Dołącz do czytelników
Brak wyników

Przygoda

24 marca 2021

NR 47 (Marzec 2021)

California Dreaming

222

Jazda kamperem wzdłuż południowo-zachodniego wybrzeża Stanów przez złotą Kalifornię to marzenie każdego włóczykija. Dla nas to mało: my do kampera wrzuciliśmy jeszcze rowery!

 

POLECAMY

The Pacific Coast Highway uznawana jest za jedną z najpiękniejszych widokowych dróg świata. Wije się przez geograficznie zróżnicowane krajobrazy stanu Kalifornia, które w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia stały się kolebką kolarstwa górskiego. To właśnie wtedy na zboczach Mount Tamalpais niedaleko San Francisco narodziło się kolarstwo na szerokich oponach. Sam sport od tamtego czasu przeszedł długą drogę, a kalifornijskie wzgórza wzdłuż wybrzeża od tamtego czasu zaroiły się od wartych odwiedzenia miejscówek MTB. Naszą ekipę stanowią: Franziska Gobeli – kolarka górska, fotograf Martin Bissig i ja – Gerhard Czerner, wszyscy gotowi na smakowanie kalifornijskiego rowerowego życia, połączonego z amerykańskim mitem – podróżą samochodem. Film drogi i powrót do źródeł MTB w jednym!


Kamper, po amerykańsku zwany RV (recreational vehicle), to doskonały sposób na zwiedzanie, gdyż wszędzie pełno tu parkingów przystosowanych do nocowania. Wynajęliśmy średniego vana, który oferował wystarczająco dużo miejsca dla trzech osób, wyposażonego w prysznic, toaletę, aneks kuchenny, kanapę i potężną lodówkę. Mierzący osiem metrów długości pojazd wydawał nam się potworem, przynajmniej z naszej europejskiej perspektywy. Jednakże, jak później odkryliśmy, nasz krążownik z kalifornijskiego punktu widzenia należał raczej do tych mało imponujących. Pisząc to, uświadamiam sobie, że całe moje mieszkanie nie dorównuje powierzchnią niektórym domom na kółkach, które spotkaliśmy w Kalifornii. 

 


 

 

 

W ciągu kilku pierwszych dni zostaliśmy zalani prawdziwym tsunami wrażeń oraz emocji. Naszą podróż rozpoczęliśmy na przedmieściach Los Angeles, gdzie upchnąwszy naszego vana między inne samochody na parkingu przy samym wybrzeżu Pacyfiku, wykonaliśmy istny skok na główkę prosto w toń kalifornijskiego stylu życia. Trudno podczas takiego nurkowania trafić na większą ławicę kalifornijskich symboli niż te na Venice Beach. Opaleni wrotkarze i surferzy ocierają się tu o różnorodnych artystów i wszelkiej maści „wolne duchy” będące dosłownym uosobieniem tego, co ta specyficzna część miasta zdaje się reprezentować. Niezaprzeczalnie takiego tygla różnorodności nie znajdziecie nigdzie indziej na świecie.

 

Stamtąd zupełnie oszołomieni przenieśliśmy się do kolejnego, niemniej charakterystycznego, punktu naszej wyprawy – molo w Santa Monica. Wybudowana we wczesnych latach XX wieku, ikoniczna budowla zagrała w niezliczonych filmach, a my mieliśmy przedziwne szczęście, że trafiliśmy tam w momencie, gdy zaczął zapadać zmierzch. Dzięki temu mogliśmy obserwować krwistoczerwone niebo i migoczące światła gigantycznego diabelskiego młyna – hollywoodzki spektakl dla turystów. Do tej chwili byłem przekonany, że zdjęcia kalifornijskich zachodów słońca to kwestia podciągnięcia kilku suwaków w Photoshopie, ale nie! Rzeczywistość to taki sam amerykański kicz, jaki pokazywały plakaty wiszące w pokojach nastoletnich fanek serialu Beverly Hills 90210 w latach 90. ubiegłego wieku. 

 


 

 

 


Hollywood, z kolei, absolutnie to najwyższy poziom kiczu i surrealizmu jednocześnie. Zrobiliśmy to i przejechaliśmy się najsłynniejszym chodnikiem świata, czyli Hollywood Walk of Fame, w towarzystwie Spidermana, Supermana i Hulka. Kojarzycie różowo-złote gwiazdy zabetonowane w chodniku na cześć celebrytów z branży rozrywkowej? Jest ich tu ponad 2500. Dla wielu fanów to miejsce jest jak Mekka – jedyny sposób, by zbliżyć się trochę do swoich filmowych idoli. Ale tutaj nie tylko Hollywood jest synonimem świata filmu. Okoliczne plaże również stały się znane dzięki filmom lub serialom telewizyjnym. Jedną z najbardziej znanych jest Malibu Beach, przedstawiona w telewizyjnym serialu Baywatch (Słoneczny patrol) z lat 90. ubiegłego wieku. Pacific Coast Highway przeprowadziła nas również obok miejsca, w którym David Hasselhoff w czerwonych majtach i skąpo ubrana Pamela Anderson biegali po plaży w zwolnionym tempie.

 

Nasz następny przystanek wyznaczyliśmy sobie dalej na północy – w Zatoce Morro. To tutaj znajduje się Montaña de Oro State Park, jego nazwa - „Góra Złota” pochodzi od złotych kwiatów porastających tereny parku, a sam park wraz z zatoką to dzieło działalności wulkanicznej, tarcia płyt tektonicznych i erozji. Kiedy tam dotarliśmy, przejechaliśmy się szlakiem Hazard Peak Trail. Pedałowaliśmy dłuższą chwilę po szerokiej na dwie stopy idealnie poprowadzonej ścieżce, aż do najwyższego punktu widokowego. Stąd mogliśmy zobaczyć charakterystyczny Morro Rock wyłaniający się z zatoki.

 

Trasa strasznie pyliła, więc musieliśmy zachowywać odpowiedni dystans od jadącego z przodu. Okazało się, że to dobra rzecz, ponieważ w pewnym momencie skręciłem za róg i nagle na samym środku szlaku pojawił się stojący jak wryty Martin. Wyhamowałem w ostatniej chwili, totalnie zaskoczony jego bezmyślnością. Widziałem jakiegoś ogromnego kota! – wrzasnął, wyraźnie roztrzęsiony. Dowiedzieliśmy się później, że okolica jest domem dla kuguarów (pum płowych)! Martin musiał spłoszyć jedno z tych rzadkich stworzeń. Szczęściarz!
 

 

 

 

 


Następny dzień przyniósł kolejne spotkanie z dziką przyrodą. Jako że ciągle poruszaliśmy się wzdłuż wybrzeża, trafiliśmy na kolonię słoni morskich wylegujących się na plaży. Wokół gromadzili się turyści, a na piasku ponad sto olbrzymich zwierząt nic sobie z tego nie robiło. Dla naszych europejskich oczu był to naprawdę niecodzienny widok. Czułem się wyróżniony przez los, że mogłem widzieć te wszystkie rzeczy podczas naszej podróży, ale one zdawały się wręcz czyhać na moje wrażliwe oczy i duszę za każdym niemal zakrętem. 


Następny odcinek autostrady był zdecydowanie jednym z najbardziej spektakularnych w całej podróży. Po naszej lewej stronie wysokie na kilkaset metrów klify opadały do ​​Pacyfiku. W dole fale uderzały o monumentalne skały i rozbryzgiwały się w bielącą się kipiel, niczym woda z mydlinami wylewana przez gigantyczną pralkę Pacyfiku. Przed nami, jak okiem sięgnąć, panoramiczna trasa wiła się wzdłuż wybrzeża, a nasz niezgrabny kamper pokonywał kolejne zakręty z gracją żuka gnojowego, przeciskającego się między grudkami ziemi na leśnej ścieżce. Gigantyczne sekwoje górowały nad gęstym lasem po naszej prawej stronie, a jeszcze wyżej mogliśmy zobaczyć kondory latające na rozpiętych między chmurami prądach powietrznych. I wtedy z radia buchnęła piosenka Californication Red Hot Chili Peppers. Podkręciliśmy głośność i darliśmy się na całe gardło, upojeni tą sytuacją.

 


 

 

 


Minęliśmy Monterey i dotarliśmy do Fort Ord National Monument, byłego posterunku armii Stanów Zjednoczonych. Teren poprzecinany jest tutaj doskonale wytyczonymi trailami i odkryliśmy tu dobrą mieszankę podjazdów i zjazdów o różnym stopniu trudności. Szerokie malownicze i wysokie płaskowyże oraz wąskie, kręte ścieżki wiodące przez głębokie doliny idealnie tu współgrają, tworząc dużą różnorodność krajobrazową. Szlaki są dobrze oznakowane, dzięki czemu jazda nimi jest pozytywnym doświadczeniem. Niedaleko znajduje się Toro Park, gdzie przetestowaliśmy Pipeline Loop. Podjazd o nachyleniu 20% był dość uciążliwy i pochłonął mnóstwo naszej energii i skupienia. Byliśmy wdzięczni, że wciąż mamy rezerwy na zaskakująco techniczny zjazd. Jako mieszkańcy Alp jesteśmy przyzwyczajeni do stromych i trudnych zjazdów, ale ten odcinek to była niezła rzeźnia! Dla nas jednak absolutna przyjemność z jazdy!
 

 

 

 

 


W Santa Cruz moglibyśmy siedzieć tygodniami. To nadmorskie miasto jest dość chłodne. To tutaj po raz pierwszy surfowano w USA, a znane na całym...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy