Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

12 kwietnia 2022

NR 58 (Kwiecień 2022)

Malta na MTB. Egzotyka na wyciągnięcie ręki

0 121

Niedziela, godzina 10:00, a ja przewracam się na drugi bok zawinięta w kołdrę i koc jak poczwarka motyla w swoim kokonie. Kątem oka spoglądam na szybę pokrytą parą i wyraźnymi kroplami deszczu, których z minuty na minutę przybywa. Na termometrze ledwo 10°C. To nie może być prawda. Jeszcze całkiem niedawno o tej porze dnia miałam zrobionych już sporo kilometrów, ale nie dziś. Jest zimno, pochmurno i deszczowo.

Gdyby pogoda zmieniała się stopniowo – gorące lato, ciepłe polecie, chłodna jesień i mroźna zima. Ale nie! Zawsze musi być przeskok z dnia na dzień, a dopiero później jakaś stabilizacja. Nie jestem na to gotowa. Wolny dzień spędziłam na sporządzeniu w miarę rozsądnego planu pogoni za latem. Rekonesans map pogodowych Europy (prawdopodobieństwo opadów, temperatura, wiatr), ustalenie kierunku, tani lot – w miarę krótki, bo boję się latać, mapa topograficzna, rower, wstępna trasa, booking.com, przelew na Revolut, ubezpieczenie, obostrzenia covidowe, gdzie jest mój paszport? Chyba mam wszystko. Dokładnie pięć dni później stoję boso na piaszczystej plaży Morza Śródziemnego u wybrzeży Malty.

POLECAMY

Malta

Dlaczego Malta? Ponieważ okazała się „naj”. Jest jednym z najmniejszych państw w Europie, najcieplejszym i najbardziej wysuniętym na południe, czyli rzut beretem od Afryki. Ale na tym „naj” się nie kończy. Malta jest najbardziej katolickim krajem świata, na powierzchni 316 kilometrów kwadratowych stoi aż 359 kościołów. Kraj Malta to nie tylko jedna wyspa, to archipelag wysp, w którego skład wchodzą dwie mniejsze: Gozo i Comino oraz kilka malutkich bezludnych wysepek. Nie uświadczysz tutaj lasów, gór, rzek ani jezior, za to od groma opuncji figowej, indyjskiej gruszki lub, mówiąc prościej, kaktusów z różowo-żółtymi owocami; drzewa oliwne, zielone makie oraz garigi wyrastające ze skał, a także masa suchych kolczastych zarośli. Może to powodować wyobrażenie, że maltańskie wyspy są wielkimi kamieniami zanurzonymi w morzu, na których w zasadzie nic nie ma. Braki w krajobrazie skutecznie wypełniają strome skaliste klify sięgające 200 metrów wysokości i bezkres nadmorskiego krajobrazu z małymi wysepkami i skałami wynurzającymi się spod spienionych fal. Malta ma też kawał historii, która ukształtowała miejski krajobraz, równie imponujący. Megalityczne świątynie, drogi skalne i katakumby, pamiętające okresy prehistorii, ale są też nowsze: fortyfikacje, kapliczki i wieże obserwacyjne. Charakterystyczne czerwone budki telefoniczne oraz ruch lewostronny przypominają o wpływach brytyjskich, które wygasły nie aż tak dawno temu. Dlatego lokalsi posługują się językiem angielskim i maltańskim. Na Malcie można też dobrze zjeść i się napić. Ale czy ten wyspiarski kraj, w którym najwyższy szczyt Ta’ Dmejrek, który już nie jest „naj”, bo ma zaledwie 253 m n.p.m., nadaje się na MTB?

San Pawl – IL Bahar

Miejscowość San Pawl Bahar jest dla mnie punktem startowym. Przez pierwszych kilka kilometrów przebijam się wąskimi uliczkami i ogarniam ruch lewostronny, który nie jest mi obcy, jednak potrzebuję trochę czasu, by przestawić się na inny kierunek. Gdy przejeżdżasz przez ulicę, najpierw patrzysz w prawo, później w lewo i znów w prawo, odwrotnie do tego, jak uczono nas w przedszkolu. Na skrzyżowaniu też panują odwrotne zasady, a rondo to już wyższa szkoła jazdy. Chodniki są bardzo wąskie, więc jazda po nich całkowicie odpada. Infrastruktura rowerowa w zasadzie nie istnieje. Jadę powoli, oglądam dokładnie stare domostwa, gdzieniegdzie różowe kwiaty w oknach, kute balustrady na mikroskopijnych balkonach, szeroko otwarte okiennice w kolorze głębokiej butelkowej zieleni. Lecz moją uwagę najbardziej przykuwają wejścia do domów. Nad kolorowymi drzwiami mała latarenka w stylu retro, niżej numer i mała skrzynka pocztowa. Większość drzwi jest dwuskrzydłowa w krzykliwych kolorach, od fioletów przez czerwienie aż po turkusy, a na ich środku wielka mosiężna kołatka z pyskiem lwa zamiast tradycyjnej klamki.

Ix-Xemxija

Wydostaję się na przedmieścia. Niezbyt wysoko położonym wybrzeżem przejeżdżam na drugą stronę zatoki Świętego Pawła. W Google czy na turystycznych mapach oznaczony jest szlak nazywany drogą rzymską lub drogą pielgrzymów, można nią dojechać do Mellieħa, moim celem jednak jest drugi kraniec wyspy. Wąską drogą, czymś na wzór naszych szutrówek, przejeżdżam przez gaj oliwny, mijając po drodze liczne skarby archeologii: neolityczne grobowce, prehistoryczną świątynię, małe mieszkalne jaskinie czy łaźnie rzymskie, które całkiem niedawno odkryto przypadkowo. Na ogół panuje cisza, ale słychać tu szept mrocznych historii, od czasu do czasu przerwanych śpiewem cykad przypominających o swojej obecności. Kręcę się jeszcze chwilę po tym muzeum pod gołym niebem, nie spotykam nikogo. Samotne podróżowanie ma to do siebie, że mam wrażenie, jakbym to ja pierwsza znalazła szczątki poprzedniej cywilizacji. Pod wysokim akweduktem przejeżdżam do wioski rolnej Manikata, na mej drodze pojawia się tabliczka dyndająca na luźnym łańcuchu udającym bramę z napisem „private”. Do głównej drogi nie jest daleko, więc uznaję, że nic się nie stanie, jeśli przejdę komuś przez działkę. Asfaltową krętą drogą zaliczam stromy podjazd tuż pod granicę nadmorskiego rezerwatu.

ll-Majjistral – park historii i przyrody

Jako dziecko chętnie oglądałam zdjęcia w „National Geographic”, zakątki te wydawały się odległe i niedostępne, tropikalne wyspy, imperia wymarłych cywilizacji były tylko marzeniem. Wreszcie docieram do miejsca, które dotychczas widziałam na pocztówkach, stronach internetowych i na YouTube. W brzuchu niespokojne łopotanie motylich skrzydeł, dokładnie takie samo, jakie czułam w Kambodży, stojąc u wrót Angkor Wat. Ale żadne zdjęcie czy film nie oddaje panującego tutaj piękna, wyniosłości, dostojności i gry kolorów, jakie zobaczyłam. Zapiera mi dech. Piękno natury, potęga żywiołu. Tuż za zardzewiałym szlabanem, na kamieniu przytwierdzona jest tabliczka z napisem Walking trail – please keep to the paths. Można też zeskanować kod QR, aby wyświetlić cały szlak w mapach Google. Raptem pół kilometra dalej dojeżdżam do XIX-wiecznej wieży Għajn Żnuber; niegdyś była budynkiem farmerskim lub myśliwskim, później wieżą obserwacyjną, bo roiło się tu od morskich przemytników i piratów. Wieża jakiś czas temu została odrestaurowana, co w mojej ocenie odebrało cały jej klimat. Dopiero co przejeżdżałam obok rozpadających się odkryć archeologicznych i taka odpicowana wieża zwyczajnie nie pasowała do wcześniejszego klimatu. Jednak widok z tej części wyspy rekompensuje „błędy” człowieka. Wierzchołek klifu przypomina rozległe afrykańskie stepy porosłe karłowatą roślinnością. W oddali wynurzają się majestatyczne klify wybrzeża wyspy Gozo, na horyzoncie kutry rybackie przypominają mrówki pijące wodę z kałuży. Siadam na chwilę, bo nie można tak po prostu zostawić tego widoku. Mam wrażenie, że im dłużej będę patrzeć na piękne rzeczy, tym dłużej zostaną w pamięci z tymi samymi emocjami, jakie przeżywałam w chwili zachwytu.
 

1. Ix-Xemija – pierwsze wzgórze, na jakie wjeżdżam podczas wycieczki. Obrzeża ścieżki porastają olbrzymie kaktusy. 


Ras il-Wahx

Czerwony szlak jednak nie jest jasno wytyczony, mnóstwo tu ścieżek i rozgałęzień i nie sposób trzymać się jednej. Niektóre biegną bardzo blisko krawędzi klifu, inne zaś w znacznej odległości od przepaści, tworząc bezpieczny chicken line dla mniej odważnych. Staram się spróbować obu wariantów, wybierając fragmenty, po których da się jechać. Panujący tu księżycowy krajobraz z licznymi kraterami nie jest prosty do ogarnięcia. Wtem w głowie jedna myśl: dlaczego nie mam fulla – dawno mnie tak nie wytrzepało. Z góry widać zatokę z niewielką plażą. W ostre skały z ogromną siłą uderzają fale, z którymi walczą kitesurferzy, ale nie wyglądają na laików w tej dziedzinie, raczej spędzili tu większość swojego życia. Na jasnożółtym piasku siedzi kilka osób, które bacznie obserwują zmagania mężczyzn na wodzie. Popijają zimne piwo, którego zapas pewnie jest w bladoróżowej lodówce turystycznej. Mocno wieje.
 

 2. Wąskie uliczki czasami wyglądają jakby były opuszczone. Jedynie zaparkowane samochody świadczą o tym, że ktoś tu mieszka.


Ir-Ramla tal-Mixquqa

Z klifu zjeżdżam na parking przy plaży znanej jako Golden Bay, ponoć jednej z najpiękniejszych plaż na Malcie. Akurat z tym mogę długo polemizować. Po drodze mijałam wiele ładniejszych i bardziej klimatycznych zatoczek. Owszem, jest piękna i szeroka, ale nad nią wznoszą się kilkupiętrowe hotele z widokiem na morze, które psują cały widok. Idealne miejsce na wczasy all inclusive, picie drinków w basenie i wrzucanie filmików do Internetu. Często pojęcie „najpiękniejsza” służy tylko temu, aby przyciągać turystów. Moim zdaniem, do najpiękniejszej plaży nie można dotrzeć samochodem czy autobusem, na najpiękniejszej plaży nie ma budek z lodami i hamburgerami, nie kupisz wielkiego ręcznika ze złotym markowym napisem ani podróbek zegarków. Panujący tu chaos nieco mnie zdezorientował, ale zatrzymuję się, by kupić butelkę wody i jakąś kawę. Obsługująca mnie kobieta pyta, skąd jestem. Gdy słyszy moją odpowiedź, łamaną polszczyzną odpowiada: „taniej niż w Biedronce”, wciskając mi jednocześnie w rękę małą buteleczkę likieru z opuncji. Widząc zdumienie na mojej twarzy, bez pytania wlewa mi kieliszek likieru do kawy. Z szerokim uśmiechem na ustach zachęca do spróbowania mieszanki. Dobre.
 

  3. Maltańskie klify oświetlone promieniami słońca przyjmują kolor złota.


Ghajn Tuffieħa

Ciasno, głośno, brakuje powietrza. Wyjeżdżam z parkingu, tym samym zaliczam asfaltowy podjazd między parkującymi autobusami i samochodami, upał w połączeniu ze spalinami, które wdycham na podjeździe, powoduje niesmak w ustach. Jednak szybko odnajduję czerwoną strzałkę, która odbija w prawo, i szybko droga zamienia się w skalistą nawierzchnię, która nie jest łatwa. Aby dostać się znów na górę klifu, zaliczam srogi wypych wąską ścieżką, która bardziej przypomina wypłukaną szczelinę w skale. Dalej dróżka wiedzie niepokojąco blisko przepaści, co może przyprawić o zawrót głowy. Myślę: gdzie je się pcham z tym rowerem?
 

4. Wybrzeże wyspy Gozo, nieco przyćmione deszczowymi chmurami. 


Wieża Għajn Tuffieħa

Kosztowało mnie to dużo wysiłku, ale wdrapałam się na górę. Kolejna wieża obserwacyjna nie różni się znacząco od poprzedniej. Wieże były budowane w taki sposób, aby każda była w zasięgu wzroku kolejnej. Dzięki temu możliwa była komunikacja między wartownikami. Zerwał się niemiłosierny wiatr, ale i tak siadam na chwilę, bo widoki wydają się bardziej urozmaicone. Plaża Golden Bay widziana teraz z góry prezentuje się o wiele ładniej, z drugiej strony kolejna cudownie osadzona zatoka ze złotą plażą, a za nią kolejna, natomiast przede mną nic więcej, tylko bezkres morza. Jest coś niezwykłego we wpatrywaniu się w przestrzeń zalaną wodą. Człowiek zatapia się w spokoju i poczuciu maleńkości wobec ogromu otaczającego świata. Wiatr dmucha w twarz, opowiadając mroczne historie niebezpiecznego wybrzeża.
 

  6. Cypel Qarraba zdecydowanie należy do tych miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć na własne oczy. 


Cypel Qarraba

Na drugą stronę zatoki prowadzą dwie ścieżki. Trzymam się jednak czerwonego szlaku, gdyż silny wiatr oraz bliskość krawędzi w przypadku drugiej ścieżki wydają mi się niebezpieczne. Zjeżdżam krętym singlem nieco w dół, natrafiam na bardzo zielone miejsce. Kilka drzew oliwnych i gęste śródziemnomors...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy