Dołącz do czytelników
Brak wyników

Sport

4 lipca 2019

Wyczekiwane „Góry” na Kaczmarku Electric MTB

250

Do piątej edycji tegorocznych zawodów Kaczmarek Electric MTB kazał czekać organizator by zawodnicy mogli stawić się na  górskim etapie, który jednocześnie stanowił swego rodzaju rodzynek w całym cyklu. Początkowo miejscowością, która miała gościć zawodników był zapowiadany Lubomierz jednak w ostateczności start i meta zlokalizowane zostały w Pławnej Górnej. Dla mnie znakiem rozpoznawczym tej miejscowości jest Zamek Legend Śląskich zlokalizowany tuż przy głównej drodze i stanowiący ciekawą atrakcję turystyczną.

Z Zielonej Góry do Pławnej trzeba przeznaczyć na dojazd ok 2h. W tym roku jestem wyjątkowo wygodny, ponieważ górska edycja Kaczmarka była najdalej oddaloną miejscowością, do której jechałem na zawody.

            W Pławnej melduję się 1,5h przed startem. Organizator przygotował sporo miejsc parkingowych więc z zaparkowaniem samochodu nie było problemu. Od samego rana zapowiadał się bardzo gorący dzień z wysoką temperaturą, która na starcie w słońcu sięgała 42 kresek. Picie i jeszcze raz picie było kluczowe tego dnia by nie doprowadzić do odwodnienia.

                        Do rywalizacji można było przystąpić na dystansie mini, mega oraz giga. Ja wybieram tradycyjnie już dystans giga tj. 65km i ok 1600m w pionie. Z profilu trasy wynika, że zapowiada się interwałowe ściganie.

            W pierwszym sektorze melduję się kilkanaście minut przed startem. W Elicie startuje Marek Konwa. Czas na pogaduchach przed startem płynie bardzo wolno, a słońce robi swoją robotę delikatnie nas grilując.

            Punkt jedenasta rusza Elita. Następnie kolejne sektory. Na pierwszy ogień długi podjazd, który delikatnie robi robotę dokonując pierwszej małej selekcji. Następnie zjazd bez specjalnych trudności, szeroki, na którym mocno się kurzy. Następnie kolejne zjazdy i podjazdy. Wszystko rozgrywa się na łąkach i szerokich trawiasto- szutrowych drogach. Na zjazdach sporo kolein, a w nich w wysokiej miejscami trawie można natknąć się na ukryte liczne niespodzianki. Zachowanie dużej czujności tego dnia mimo małej trudności trasy gwarantowało dotarcie do mety w jednym kawałku. Tempo pokonywania kolejnych kilometrów było naprawdę imponujące, a uzyskiwane średnie prędkości przypominały te z nizinnych wyścigów.

            Łapię swój pociąg, dobre tempo, mocno pracuję, a noga dobrze podaje tego dnia. Łykam kolejnych rywali. Do feralnego zakrętu, który przycinam i na jednym z nielicznych tego dnia błotnistym odcinku trasy notuję spektakularną glebę. Rower cały, zawodnik cały więc lecę dalej starając się odrobić stracone pozycje. Po chwili zorientowałem się, że straciłem bidon. Jazda z jednym bidonem w takim skwarze do przyjemnych nie należy, mimo kilku bufetów zaopatrzonych w wodę.

            Kilka kilometrów dalej, na rozjeździe mini/mega...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy