Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport , Otwarty dostęp

10 lipca 2020

NR 41 (Lipiec 2020)

Everesting - czy król może być tylko jeden?

35

Królem może zostać każdy, kto podjął się w swojej rowerowej karierze wyzwania zwanego Everesting. Ale cóż to jest, zapytacie. Everesting to „robienie Everestu”. Dosłownie jest to rowerowa wspinaczka na jakiekolwiek wzniesienie, tyle razy, aby suma pokonanego przewyższenia była równa wysokości najwyższej góry na ziemi, tj. Mount Everestowi – 8848 metrów. Co ważne, w kryteriach jasno jest powiedziane, że aby próba została uznana, musi odbywać się tylko na jednym podjeździe i jeśli wymaga to powtórzeń – zjazd ma przebiegać po tej samej trasie.
Historycznie pierwszym, który zapisał się w annałach tego wydarzenia, jest George Mallory, który w 1994 roku po ośmiu powtórzeniach zdobył górę Donna Buang. Obecnie nad formatem i każdą próbą wyzwania czuwa Andy van Bergen. 

Hej, ale ile to jest kilometrów?

Choć w teorii brzmi to niezbyt skomplikowanie, to kiedy przychodzi czas wyzwania, te niemal 9 km w pionie rośnie jeszcze bardziej. Odnosząc się do naszego polskiego podwórka, na którym zostaliśmy niezbyt hojnie obdarowani warunkami górskimi, wiąże się to przynajmniej z kilkunastoma powtórzeniami podjazdu i zjazdu w trakcie wykonywania wyzwania. W praktyce dla wielu śmiałków było to jednak kilkadziesiąt, a dla niektórych nawet kilkaset powtórzeń! To prawdziwe wyzwanie nie tylko dla samego ciała, ale w głównej mierze dla psychiki. Już za drugim powtórzeniem podjazdu zaczyna się odliczanie, ile jeszcze do końca, a liczby wcale tak szybko się nie zmniejszają. Tym gorzej odczuwa się ten efekt, im częściej zwraca się uwagę na otoczenie, które ciągle się powtarza, a ja dalej w tym samym miejscu? Przecież jadę już piątą godzinę... 

Czy to jest wyścig?

W ostatnich, pandemicznych tygodniach bardzo wielu kolarzy z uwagi na przymusowy przestój w ściganiu wzięło udział w tej próbie. Wielu osiągnęło wspaniałe wyniki, a to dobrze pokazuje, jak dużym prestiżem cieszy się to przedsięwzięcie. Jednak nie o wynik tu chodzi, bo do elitarnego grona może dostać się każdy, kto ma w sobie na tyle zawziętości, aby podjąć wyzwanie i oczywiście ukończyć je z sukcesem. Nie jest istotne, gdzie, kiedy, w jakim czasie, na jakim rowerze, samemu czy w towarzystwie, ważne jest pomyślne ukończenie wyzwania, by trafić na słynną tablicę Everesting – Hall of Fame, gdzie Twoje nazwisko pozostanie już na stałe, bez obaw o wymazanie wyniku przez kolejnego śmiałka. 

Zrobiłem to!

Osobiście moja próba zmierzenia się z tym wyzwaniem zainicjowana została przez kolegę, który na początku roku wesoło rzucił w moim kierunku: „Hej, a znasz wyzwanie Everesting? Uważam, że powinieneś spróbować”. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem, a nawet kiedy dowiedziałem się, o co chodzi, uznałem, że to czyste wariactwo jeździć tym samym podjazdem kilka lub kilkadziesiąt razy – gdzie tu frajda? Ale pomysł rósł w mojej głowie niemal od dnia, kiedy został zasiany i dość szybko zdecydowałem, że będzie to jeden spośród moich rowerowych celów w 2020 roku. Tu wkroczył na scenę splot kilku korzystnych warunków związanych z pandemią koronawirusa. Uznałem, że skoro jedyne, co można, to jazda solo i to w niewielkiej odległości od domu, to będzie to idealny czas na spróbowanie swoich sił. Dodatkowo mały ruch na drogach otworzył możliwości, które przy normalnym funkcjonowaniu świata byłyby niezbyt atrakcyjne bądź też niedostępne. Postanowiłem, że docelowym podjazdem, który chcę uhonorować w ten sposób, będzie bliski mojemu sercu – Czchów i dwukilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 7% i 150 metrach przewyższenia. Zdecydowałem się na taki wariant z kilku powodów. Przede wszystkim był on ulokowany bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania, co ułatwiało dotarcie na start i powrót już po oraz bliskość bazy serwisowej w przypadku ewentualnych problemów technicznych. Jednak najważniejszym kryterium, jakie przyjąłem wobec doboru podjazdu, był… ZJAZD! Może wydawać się to dziwne, ale procenty, zakręty i inne składowe nie mają tak dużego znaczenia, kiedy liczy się siła idąca z mięśni, inaczej niż, gdy chodzi o siłę generowaną z głowy. Wtedy prawdziwym wyzwaniem są zjazdy, bo kiedy na początku w dogodnych warunkach jazda nie sprawia większych problemów, to w trakcie tych kilkunastu godzin całej zabawy nasza koncentracja zdecydowanie spada, a i warunki drogowe...

Artykuł jest dostępny w całości tylko dla zalogowanych użytkowników.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałow pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy