Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

15 czerwca 2021

NR 50 (Czerwiec 2021)

Moab, różnorodność w kolorze czerwonym

0 123

Obudził nas chłód poranka i wycie katowanych silników terenówek w oddali. Wypełzliśmy z namiotu. Poranne słońce rozświetlało otaczające nas morze czerwonego piachu i skał. Zostało nam kilkaset metrów, by wymęczony wczoraj podjazd na Hurrah Pass dzisiaj nagrodził nas długim zjazdem. Pośpiesznie pakujemy biwak w nasz bikepackingowy stuff i wracamy na szutrową drogę. Za dwa dni mamy stanąć u bram Parku Narodowego Canyonlands, by pokonać jeden z najwspanialszych szlaków offroadowych – White Rim Road. Dlatego teraz wypełniamy wolny czas, błąkając się po pustynnych okolicach Moab.

W tereny te tłumnie ściągają wszyscy, którzy gardzą asfaltem. Dlatego na naszej, wydawałoby się, zapomnianej drodze ruch jest imponujący. Mijają nas samochody terenowe, których kierowcy niemal każdorazowo, szczerząc do nas zęby w uśmiechu, dopytują, czy wszystko OK i czy mamy wodę? Dlatego też, gdy zatrzymuje się obok mnie terenowy pick-up, oczekuję standardowego pytania. Z gotową odpowiedzią – że jest super i nie potrzebujemy wody, czekam cierpliwie, gdy ze środka pada pytanie: – Dokąd jedziecie?
 

POLECAMY

1. Kręte drogi Kane Springs i Hurrah Pass gdzieś w oddali.

 

12. Hogan – tradycyjny dom plemienia Nawahów. 

 

13. Szopy – nocni wyżeracze psiej karmy.


Nie byłem przygotowany na taki kierunek dyskusji. Co więcej, cel naszej wycieczki nie był określony. Ścierały się w nas różne ambicje, od sportowych, poprzez krajoznawcze, aż po artystyczne. Jak na trzech uczestników, zrobił się niezły bałagan i w konsekwencji jechaliśmy gdziekolwiek, nie podejmując dyskusji nad celem, by nie psuć bardzo dobrej zabawy z jazdy po pustyni. Pogrążony w konsternacji postanowiłem pchnąć rozmowę do przodu: – W dół. Odpowiedź zainteresowała mojego rozmówcę na tyle, że z samochodu wychyliła się opalona twarz. Malowało się na niej zdziwienie – być może wynikało z tego, że byliśmy na przełęczy i każdy kierunek skutkował jazdą w dół. Twarz, po chwili marszczenia brwi, uśmiechnęła się jeszcze szerzej, pozdrowiła mnie i pick-up ruszył dalej. Za moimi plecami, zza zakrętu wyłoniła się reszta naszego małego peletonu – Klimek i Wilk. Gdy tylko podjechało do nich auto, wyciągnęli mapę. Wiedziałem, że zostawiam kierowcę pick-upa w dobrych rękach ludzi ciekawych świata… i ludzi. W oddali wiła się brudnozielona Colorado River i zjazd – ja nie zamierzałem czekać. Jednak w połowie drogi w dół minęli mnie! Klimek i Wilk – z ich dzikich wrzasków wyłowiłem jedynie słowa „zimna cola!” – by wyjaśnić ich szaleńczą jazdę i pokrzykiwania – nacisnąłem korby.
Zatrzymaliśmy się dopiero przed niewielkim, samotnym budynkiem, stojącym pośrodku piachu i kamieni. Wąski pas zieleni oddzielał go od rzeki Colorado. Kierowca pick-upa, jeśli nie pomyliliśmy drogi, był właścicielem także tego domu. Z wyjątkową życzliwością zachęcił Klimka i Wilka byśmy, będąc na dole, zajrzeli do środka i śmiało poczęstowali się zimną wodą i colą z lodówki (zaraz po wejściu, po lewej – jak doprecyzował). Co ciekawe, mieliśmy się rozgościć podczas jego nieobecności, gdyż on wybierał się na zakupy do miasta. Dlatego teraz, chowając się przed palącym słońcem, siedzieliśmy na werandzie, gapiąc się na 120-letniego żółwia, łażącego po wybiegu w bezpośrednim sąsiedztwie domu. Ciesząc się leniwym życiem, w tym surowym klimacie, ściskaliśmy chłodne puszki coli w dłoniach. Po południu podjechał właściciel tego odludzia – Tom. Kiedy opadł czerwony pył wzniecony przez pick-upa, z tym samym uśmiechem, powitał nas w swoim domu.
 

4. Cień i woda to podstawowe rozrywki na pustyni. 

 

5. Monstrualny kopiec kreta, tak z zewnątrz prezentuje się hogan.

 

6. W drodze na Hurrah Pass, za nami morze piachu i kamieni oraz Colorado River.


Tom z właściwą dla Amerykanów bezpośredniością rozpoczął rozmowę – po 15 minutach każdy z nas oddałby mu nerkę – gdyby tylko o nią poprosił. Dopytując o nasze dalsze plany, zgodził się, że przejechanie White Rim Road to doświadczenie czegoś wyjątkowego. To, co szczególnie przykuło naszą uwagę, to propozycja zobaczenia jego prywatnej plaży. Po dwóch dniach smażenia się w słońcu rajska plaża natychmiast dostała się na szczyt listy rzeczy koniecznych do zobaczenia w stanie Utah. Ruszyliśmy w stronę pasa zieleni. Tom ze zdziwieniem przyjął fakt, że zabieramy rowery na plażę. Nam nie pozostało nic innego, jak zdziwić się tym, że mielibyśmy iść gdziekolwiek pieszo. Krótki zjazd wydeptaną ścieżką zaprowadził nas na dużą łatę błota, którą obmywała brązowa woda rzeki Colorado. Tom jakby nie dostrzegał rozmijania się definicji plaży z tym miejscem. Po chwili wszyscy siedzieliśmy po pas w błocie i wodzie – czekając na ryby, które ponoć podpływają i skubią stopy.
Powróciliśmy do naszych rowerowych obowiązków. Uzupełniliśmy wodę i dalej niepewni swych planów ruszyliśmy na południe w kierunku wskazanego przez Toma miejsca – nazwanego Windy Cake. Bez wątpienia Tom był więcej niż wytrawnym znawcą tych terenów, Windy Cake okazał się potężną skałą pociętą przez wiatr, który wyżłobił wewnątrz plątaninę korytarzy, a na zewnątrz fantazyjne formy. Powoli chylące się ku zachodowi słońce czyniło czerwień skały tak nachalną, iż szybko przestaliśmy komentować intensywność kolorów, by się nie zanudzić na śmierć wyrazami zachwytu.
Wraz z postępującym mrokiem krystalizowała się w nas potrzeba skorzystania z noclegu, który oferował Tom. Wróciliśmy, jednak jak się okazało, nie tylko my padliśmy ofiarą życzliwości Toma. Samotnie stojący dom z rozświetlonymi na żółto oknami stał się celem wędrówki także dla kilku szopów. Czarny wzór maski wokół oczu tych zwierząt potęgował wrażenie gangu włamywaczy realizujących jakiś przestępczy plan. Szopy przyszły jednak oficjalnie zaproszone na kolację, gdyż na werandzie w miskach czekało na nie psie żarcie. Wyszedł Tom i porzucaliśmy jeszcze parówkami w kręcące się nieco dalej lisy.
Rowery mieliśmy wrzucić na pakę pick-upa i dojechać na miejsce biwaku, które było oddalane o jakieś 20 minut jazdy samochodem. Jednak my podjęliśmy idiotyczną decyzję, że pojedziemy na rowerach w ślad za terenówką. Nocna jazda była udręką – w chmurze pyłu, ciągnącego się za półciężarówką, chowaliśmy twarze w chustach. Czołówki rozświetlały tylko czerwoną ścianę pyłu, więc kierowaliśmy się w stronę warkotu silnika. Po przejechaniu paru kilometrów zatrzymaliśmy się przy niewielkim domu. Łzawiąc, dostrzegliśmy dwa wkopane w czerwoną ziemię hogany – tradycyjne domy Indian Navajo. Każdy, kto miał przyjemność tutaj dotrzeć, musiał poczuć, że to magiczne miejsce.
 

7. Jackson Trial – kilka niebezpiecznych miejsc i ciąg spektakularnych widoków. 

 

8.  Kamienie i piach, kamienie i piach, kamienie i... itd

 

9.  „Rajska plaża” nad rzeką Colorado.


Ranek to śniadanie z kubkiem kawy, doprawione zimnym prysznicem. Tylko najwyższym wysiłkiem, wykazując niesamowity hart ducha, spakowaliśmy się i porzuciliśmy to bajkowe miejsce. Ruszyliśmy pożegnać się z Tomem. Plan dnia zakładał dwa punkty, a po pożegnaniu został nam tylko jeden – zakończenie tułaczki na parkingu w Moab. Po drodze, za namową Toma, mieliśmy zobaczyć miejsce zwane Jackson Hole, potężny masyw skalny. Na szybko wytyczona droga miała nas wyprowadzić z kanionu rzeki Kolorado. A ściślej, na górę miała nas wyprowadzić ścieżka nazywana Drabiną Jakuba. W momencie planowania nazwa „drabina” jeszcze nam nic nie...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy