Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

23 maja 2022

NR 59 (Maj 2022)

Dokumenty w egzotycznej podróży

0 66

Wizja długiej podróży niesie ze sobą pytanie o kwestie paszportowe. Mianowicie: czy ograniczone czasowo pozwolenie na pobyt wystarczy, by zrealizować wszystkie ambitne plany? To szczególnie istotne w wielkich krajach, rozciągających się na tysiące kilometrów, takich jak Peru czy Argentyna. W niniejszym artykule postaram się naświetlić nieco temat stempli i paszportów. Chociaż nie wiem, czy jestem do tego odpowiednią osobą: ostatecznie w ostatnich miesiącach mój pobyt określa się jako „nieregularny”.

Gdy wyjeżdżałem z Meksyku do Gwatemali, na granicy powitały mnie fortyfikacje podobne szczelnym przejściom odgradzającym Unię Europejską od reszty świata. Wąski korytarz z metalowej siatki piął się w górę, ukoronowany grubym pętem drutu kolczastego. Tu podróżny nie ma wyjścia: musi posłusznie podążać jedyną możliwą ścieżką pod bacznym okiem meksykańskich służb migracyjnych.
Kilka tygodni później przepływałem morską granicę między Belize i Gwatemalą. Motorówka o zszarzałych burtach zatrzymała się przy drewnianym pomoście. Niemłode deski uginały się pod ciałami kilku pasażerów, którzy jeden za drugim wyskakiwali na ląd. W gęstym upale przedpołudnia nieletni sprzedawcy oferowali gumy do żucia. W powietrzu unosiła się tłusta woń empanadas, smażonych pierożków z nadzieniem z mielonego mięsa. Mam na myśli: miejsce przypominało raczej targ niż przejście graniczne. Zapytałem któregoś z przechodniów, gdzie znajduje się biuro migracyjne. Co? No, gdzie można dostać pieczątkę do paszportu. Ach, jeśli bardzo chcesz, żeby ci wbili pieczątkę, to zobacz – mężczyzna wskazał dłonią w stronę gruntowej uliczki portowego miasta – osiem przecznic prosto, dwie przecznice w lewo. Biały domek na rogu.
Tam przybijali pieczątki.
Z dobrym przybliżeniem można powiedzieć, że znaczna część przejść granicznych w Ameryce Łacińskiej działa według drugiego z wyżej opisanych scenariuszów: jeśli bardzo chcesz…
 

POLECAMY

1. Copacabana, pierwsze spotkanie z Boliwią. 

 

2. Tuż po rejsie na granicę Panamy i Kolumbii, w trakcie omijania nieprzejezdnego Przesmyku Darien. 

 

3. Drewniane zaproszenie w głąb Titicaki, granicznego jeziora Peru i Boliwii.


Dziewięćdziesiąt dni

Oczywiście warto jednak te pieczątki zbierać. Jeśli potem zdarzy się uliczna kontrola dokumentów – co zdarza się rzadko, ale zdarzyć się może, bo zazwyczaj widać na pierwszy rzut oka, że miejscowi to my bynajmniej nie jesteśmy – nie grozi nam wówczas ewentualna grzywna (lub wymuszanie łapówki, jak np. w Nikaragui, Wenezueli lub Boliwii).
W większości krajów Ameryki Łacińskiej Polak dostaje z automatu pozwolenie na przebywanie w kraju przez 90 dni. Są od tego wyjątki: w Meksyku dostaniemy 180 dni, natomiast w Ameryce Środkowej trzy miesiące turystyki liczone są łącznie dla czterech krajów: Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Nikaragui.
Znacznie bardziej zróżnicowany jest wachlarz metod pozwalających na legalne wydłużenie pozwolenia. W Argentynie czy Urugwaju wystarczy wyjechać i wrócić – nawet tego samego dnia – by dostać możliwość legalnego poruszania się po kraju przez kolejne 90 dni. Alternatywą jest dokonanie niewygórowanej opłaty za przedłużenie pozwolenia. Podobnie jest w Nikaragui. Natomiast w Peru dodatkowe trzy miesiące dostaniemy za darmo i to przez Internet.
Nie zawsze jest jednak tak łatwo. Kolumbia ogranicza bezwizowy pobyt do 180 dni rocznie (to znaczy: możemy przedłużyć legalny pobyt tylko raz w roku). Boliwia i Ekwador przyjmą nas jedynie na 90 dni w ciągu roku. Jeśli zechcemy zostać dłużej, konieczne będzie zwrócenie się do odpowiedniej instytucji migracyjnej o wizę lub rezydencję długoterminową. I to nie koniec różnic. Tak się składa, że dwa wyżej wspomniane kraje andyjskie pokazują, jak diametralnie odmienne mogą stać się doświadczenia z lokalną biurokracją.
Gdy zechciałem pozostać ponad trzy miesiące w Ekwadorze, wyjechałem do peruwiańskiego Tumbes, miasteczka przy południowej granicy kraju. W miłe, słoneczne popołudnie, przy morskiej bryzie znad Pacyfiku, odwiedziłem ekwadorski konsulat. Wypełniłem jeden formularz. Uprzejmy mężczyzna poinformował mnie o kwocie, którą muszę zapłacić. Zostawiłem paszport i wybrałem się do banku. Następnego dnia moja dokumentacja była gotowa.
W Boliwii przez miesiąc zbierałem dokumenty konieczne do uzyskania tymczasowej rezydencji na… trzy miesiące. Musiałem dostarczyć między innymi cztery zaświadczenia o niekaralności z czterech różnych instytucji i przeprowadzić trzy badania krwi. Za każdym razem: kolejka o świcie, jakaś niewielka opłata, a przede wszystkim: solidna strata czasu. Na koniec brakowało mi jedynie zaświadczenia z Interpolu. Wybrałem się do zielonego biura w jednej z centralnych dzielnic Santa Cruz de la Sierra. Tam wręczono mi listę dziesięciu dokumentów i zaświadczeń, które muszę zdobyć, aby potem ewentualnie wystawiono mi zaświadczenie o niekaralności Interpolu. Nie wiem, jak znalazłem w sobie tyle cierpliwości, ale mam tę prostokątną nalepkę w paszporcie z moją boliwijską rezydencją.
 

4. Puerto Morelos, pierwsze spotkanie z Meksykiem. 

 

 5. Legendarny znak drogowy oznaczający koniec nie mniej legendarnej Ruta 40, drogi przecinającej kontynentalną Argentynę z dalekiego południa na granicę z Boliwią.

 

  6. Gdy wjeżdża się do Peru z Ekwadoru, „wita" nas taki mało przyjemny znak. Ale to tylko znak. Rowerowanie po Peru to w rzeczywistości sama przyjemność.


Stemple, znaczki, pieczątki

Gdy wjeżdżałem do Panamy przez niewielkie przejście graniczne nad Morzem Karaibskim, sytuacja przypominała tę z Gwatemali: wśród ludzi chodzących wte i wewte z gałęziami bananów odnalazłem murowaną budkę, gdzie przybito mi w paszporcie kolorowy znaczek. Kilka miesięcy później, gdy dojeżdżałem do wschodniego krańca kraju – Panama nie jest może duża, ale owszem, jest długa – trafiła mi się jedyna w całej podróży rewizja osobista. To zrozumiałe: pogranicze panamsko-kolumbijskie jest miejscem kluczowym na szlaku przemytu kokainy na kontynencie. W tropikalnym upale łagodzonym przez hojny cień okolicznych drzew umundurowani funkcjonariusze przeszukali moje sakwy do samego dna. Na koniec poprosili o paszport.
– A pański stempel wjazdowy? – zapytał mundurowy.
– O, tutaj jest – odpowiedziałem i wskazałem palcem na barwny kwadracik.
– To nie jest stempel wjazdowy, proszę pana.

Tak rozpoczęła się wielodniowa peregrynacja z po...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy