Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

24 sierpnia 2022

NR 62 (Sierpień 2022)

MTB po chorwackich szutrach

0 70

Chłodna morska bryza wpada przez lekko uchylone okno kampera, w ustach czuję słony smak Adriatyku. Na podsufitce nieruchomo od trzech dni wisi jakiś czarny owad, wygląda jak mały nietoperz, jego krótkie czułki zwisają ku dołowi, a skrzydła otulają cały jego odwłok. Na zewnątrz panuje półmrok, jest cicho i bezwietrznie, ale za chwilę wschodzi słońce, pewnie wyłoni się zaraz zza tego wysokiego szczytu. Wiem, że nazywa się Sveto Brdo.

Otwieram na oścież przesuwne drzwi, szukam różowego klapka. Pewnie jest pod samochodem. Muszę wejść bosą stopą na ostre kamienie. Robi się coraz jaśniej, lecz góry są jeszcze czarnymi cieniami na tle jasnego fioletu nieba. Przeciągam się jak kot po południowej drzemce. To niesamowite, jak się tutaj wysypiam. Zarzucam na siebie koc, na którym jest jeszcze sierść mojego kota. Śniadanie nie jest wykwintne, ale tu smakuje wybornie. Owsianka z odżywką białkową o smaku ciasteczek oreo, masłem orzechowym i bananem na pierwsze, a na drugie kawa czarna jak smoła, zaparzona w małej kawiarce. Taką lubię najbardziej. Powietrze już nie jest rześkie, staje się suche i ciepłe, a jest dopiero szósta rano. Składam szary koc w nierówną kostkę, dziś nie będzie mi już potrzebny. Z plastikowej skrzynki pod łóżkiem wyjmuję przewiewną koszulkę, która już nie jest tak idealnie poskładana, jak to zrobiłam w trakcie pakowania. Jest nawet jakaś mała plama nie wiadomo skąd, szorty pachną jeszcze płynem do płukania. Nie kłamali w reklamie. Piżamę w łabędzie zamieniam na rowerową stylówę, którą ubieram na spaloną skórę, trochę drapie, chyba zbyt długo byłam wczoraj na słońcu. Dwa bidony plus dwulitrowy bukłak powinny wystarczyć. Banan, czekolada, baton białkowy. Krem z filtrem i ochraniacze. Chyba spakowałam wszystko. Pora iść na rower. 

POLECAMY

Chorwacja

Chorwację znam namacalnie, mój wakacyjny wypoczynek niejednokrotnie spełzł na chorwackiej riwierze. Ale wtedy jeszcze się nie zastanawiałam, czy rower ma tutaj jakikolwiek sens. Były inne priorytety, takie jak przewracanie się z boku na bok na kamienistych plażach czy włóczenie się po starówkach. Poza tym skwar, który lał się z nieba, skutecznie zagłuszał chęci do jakichkolwiek aktywności. Chorwacja jest bardzo popularnym kierunkiem wybieranym na wakacje przez Polaków. Tak dużo nas tu jeździ, że niektórzy Chorwaci zdążyli nauczyć się mówić po polsku. Ale czy Chorwacja to dobry kierunek dla rowerzystów, a uściślając: czy Chorwacja nadaje się do uprawiania kolarstwa górskiego? 

Velebit

Cały obszar gór Velebit jest Parkiem Przyrody Velebit i jest najwyższym masywem chorwackim w Górach Dynarskich. Ciągnie się przez ponad 150 km, od Vratnika na północnym zachodzie aż do rzeki Zrmanja na południowym wschodzie i właśnie tu postanowiłam eksplorować teren na rowerze. Jak wszystkie chorwackie wzniesienia Velebit zbudowany jest z wapienia i dolomitu, dlatego występuje tu wiele jaskiń, grot i zapadlisk. Góry na pierwszy rzut oka wydają się surowe i niezamieszkałe przez żadne organizmy, szczególnie w sezonie letnim, kiedy panują upały. Od strony wybrzeża przebijają się gdzieniegdzie małe połacie zieleni, która wystaje z wapiennych skał krasowych o nieregularnych kształtach. Lecz im dalej od brzegu morza, tym bardziej Velebit zaskakuje swoim bogactwem roślinności i różnych gatunków zwierząt. 

Muškovci

Siadam za kierownicę samochodu. Kierunek – wioska Muškovci. Właśnie tutaj rozpoczyna się trasa, którą wybrałam z apki Zadar Bike Magic. Kręta asfaltowa droga coraz bardziej oddala mnie od wszelkich znaków cywilizacji. Już wyobrażam sobie ten parking. Pewnie jest to mała zatoczka przy drodze pod jakimś suchym drzewem. Kiedy docieram na miejsce, już wiem, jak głęboko się myliłam. Gdzieś na końcu świata jest restauracja, camping i oczywiście całkiem przyzwoity parking, a do tego zadaszony. Płatność 10 kun, które trzeba wrzucić do skrzynki na listy. W portfelu mam dwadzieścia. Przepłacam więc, bo przecież skrzynka nie wyda mi reszty, a pora jest wczesna i nikogo nie widać. Ale to jeszcze nie wszystko. Wioska leży nad rzeką Zrmanja, która swój bieg kończy w Adriatyku. Gdy wjeżdża się do wioski, widzi się majestatyczny kanion, którym płynie rzeka, ale nie spodziewałam się, że właśnie tuż obok parkingu, gdzie zostawiam samochód, są przepiękne małe wodospady, kaskady, a woda jest tak krystalicznie czysta. Na drzewie wisi huśtawka zrobiona z grubego jutowego sznura i deski. Jest bezwietrznie, a mimo to huśtawka kołysze się z boku na bok, zupełnie jakby zapraszała mnie do zabawy. Nie teraz. 
 

1. Wodospady na rzece Zrmanja w wiosce Muškovci.


Chorwackie szutry

Zakładam przednie koło na rower. Ruszam. Na początku wąski asfalt lekko pnący się w górę pomiędzy kilkoma małymi wiejskimi domami. Każdy pies zaalarmował śpiących jeszcze mieszkańców, że obcy jedzie na rowerze. Gdy dziurawy asfalt się kończy, zaczynają się chorwackie szutry – tak właśnie nazwałam tutejsze nieutwardzone drogi. Lecz nie mają one nic wspólnego z delikatnym szuterkiem, jaki znam z rodzimych lasów. Tutaj bez grubej opony nie da rady. Droga po brzegi wypełniona jest kruszonym wapieniem, który wcale nie chce współpracować z toczącym się kołem. W dół jeszcze jakoś idzie, bo pomaga grawitacja, ale podjazd to trochę mordęga. Na tych pięciu kilometrach tracę mnóstwo energii, której i tak dziś jakoś mało. Docieram do kolejnej małej wioski Golubić. Wydaje się jeszcze mniejsza niż Muškovci, do tego wygląda, jakby mieszkały tu jedynie kozy. Są wszędzie, na drodze, na stromych skarpach, na gankach małych domów, spacerują też beztrosko po kamiennych ogrodzeniach. Zatrzymuję się na chwilę popatrzeć, bo to dosyć niecodzienny widok. Podchodzą, obwąchują mnie z każdej strony. Zwykle, kiedy spotykam stado kóz, tłoczą się jedna obok drugiej, budując swymi ciałami zaporę, przez którą ciężko się przebić. Te są zupełnie rozproszone. Pozwalają mi przejść. 
 

2. Podjazd zboczem Vrkino brodo.


Asfalty

Dojeżdżam do asfaltowej głównej drogi, jest jeszcze wcześnie, dlatego tylko co jakiś czas przejeżdża jakiś samochód. Sprawdzam mapę. To jest właśnie to miejsce, gdzie zaczyna się najdłuższy podjazd. Dwanaście kilometrów w górę. Nie przepadam za asfaltami, ale w tej sytuacji cieszę się jak małe dziecko, że kolejne dwanaście kilometrów to właśnie asfalt, a nie te sypkie kamienie. Lubię jeździć chorwackimi drogami zarówno samochodem, jak i na rowerze. Widoki są tu tak rozległe i piękne, że sprawiają wrażenie nieskończonych. 
Każdy zakręt wykuty w skale, każdy zdobyty metr przewyższenia tylko poszerza horyzont o jasnoniebieski odcień morza i wyspy, które z tej perspektywy wyglądają na dużo mniejsze, niż są w rzeczywistości. 
Tuż przed tunelem odbijam w wąską dróżkę, którą wspinam się w kierunku szczytu Ćelevac. Tutaj samochodu już nie uświadczysz. Droga jest tak wąska, że dwa pojazdy nawet nie mogłyby się minąć. Przez środek biegnie biała przerywana linia, która sprawia, że droga wygląda jak jedna z tych nowoczesnych vaws autostrad rowerowych, tyle że ta jest dziurawa i popękana od słońca. Sprawnie zaliczam kilka łagodnych zakrętów, aż nagle dojeżdżam do rozległej polany, która jest soczyście zielona. Krajobraz nie jest już tylko wypełniony olbrzymimi nagimi skałami wystającymi z płaskiego podłoża. Tutaj tętni życie. Zatrzymuję się na chwilę odetchnąć, ale nie jest to łatwe, słońce już na tyle grzeje, że powietrze zrobiło się suche i gorące. Spoglądam na moją nawigację Mio z potrzaskanym ekranem, jeszcze dwa kilometry i już będę w najwyższym punkcie dzisiejszej trasy. To zaledwie 962 m n.p.m., ale kiedy startuje się z poziomu morza, wysokość ta nabiera większego znaczenia. Zamyśliłam się na chwilę, patrząc na ten niesamowity cud natury. Nie widać już morza ani żadnych wysp. Z każdej strony tylko majestatyczne Góry Dynarskie oczyszczone z ludzi i ich pośpiechu, rozległe doliny w całej palecie odcieni zieleni. Większe pojedyncze drzewa są ciemnozielone, mniejsze krzewy o ton jaśniejsze. Białe wapienie w wysokiej trawie wyglądają, jakby je ktoś niechlujnie porozrzucał, tworząc przypadkiem idealną kompozycję krajobrazu. Czuję się trochę nieswojo, nie znając nazw otaczających mnie szczytów, z ciekawości sprawdzam na mapie, na co tak naprawdę patrzę, przy okazji zauważam, że gdzieś przegapiłam zjazd w lewo. Zawracam kilkaset metrów w dół, odnajduję ścieżkę, która już nie jest popękanym asfaltem. Tutaj zaczyna się MTB. 
 

3. Plaża w Jasenicach – jedno z lepszych miejsc, w jakich nocowałam.

 

4. Zachód słońca po dobrym dniu w górach – bezcenny.


Czy jest tu jakiś niedźwiedź?

Zjazd nie jest bardzo stromy, ale za to szybki. Wystające z ziemi wapienie utworzyły coś w rodzaju małych hopek, które urozmaicają ten ekscytujący zjazd. Już nie słyszę charakterystycznego śpiewu cykad, tylko głośny świst w kasku. Dojeżdżam do ściany lasu, zwalniam, jest tu sporo zakrętów, a nie znam drogi i nie wiem, czego się spodziewać. 
Drzewa dają trochę chłodu, jednak nie na długo, bo za chwilę rozpoczyna się kolejny podjazd. 
Las wydaje się dziki i nieodkryty, konary drzew oplecione pnączami, które wyglądają, jakby więziły drzewa, nie dając im oddychać, ściółkę wyścieła mnóstwo połamanych gałęzi, jest ponuro i niezbyt przyjaźnie. Przyspieszam. Nagle słychać głośny rumor i łamanie gałęzi. Moja pierwsza myśl to niedźwiedź, ale to niemożliwe, bo to prawie jak trafić szóstkę w totka. Na tak wielkim obszarze, jakim jest Velebit, żyje około tysiąca osobników tego gatunku i akurat w tym miejscu przebywa jeden z nich. Nie wierzę. Zatrzymuję się i nasłuchuję, wstrzymując przy tym o...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy