Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

9 stycznia 2020

NR 37 (Styczeń 2020)

Appenninica MTB Stage Race – dziewicza edycja nowej włoskiej etapówki

169

Moje dotychczasowe włoskie etapówki MTB to jazda na północy: Alta Via Stage Race w Alpach Liguryjskich i kultowy Iron Bike przy granicy z Francją. Bardziej na południe zapuszczałem się wyłącznie turystycznie, najczęściej do Toskanii. Apeniny, stanowiące swoisty kręgosłup włoskiego buta, zawsze wydawały mi się optymalne dla MTB, ale jakoś nie było okazji, by tutaj pośmigać.

Na wieść o tym, że Milena Bettocchi i Beppe Salerno organizują kilkudniową imprezę w górach w regionie Emilia-Romania, między Bolonią a Florencją, nie zastanawiałem się wcale. Dreszczyk emocji związany z uczestnictwem w dziewiczej edycji nakręcał mnie jeszcze bardziej. Prolog i siedem etapów, 550 kilometrów z 20 000 metrów przewyższenia – zapowiadało się konkretnie. Termin nie wydawał mi się co prawda optymalny z uwagi możliwość wystąpienia wysokich temperatur (końcówka lipca), ale mając doświadczenie w kilkudniowym ściganiu w upale, podjąłem wyzwanie. Już w zimie, pół roku wcześniej, zdecydowałem: jadę na Appenninica MTB Stage Race.
Do Włoch postanowiłem pojechać samochodem. Kilkanaście godzin za kółkiem w przeddzień prologu i po północy byłem w Bagno di Romagna – czyli na mecie, na której miałem zostawić samochód i skąd planowany był o świcie transfer na start w Bolonii. Bardzo wcześnie rano, po kilku godzinach snu, na placu przed hotelem zaczęli pojawiać się objuczeni torbami bikerzy, którzy również postanowili skorzystać z tej możliwości. Przyjechał bus, na którego dach zapakowaliśmy nasze rumaki, i pomknęliśmy do Bolonii. Miasteczko zawodów, zlokalizowane na północnych obrzeżach Bolonii, było gotowe, pełne sympatycznych i uczynnych ludzi z obsługi oraz kolarzy z kilkunastu krajów. Temperatura była bardzo wysoka. Fala wyjątkowych upałów męcząca całą Europę tego lata dawała się we znaki również w słonecznej Italii – było ponad 40 stopni. Wizja smażenia się na długich wielogodzinnych etapach stawała się coraz bardziej nieuchronna. Kilka miesięcy wcześniej w tym regionie było zupełnie inaczej – ulewne deszcze i wichury spowodowały wiele osuwisk i powaliły mnóstwo drzew, zmuszając organizatorów do korekty planowanego przebiegu trasy, tak aby była przejezdna. Ostatecznie mieliśmy do pokonania łącznie około 410 kilometrów z 16 000 metrów 
przewyższenia. Wielu przyjęło ten fakt z wielką ulgą, biorąc pod uwagę falę upałów, ja jednak byłem trochę niepocieszony – bardzo lubię długie, wielogodzinne etapy.
 



Niespełna dziesięciokilometrowy prolog po okolicach Bolonii z prawie 300 metrami przewyższenia miał formę czasówki rozgrywanej na jednej pętli. Na początek stromy dwukilometrowy asfaltowy podjazd do sanktuarium San Luca, położonego na wzgórzu, 200 metrów nad Bolonią. Później trochę oddechu po płaskim, a na deser singiel z widokiem na miasto poniżej. Całość w sam raz, żeby rozruszać się po podróży. Chociaż nie był to koniec siedzenia w samochodzie na ten dzień – czekał nas jeszcze transfer do Berceto, z którego następnego dnia miał się zacząć już konkretny pierwszy etap. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy w góry, do starego monastyru w uroczym Berceto, na wysokości 850 metrów n.p.m. Większość nas trafiła do wieloosobowych sal z łóżkami piętowymi – to była dla nas wyjątkowo luksusowa noc – pozostałe noclegi mieliśmy planowane na materacach w salach gimnastycznych (tylko nieliczni mieli wykupione noclegi w hotelach). Kolacja, briefing, film i fotki z prologu wyświetlane na ogromnym ekranie – atmosfera wśród kilkudziesięciu uczestników zaczynała się robić coraz fajniejsza. Rano ruszyliśmy z rynku Berceto. Prawie 80 kilometrów, 2500 metrów w górę to już konkret. Początek w grupie asfaltem i szutrem, następnie już stromo terenem – typowy włoski portage. Na szczęście później większość trasy była przejezdna, jechaliśmy na wysokości 1000–1500 metrów n.p.m., głównie po wyśmienitych singlach, ciesząc się wspaniałymi widokami. Etap był świetny. Stanowił on jednak dopiero wstęp do królewskiego drugiego etapu, planowanego kolejnego dnia. Sto jeden kilometrów z 3760 metrami podjazdów wywoływało ciarki na plecach na samą myśl o tym, że większość tego będzie do pokonania w wymagającym terenie. Początek był spokojny – jadąc większą grupą, straciliśmy wysokość, spadając po szutrach i asfaltach na 450 metrów n.p.m. I tutaj zaczął się jeden z dwóch głównych podjazdów tego dnia – ponad kilometr w pionie. Początkowo w cieniu, następnie już powyżej górnej granicy lasu. Otworzyły się przed nami wspaniałe widoki, środkowe prawie 30 kilometrów trasy jechaliśmy wysoko, wyśmienitym singlem po szczytach wzgórz, po czym zanurzyliśmy się w zacienione leśne ścieżki, ciesząc się każdym metrem piętnastokilometrowego technicznego zjazdu. Na deser tego dnia czekał nas jeszcze jeden dziesięciokilometrowy zabójczy podjazd – ponad 1000 metrów w pionie do Pian Cavallaro, na prawie 1900 metrów n.p.m., który dosłownie wyssał z nas resztki sił. Po dojeździe na górę, do stacji narciarskiej (nie miałem pojęcia, że w tej części Italii można szusować na nartach!), już tylko 10 kilometrów w dół – po kamieniach i trudnymi singlami do Fanano, położonego 1200 metrów niżej. Rewelacja. To był długi dzień, czołówka ponad sześć godzin w siodle, ja godzinę dłużej. Chyba nikt nie spodziewał się takiego pięknego etapu, przy kolacji zmęczeni wspominaliśmy najpiękniejsze fragmenty trasy i widoki z grani na wyświetlanych zdjęciach oraz filmie.
 


Kolejnego dnia było już lżej, ale w nogach czuliśmy trudy dwóch poprzednich. Pięćdziesiąt jeden kilometrów z 1850 metrami przewyższenia zapowiadało się nie tak strasznie, ale pierwsza połowa etapu – wielokilometrowy podjazd na prawie 2000 metrów n.p.m. – ciągnął mi się wyjątkowo. Świadomość tego, że druga połowa będzie tylko w dół, na szczęście napędzała mnie, z ochotą zdobywałem więc w upale kolejne metry w pionie, wiedząc że odzyskam je na zjeździe. Powyżej lasu rozpostarły się piękne widoki. Były tu już tylko kamieniste ścieżki w terenie przypominającym mi najwyższe partie Tatr Zachodnich. Portage po raz kolejny, kilka kilometrów chodzenia bez szans na jazdę w siodle. Esencją tego dnia było 25 kilometrów zjazdu. Najpierw po stokówkach, bardzo technicznych,...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań czasopisma "bikeBoard"
  • Dodatkowe artykuły niepublikowane w formie papierowej
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych wydań magazynu oraz dodatków specjalnych...
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy