czy Peru spędzałem długie dni na jej poszukiwaniach – zazwyczaj robię wszystko, co w mojej mocy, by mieć taką przy sobie. Ostatecznie aktywność patrzenia na mapę zaliczam także do rozrywek: ot, osobiste upodobanie.
 

 2. Początek mało znanej drogi krajowej numer 23, Argentyna. Wybór tej trasy był podyktowany lekturą: okazuje się, że historia wysiedleń Mapuczów z końca XIX wieku ma interesujące konsekwencje w postaci migracji właśnie do tego pustynnego regionu znanego jako Linea Sur.
3. Mapa wyrysowana na budynku wiejskiej szkoły w Salwadorze. Ciekawe, że zaznaczyli tam kraj oznaczony jako „Moscú”, czyli pewnie Księstwo Moskiewskie. Jaki ciekawy ten świat!


Aplikacji na telefon zacząłem używać częściej w Argentynie. Zwłaszcza na południu kraju, gdzie dystanse między miejscowościami wydają się nieskończone, a monotonny pejzaż stepu utrudnia ocenę odległości. Kiedy zmęczenie dawało się we znaki, przystawałem, by sprawdzić w apce Maps.me, ile jeszcze zostało do najbliższej wioski – jedynej w ciągu dnia lub kilku dni – i czy na najbliższych kilometrach czekają podjazdy.

Słuchaj, jest taka droga

Maps.me ma tę zaletę, że można z niej korzystać offline, w przeciwieństwie do popularnej Google Maps. Z tą ostatnią mam zresztą na pieńku od czasu podróży po Wenezueli. Chciałem przejechać z południowego wschodu do andyjskiej Meridy, przecinając równinę centralnej części kraju. Wydawało mi się dziwne, że na papierowej mapie nie widniało żadne połączenie drogowe między Caicara del Orinoco i San Fernando de Apure. Wyglądało na to, że zamiast pokonać 200 km w linii prostej, należało nadłożyć drogi przez Mercedes del Llano, pedałując w sumie ponad 400 km. Tymczasem na Google Maps znalazłem grubą, żółtą linię łączącą oba miasta. Wyglądało to na porządną drogę krajową.
 

4. Kolumbia, departament Chocó. To jedno z miejsc na ziemi, gdzie pada najczęściej. Właściwie codziennie. Ale napotkani ludzie są zawsze ciepli i radośni, jak tych dwóch maluchów huśtających się na lianach. Trasę polecił mi napotkany rowerzysta. Nie pożałowałem.
5. Warto słuchać. W tym wypadku posłuchałem Cesara i trafiłem do Las Colonias niedaleko Pereiry, osiedla uciekinierów kolumbijskiej wojny domowej. Prowadzona przez Cesara i jego małżonkę Fundacja Crisol stara się pomagać miejscowym m.in. za pośrednictwem zajęć dla najmłodszych.


Gdy pytałem przechodniów i sklepikarzy w Caicarze o znalezioną w internecie trasę, patrzono na mnie ze zdziwieniem. Pewien starszy mężczyzna w kapeluszu i kowbojskich spodniach wspomniał, że istnieje, owszem, pewna ścieżka przez mokradła, ale nawet terenówką się tamtędy nie przejedzie. Służy jedynie do pędzenia krów. Rzeczywiście, drogi nigdy nie znalazłem, a dojechawszy do Mercedes del Llano, zdałem się na wskazówki miejscowych, którzy pokazali mi drogę przez El Punzón: ze wspomnianych czterystu kilometrów zaoszczędziłem sobie chociaż pięćdziesiąt.
Warto pytać. Zwłaszcza jeśli wybierasz się na trasy mało uczęszczane i/lub gruntowe. Bywają takie, które w porach deszczowych są zwyczajnie nieprzejezdne, nawet gdy w porze suchej wyglądają na zadbane i wygodne. Informacji na ten temat nie znajdzie się ani na mapach papierowych, ani w aplikacjach.
I warto pytać nie tylko ze względu na stan dróg. Zwykle planuje się trasę wedł...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy