Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport , Otwarty dostęp

21 lipca 2021

NR 51 (Lipiec 2021)

Lepiej późno niż wcale, czyli kiedy twój stary jeździ enduro

0 395

Romek Kwaśny wsiadł na rower enduro po czterdziestce, jakieś 7–8 lat temu. Dziś ma 48 lat i jeśli nie zaliczasz się do ścisłej czołówki enduro w Polsce, raczej nie licz na to, że dotrzymasz mu kroku na ścieżkach...

 

POLECAMY

 

Czy faktycznie jesteś najszybszy w mieście (Bielsko-Biała), tak jak mówią? 

(Śmiech) Hm, nie wiem, ale skoro tak mówią... (śmiech).

 

A co mówi Strava?

Strava mówi, że tak, że jestem.

 

 

 

Zacząłeś jeździć na rowerze dość późno. Jak to się stało, że na stare lata zainteresowałeś się dwoma kółkami?

To było dziesięć lat temu, czyli miałem już prawie czterdziestkę. A stało się to oczywiście przez przypadek. Kolega zabrał mnie na wycieczkę przez przełęcz Przegibek nad Jezioro Międzybrodzkie. Wsiadłem wtedy na komunijny rower Patryka (syna). Pamiętam, że strasznie dostałem w kość, ale spodobało mi się. Zacząłem kupować kolejne, coraz lepsze rowery. Najpierw był sztywniak z amortyzatorem z przodu, potem pierwszy full ze skokiem po 100 mm z przodu i z tyłu, któremu z czasem dołożyłem skoku z przodu do 120 mm. Potem już miałem typowe rowery enduro i to było jakieś siedem lat temu.

 

Startowałeś już wtedy w zawodach enduro?

Tak, już wtedy zacząłem wygrywać w kategorii Masters, a czasy dawały mi też miejsca w pierwszej trójce w elicie.


 

 

Od kilku lat jeździsz na rowerach Treka i dla Treka. Czy można powiedzieć, że jesteś prosem?

Moje relacje z Trekiem można określić jako półzawodowstwo. Jeśli dostajesz wypłatę za to, że jeździsz, to jesteś zawodowcem. Zasadniczo z Treka mam wszystko, co potrzebne do jazdy. Zapewniają mi wszystko, począwszy od roweru enduro, poprzez rower szosowy, ubrania, buty, serwis, a na finansowaniu wyjazdów na zawody i treningi skończywszy. Jazda nic mnie nie kosztuje, ale nie dostaję za nią co miesiąc przelewów, więc nie możemy mówić o tym, że jestem ich zawodowym riderem. Sprzętowo pomagają mi też inni sponsorzy.

 

Cofnijmy się na osi czasu. Co robiłeś, w sensie sportowym, zanim zająłeś się rowerami? Nie wydaje się możliwe, żeby czterdziestolatek nagle odłożył pilot od telewizora, wstał z sofy, do której był przyspawany przez dziesięć lat i niemal z dnia na dzień zaczął tak szybko jeździć na rowerze.

Chodziłem do podstawówki sportowej w Bystrej, gdzie było narciarstwo klasyczne i skoki narciarskie. Szczególnie zajawiłem się skokami. Uprawiałem ten sport od drugiej do ósmej klasy, więc większość skoczni narciarskich w Polsce mam „obskakanych”. Po podstawówce to zarzuciłem, czego później zresztą trochę żałowałem, bo całkiem nieźle mi to wychodziło.

 

 

 

Jaki masz rekord w skokach?

Dokładnie nie pamiętam, ale w granicach osiemdziesięciu kilku metrów. Poza skokami biegałem na nartach, no i oczywiście jeździłem w stylu alpejskim. To było na poziomie – można powiedzieć – profesjonalnym, bo był trener, treningi itd. W lecie, jak każdy dzieciak w tamtym latach, jeździłem na rowerze, miałem jakiś motorower typu Jawka, grałem w piłkę, ale to już na zupełnie innym poziomie niż sporty zimowe. Poza sportową podstawówką potem właściwie całe życie grałem w piłkę – na hali i na dużym boisku.

 

Tu miałeś jakieś sukcesy porównywalne z enduro?

Raczej nie, ale już graliśmy na w miarę wysokim poziomie. Wygrywaliśmy okręgowe rozgrywki, wojewódzkie, byliśmy na Mistrzostwach Polski Amatorów itd. Mieliśmy więc z drużyną z Bielska-Białej sukcesy, ale na poziomie regionalnym i jako amatorzy. Nie było to zawodowstwo.

 

W jakim stopniu te sporty przełożyły się na rower?

Trudno powiedzieć, ale narty przełożyły się na to, że nie boję się prędkości i przestrzeni. Na najeździe mieliśmy nieraz po 80 km/h, więc można to nazwać doświadczeniem konkretnej prędkości. Poza tym trzeba mieć pewien rodzaj odwagi, żeby nie bać się wyjść z progu.

 

Miałeś jakiś okres marazmu w życiu, bez sportu, za to z browarem w ręce, przed telewizorem i z wielkim brzuchem?

Nie. Całe życie coś robiłem, zawsze uprawiałem jakiś sport, chyba nie miałem dnia bez ruchu (śmiech). Zawsze z podobnym zacięciem i zaangażowaniem, choć w różnych sportach z różnymi wynikami.

 

Jakie masz nastawienie do ścigania w najbliższym czasie? Byłeś do niedawna bezkonkurencyjny w mastersach, ale do kategorii wchodzą nowi zawodnicy...

Właśnie! Jest masa ludzi, którzy dobrze jeździli w elicie, są nadal w dobrej formie mimo 40 lat... a różnica jest niesamowita, jeżeli ma się 40 a 48 lat. Sam powinieneś to rozumieć.

 

No ja mam dopiero 42... (śmiech)

To powiem Ci, że przy 47–48 latach to już czuć różnice. Nie da się czasu oszukać. No może trochę, ale nie w nieskończoność.


 


 

W jakim obszarze odczuwasz ten spadek formy? Czy w wydolności, czy w koordynacji?

Wydaje mi się, że w koordynacji najbardziej. Z wydolnością jeszcze nie jest źle, jakoś sobie radzę. Więcej jest myślenia, pojawiają się zahamowania. Aczkolwiek teraz, dzięki temu że ostatnie dwa sezony jeżdżę z synem Patrykiem, mam większą frajdę z roweru, nie chcę mu odpuścić. Chcę, żeby on dobrze jeździł, a ja przy nim może jeszcze jakiś czas utrzymam formę.


Opowiedz o Twojej swoistej rywalizacji z synem, który ma obecnie 29 lat, czyli jest w wieku szczytowej formy. Różnica wieku to 19 lat.

Patryk kiedyś jeździł w motocrossie z dużymi sukcesami – był między innymi mistrzem Polski, mistrzem Europy Centralnej. W 2009 roku ostatni raz zdobył tytuł mistrza Polski i po tym przestał się ścigać. Przez dziesięć lat nic nie robił, tzn. trenował sporty walki, ale nie miał do czynienia ani z motocyklami, ani z rowerami, ale półtora roku temu zainteresował się rowerem i właściwie od razu dzięki doświadczeniu z motocrossu wskoczył na dość wysoki poziom. No ale miał już dwie poważne kontuzje – zerwanie barku i złamanie obu kości przedramienia. Więc trochę mu tego czasu odpadło, natomiast jeździ dobrze. A rywalizacja między nami jest... fajna (śmiech).

 

Fajna, bo Cię jeszcze nie dogania, czy wręcz przeciwnie – musisz uznać wyższość młodszego Kwaśnego? Biorąc pod uwagę wiek, teoretycznie powinien być od Ciebie szybszy.

No tak... ale na razie tak nie jest (śmiech). Trzeba powiedzieć, że ścigamy się o sekundy. Nie ma mowy o sytuacjach, że przyjeżdżam na dół trasy i Patryka nie ma. Bazując na tym, co pokazuje Strava, to różnice nie są większe niż pięć sekund. Patryk zupełnie się nie boi prędkości, więc jak są odcinki strome i szybkie, to tam mi trochę odjeżdża, ale na całej trasie z reguły jest nieco wolniejszy.

 

Czyli z tego wniosek, że wygrywasz z nim kondycyjne?

Tak. Kondycyjne z nim na pewno wygrywam.

 

Czy uczycie się od siebie nawzajem jakichś rzeczy związanych z techniką jazdy, treningiem itp.?

Po treningach wymieniamy się uwagami. Kiedy się już ścigamy, no to raz ja, raz Patryk jedzie pierwszy i ten, który jedzie drugi, stara się utrzymać koło, nadążyć. Okazuje się, że mamy różne podejście do wybierania linii przejazdu. Po zjeździe wymieniamy się spostrzeżeniami w stylu, że na tym konkretnym zakręcie cię dojechałem, bo ty wybrałeś taką linię, a ja taką itd.

 

Czym różnią się Wasze style jazdy?

Patryk wybiera takie linie, które są – można tak powiedzieć – bardziej motocrossowe. Często jedzie z dużą prędkością, ale po szerokim łuku. Ja natomiast wybieram krótszą drogę, wolę przyciąć zakręt, ale często na mniejszej prędkości i w różnych miejscach różnie to wygląda.

 

Nie ma lepszego sprawdzianu jak udział w zawodach. Na tych polskich rządziłeś w Mastersach przez wiele lat, a jak Ci szło za granicami naszego kraju?

Trochę pojeździliśmy po zawodach w Czechach, Niemczech czy Słowacji i tam praktycznie zawsze przyjeżdżałem pierwszy albo drugi. Niedosytem skończył się mój udział w EWS-ie. Te zawody zawaliłem całkowicie. Trochę psychicznie tam siadłe...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy