Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

11 maja 2019

NR 29 (Kwiecień 2019)

Himalaje okiem Gizeli Rakowskiej

0 146

Marzenia są po to, żeby się spełniały – jednym z moich była wyprawa w Himalaje.

Od paru lat planowałam ten wyjazd, lecz zawsze pojawiały się jakieś przeszkody: a to nie było wystarczającej grupy osób, a to wypadło coś w pracy, a kiedy w końcu już się wszystko udało dopiąć na ostatni guzik, spotkała mnie pechowa przygoda – tydzień przed wylotem złamałam palce u stopy i wszystko trzeba było odwołać. Myślałam, że to znak, że ta wyprawa nie jest mi pisana. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo grupa nie zdobyła przełęczy, a ja zaczęłam od razu planować nową próbę. Szybko skrzyknęło się szesnastu śmiałków, w tym dwóch pilotów, z zamiarem zdobycia przełęczy Thorong La, która miejscami wyglądała jak Dolomity czy jak okolica mojej ukochanej Gardy.

Zbliżał się termin kolejnego wyjazdu, emocje sięgały zenitu, bo dla mnie był to pierwszy tak długi i daleki wyjazd z rowerem. Obawiałam się, że znowu coś nie wypali, że coś się stanie, a tak bardzo chciałam tam jechać.

„Uff, udało się” – westchnęłam, gdy siedziałam w samolocie do Nepalu. Podróż długa i do tego męcząca przesiadka w Doha. Czekaliśmy tam kilka godzin, większość osób spała… ja, niestety, nie mogłam zasnąć. Lotnisko zrobiło na mnie duże wrażenie, widać, że wpompowano w nie masę pieniędzy.

Po długim locie nastąpiło wyczekiwane lądowanie w Katmandu. Rowery szybko spakowaliśmy do busów i ruszyliśmy w dalszą drogę, ponad 200 km ciężkimi bezdrożami, choć był moment całkiem dobrego asfaltu… nawet zdarzył się odcinek płatny, po prostu na ulicy stały osoby, które „kasowały”. Widząc, jak tam jeżdżą kierowcy, byliśmy przerażeni. Gdy nasz kierowca wyprzedzał inne pojazdy, również… Do hotelu w Pokharze dotarliśmy późno w nocy, marząc o łóżku i prysznicu, bo sam przejazd z lotniska zajął blisko dziewięć godzin, a cała podróż z lotem trwała 26 godzin.

Następnego dnia z uśmiechem na twarzy zaczęłam składać swój rower i z niecierpliwością na niego wsiadłam, żeby zrobić pierwszy przejazd. Widoki miejscami podobne były do naszych gór, ale wystarczyło przejechać parę kilometrów dalej, a pejzaż już się całkowicie zmieniał na bardziej egzotyczny, miejscami wyglądało jak w Dolomitach, w okolicy mojej ukochanej Gardy. W tym czasie przewodnicy załatwiali formalności – wyrabiali pozwolenia, tzw. TIMS.

Dzień 2

Przejazd z Pokhary do miejscowości Besisahar – dystans 80 km z 1600 m przewyższeń. Jazda się dłużyła, bo jechaliśmy po nie najlepszej nawierzchni, a przejeżdżające busy czy dżipy utrudniały przejazd, zostawiając po sobie chmury strasznego pyłu – w tak dużym jeszcze nie jeździłam. Po drodze czekały na mnie „nepalskie przysmaki” i napój z liczi, który rzeczywiście smakował jak liczi, banany (ach, te banany, to jest prawdziwy smak).

Dzień 3

Trzeciego dnia czekał mnie przejazd do Chame – 33 km i 1300 m przewyższeń, a później do Manangu – 39 km i kolejne 1350 m przewyższeń. Na trasie
do Manangu już było czuć to wspaniałe górskie powietrze, była to fantastyczna odmiana po wcześniejszych kurzawach. Przed samym Manangiem, już
na wysokości ponad 3000 m, gdy płuca zaczęły oddychać pełną piersią, poczułam moc i na płaskich odcinkach trochę pocisnęłam. Finisz tego dnia był na wysokości ponad 3500 m – była to dla mnie najwyższa wysokość, na jakiej do tej pory byłam.

Plan był taki, żeby w Manangu spędzić trzy noce, aby się zaaklimatyzować, lecz po pierwszej nocy część osób postanowiła wybrać się pieszo nad jezioro
na wysokości 5000 m z noclegiem na wysokości 4200 m. Uważałam, że to nierozsądne, żeby od razu nocować na takiej wysokości, zwłaszcza jeśli nigdy nie było się w tak wysokich górach i nie było wiadomo, jak zareaguje organizm.

Postanowiłam zrobić test organizmu i wybrać się z druga grupą na Ice Lake na wysokość 4600 m. Wcale lekko nie szło się pod górę, tym bardziej że na krótkim odcinku mieliśmy do pokonania całkiem sporo przewyższeń, więc nachylenie było solidne… w dodatku coraz mniej tlenu. W schronisku na wysokości 4200 m spotkaliśmy Polkę, która podróżowała sama, ale podpięła się pod jakąś grupkę. Opowiadała, że silne objawy choroby wysokościowej pojawiają się dopiero po zejściu po trekkingu, bo kiedy zbyt szybko zmienia się wysokość i pije za mało płynów, to tak może się zdarzyć. Toaleta znajdowaa się na zewnątrz schroniska, w takim namiociku (oczywiście dziura w ziemi i trzeba robić „na Małysza”). Niektórzy już dnia poprzedniego mieli bóle głowy, jednej osobie podczas schodzenia „odcięło totalnie nogi”, innych bóle „chwyciły” podczas schodzenia.

Dzień 4

Część osób z grupy nie chciała wybierać się na trekking. Grupka uczestników wyprawy obejmująca wszystkie kobiety i jednego mężczyznę zdecydowała się na krótszą wycieczka i dużo mniej przewyższeń – wyruszyliśmy na lodowiec, mijając całkiem sporo osób na trasie. Tego dnia grupa, która poszła spać wyżej o 700 m, wróciła do nas z objawami choroby wysokościowej. Wszyscy wieczorem wymiotowali i mieli silne bóle głowy, opisywali to tak, jakby ktoś ściskał im głowy opaskami.

Kolejne osoby docierały do wieczora, były aż na wysokości 5000 m, najdłużej czekaliśmy na kolegę, o którego się martwiliśmy, bo jeszcze ponad dwie godziny po przyjściu ostatnich osób jego nie było. Zasięgu komórkowego też nie było, dobrze, że chociaż internet był w miejscach, w których spaliśmy.

Dopiero wieczorem, gdy jadłam kolację, kolega dotarł – ucieszyło mnie, że wrócił cały i zdrowy.

Dzień 5

Kolejny dzień to dzień strachu – słuchając innych uczestników i widząc, co się działo z niektórymi, poczułam lęk. Niektórzy, obawiając się choroby, od rana zażywali już diuramid. Jestem przeciwniczką faszerowania się lekami, nie brałam więc nic. Uważam, że to głupota brać leki na zapas, gdy nie ma się objawów.

Wzięłam sobie do serca porady z wykładu i starałam się nie zmieniać wysokości zbyt szybko, nie spieszyć się. Pierwszy dłuższy postój mieliśmy na wysokości ok. 4200 m. Widzieliśmy tutaj dwa duże orły. Trasa bardzo ciekawa, ale wymagająca, czasem trzeba było zejść z roweru. Gdy dotarliśmy do obozu na wysokości 4500 m, wiedząc, że nie powinno się spać na zdobytej wysokości – czekaliśmy zresztą na nasze bagaże, które wiozły osiołki – postanowiłam zrobić z koleżanką jeszcze trekking ponad 200 m w pionie i z powrotem. Wiedząc, że objawy mogą się pojawić podczas snu, bałam się całą noc. Pewnie panikowałam, bo nawet w nocy sprawdzałam swoje tętno. Małżeństwo, które było ze mną w pokoju, także się obawiało i wyrzucało sobie, że się tu wybrało. Wiem, że teraz się z tego śmieją, bo już planują kolejne wyprawy w tak wysokie góry.

Dzień 6

Dzień zaczął się obawami. Było strasznie zimno, aż w toalecie zamarzła woda, do tego pojawiły się objawy choroby wysokościowej, trasa okazała się bardzo trudna, większość czasu to głównie pchanie roweru pod górkę. Dopiero gdy weszłam w „strefę słońca”, zrobiło się przyjemniej. Każdy szedł swoim tempem, dwie osoby z grupy skorzystały z pomocy osiołków, po drodze minęłam tylko kilka osób, w schroniskach robiłam sobie przerwę na herbatkę.

Końcowe 200 m w pionie strasznie się dłużyło, na wysokości ponad 5000 m pojawiło się wzruszenie. Miałam łzy w oczach, widząc kolorowe flagi modlitewne.

Pierwszy na szczyt z naszej grupy dotarł Maciej. Śmiał się i powiedział: „Dobrze, że nie byłaś tu ze mną, bo płakałem jak bóbr”. Widać emocje dopadły każdego.

Na górze spędziliśmy trochę czasu, Nepalczycy zapytali, czy mogą na chwilę wziąć nasze rowery, aby porobić sobie z nami zdjęcia. Niestety, trzeba było wracać. Podczas zjazdu wiało. Zjazd był momentami bardzo ciężki, więc przez część drogi rowery prowadziliśmy.

Moja obserwacja – dość długo nie było schroniska,

J...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy